Jak to z bieganiem wiosennym było

Zaczęliśmy przygotowania do przebiegnięcia półmaratonu w grudniu ub. roku. Plan zakładał start 13 marca 2022. Niestety organizator imprezy biegowej w Hadze zmienił datę startu na końcówkę września, co jak domino pociągnęło za sobą zmianę wszystkich naszych planów w tym roku. Przeciągnęliśmy zatem najpierw przygotowania biegowe o dwa kolejne tygodnie i na bazie tego co już zrobiliśmy biegowo stanęliśmy na starcie Półmaratonu Warszawskiego w niedzielę 27 marca.

Do końca nie byliśmy pewni jakim tempem rozpocząć, ani na jaki czas biec. Wszystko dlatego, że nie startowaliśmy od dwóch lat. Na szczęście sprzyjała nam pogoda, gdyż poranek był rześki ale słoneczny. Niestety wiatr i kilka podbiegów (mosty) nie pozwalały utrzymać stałego tempa. Do tego pacemaker na 1:55 też chyba za szybko rozpoczął. A ponieważ na początku zawsze lepiej się biegnie i dobrze się czuje nawet biegnąc zbyt szybko, próbowaliśmy się trzymać grupy.

Razem udało się nam dobiec do mostu Gdańskiego, potem im bliżej 10 km tym mieliśmy coraz większe obawy czy to dobry pomysł aby biec dalej tym samym tempem. Ja zdecydowałam nie odpuszczać, Darek lekko odstawał. I tak oto zgubiliśmy się w tłumie. No cóż wychodzenie ze strefy komfortu nie jest nigdy przyjemne, zwłaszcza jeśli się czuje, że to nie jest ten dzień.

Zacisnęłam jednak zęby i biegłam dalej, choć wcale nie miałam na to żadnej ochoty. Gdy wreszcie kilometry zaczęły mijać jakoś szybciej, poczułam, że jeśli wytrwam do tunelu (20 km) to już nie ma odwrotu.

Do mety jakoś wytrzymałam, choć wcale nie było łatwo. Tylko świadomość, że to ostatnia prosta i gęstniejący tłum kibiców jakoś trzymały mnie w nadziei, że to się już niedługo skończy. Gdy dotarłam do mety nawet nie patrzyłam na zegarek, bo wiedziałam po czasie brutto, że mój wynik nie jest rewelacyjny. Cieszyłam się tylko z tego, że skończyłam.

Darka spotkałam za metą już przebranego. Ostatnie kilometry od mostu Świętokrzyskiego do mety pokonał idąc, skracając swoje dylematy decyzyjne: biec dalej czy nie biec? W końcu to tylko zabawa, nic na siłę i wbrew swojemu organizmowi.

Spotkaliśmy za metą jeszcze kilkoro znajomych, chwilę pokręciliśmy się w strefie przy mecie. I już mieliśmy jechać do domu gdy usłyszałam, że spiker ze seny, na której odbywały się dekoracje zwycięzców wyczytuje moje nazwisko. Rzucam worek depozytowy ze swoimi rzeczami obok Darka i biegnę co tchu w kierunku spikera i sceny. Okazało się, że w klasyfikacji wiekowej mój niewygórowany czas wystarczył do 3 miejsca. Cieszę się, że chociaż ta statuetka i gratulacje są nagrodą za nasze cierpienia na trasie. Do tego pierwsze zawody w nowej kategorii wiekowej i od razu taka niespodzianka. Nieźle się zapowiada. Warto czasem być systematycznym i nieugiętym w treningach i na zawodach. Czyli nawet stara rakieta, a jeszcze działa 😉

zdjęcia Renaty na trasie pochodzą z serwisu Fotomaraton. Autorami reszty zdjęć jest Renata, Darek i Tadek.

2 komentarze

    1. Dziękuję. To prawda – nogi nie bolały już po 2 dniach, a co dopiero po 2 tygodniach. A na statuetkę mogę sobie spoglądać co chwilę i marzyć o kolejnej 🙂 Sezon dobrze rozpoczęty nie powinien się skończyć wiosną.

      admin

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.