Planowanie to nasza specjalność

Do przejścia północnej granicy Polski szlakiem pieszym wiodącym wybrzeżem Bałtyku potrzebne było kilka tygodni przygotowań. Począwszy od dokładnego prześledzenia przebiegu trasy z wyznaczeniem własnego śladu GPS na mapie i wyszukaniem odpowiednich miejsc na biwaki oraz nocowanie. Założenie było takie, że jesteśmy samowystarczalni i idziemy z pełnym wyposażeniem, które pozwala na noclegi w namiocie i żywienie we własnym zakresie, tam gdzie nie ma innej możliwości. Podczas obliczania spodziewanych dziennych przebiegów realnych do przejścia z plecakami zgodziliśmy się, że 25 km to nasze średnie dzienne minimum do pokonania. Przynajmniej taki był plan, a jak wyjdzie więcej to też powinniśmy dać radę. Wszystko będzie zależało od pogody i naszego samopoczucia.

Następnie skompletowaliśmy oraz przetestowaliśmy ekwipunek, ubrania i zapas zabieranej żywności. Nie mieliśmy zamiaru jeść tylko słodkich bułek kupowanych w wiejskich sklepikach na trasie. Co byłoby może niezłym pomysłem, ale woleliśmy jednak mieć nieco urozmaicone menu. Dlatego zakup liofilizowanych dań wydawał się nam lepszą opcją niż tylko zabranie batoników czy zupek chińskich. Co prawda nie wybieraliśmy się w odludne miejsca, ale opakowania z suchym jedzeniem nie jest ciężkie i nie zajmuje dużo miejsca w plecaku. Dodatkowo na drugą część trasy wysłaliśmy kilka opakowań pocztą (paczka miała czekać na nas w około połowie trasy). Wysyłanie paczek na poste restante to jeden ze sposobów na uzupełnianie zapasów jedzenia, czy ubrań albo butów podpatrzony u długodystansowych wędrowców.

Ostateczne pakowanie się według ustalonej listy niezbędnych rzeczy i sprzętu (zainteresowanych odsyłam do osobnego wpisu, który wkrótce powstanie) to już tylko fraszka. Mieliśmy już kupiony bilet tam oraz zarezerwowane 5 noclegów pod dachem, które wybraliśmy w taki sposób aby móc naładować baterie i zregenerować się w cywilizowanych warunkach co jakiś czas. Pozostałe noce zaplanowane były na polach namiotowych, kempingach lub po prostu gdzieś w lesie. Taki układ wydawał się nam optymalny na długą wędrówkę.

Szlak Nadmorski Zatokowy – część pierwsza

Porannym Pendolino dojechaliśmy komfortowo i ekskluzywnie (podają teraz kawę w filiżankach i danie z menu) do Gdyni, a potem lokalnym pociągiem (już nieco wolniejszym) do Władysławowa. Wszystko odbyło sprawnie i bez opóźnień. Za dworcem PKP łapiemy sygnał trasy w zegarkach i rozpoczynamy naszą wędrówkę.

Oficjalny nadmorski szlak turystyczny (znaki czerwone) rozpoczyna się w Żarnowcu i kończy w Świnoujściu. Aby dostać się do punktu startu w Żarnowcu postanowiliśmy rozpocząć od Władysławowa, gdzie przebiega szlak niebieski nazwany Szlakiem Nadmorskim Zatokowym (E9).

Dzień drugi – Jastrzębia Góra -> Dębki

Poranek rozpoczęliśmy od zwinięcia namiotu i szybkiej kawy jeszcze w lesie. Noc minęła bardzo spokojnie. Nie mieliśmy wizyt żadnych zwierząt. Na ciąg dalszy śniadania doszliśmy do pobliskiego Ostrowa. Za wsią szlak znów prowadzi nas do lasu. Tam kluczył nieco, a po minięciu sporego terenu upraw borówki amerykańskiej wkroczyliśmy na teren rezerwatu przyrody Bielawa. Chronione jest tam torfowisko wysokie typu bałtyckiego. Niestety żadnego ptactwa błotnego nie udało nam się zaobserwować. Pewnie z powodu padającego deszczu.

Deszcz był słaby i przelotny, ale za to bardzo mocno wiało. Efektem tego było falowanie na polach zbóż. Szlak został tak poprowadzony, że w pewnym momencie wyszliśmy na szczyt jakiegoś niewysokiego pagórka skąd było widać różnokolorowe pola uprawne: zielone zboża, żółty rzepak. Fragment szlaku niebieskiego w okolicy Krokowej pokrywał się z europejskim szlakiem rowerowym R10, więc mieliśmy okazję zobaczyć standard europejski do turystyki rowerowej. W Krokowej specjalnie poszliśmy do centrum gdzie podziwialiśmy wieże kościoła, które górowały nad miasteczkiem. Tuż obok jest zespół pałacowo-parkowy, dawniej będący własnością szlacheckiej rodziny von Krockow. W kompleksie można zobaczyć założenia parkowe ze starymi drzewami tworzącymi aleje i ogród romantyczny. To zasługa hrabiny Luizy.

Od Krokowej spory odcinek prowadzi chodnikiem, by wreszcie odbić w las, a potem polami dochodzimy do Żarnowca. Mijamy smętną wieś bez żalu i potem już czerwonym szlakiem idziemy długą prostą drogą na północ w kierunku Dębek. Szutrowa droga prowadzi wzdłuż rzeki Piaśnica poprzez podmokłe łąki. Udało się nam wypatrzeć żurawia, który chodził dobrze widoczny na otwartej przestrzeni. W Dębkach było czynne pole namiotowe Leśne. Oprócz naszego namiotu stały jeszcze dwa małe należące do dwóch rowerzystów, z którymi udało się zamienić kilka kurtuazyjnych zdań po angielsku, bo byli albo Niemcami albo Holendrami sądząc po gardłowych dźwiękach ich rozmowy. W Leśnym była możliwość podładowania telefonów i zegarków, ugotowania wody w czajniku i wzięcia prysznica (wrzut monety uruchamiał zegar na całe 6 minut, co było rekordem czasu podczas całego przejścia).

Falujące na wietrze zboże – spektakl jak z CGI


Dębki – Stilo (Osetnik)

Plaża w Dębkach skojarzyła mi się z plażami na Seszelach. Tylko zamiast palm były sosny, ale piaseczek tak samo miałki i biały sprawiał wrażenie egzotycznie pluszowego i miłego. To miejsce w naszym rankingu otrzymało wysoką notę.

Po przejściu mostem przez rzekę Piaśnicę przekroczyliśmy dawną granicę polsko-niemiecką, o czym informowała tablica oraz zrekonstruowany słupek graniczny z 1919 r. z napisem Versailles (Wersal pod Paryżem gdzie na mocy traktatu pokojowego Polska uzyskała dostęp do morza o długości 147 km).

Prowadząca sosnowym lasem ścieżka była dodatkowo oznakowana jako park do Nordic Walkingu z licznymi tablicami, oznakowaniami szlaków w kilku kolorach tras, wiatami, ławkami. To zasługa Nadleśnictwa Choczewo, które zapewniło infrastrukturę do spacerów, rowerowania oraz połączyło to z szerzeniem wiedzy przyrodniczej. Dzięki ścieżce edukacyjnej dowiedzieliśmy się jak wygląda woskownica europejska i bór bażynowy. Udało się nam zidentyfikować krzewy woskownicy. Widzieliśmy krzewinki bażyny, kwitnące bagno zwyczajne i wełniankę. Wszystko to rośliny podmokłych lasów. W Rezerwacie Białogóra podziwialiśmy ols i jeziorko okolone kwitnącymi kosaćcami. Potem zachwycałam się sosnowym lasem z jasnozielonym podszyciem borówkowym.

Po dojściu do plaży na wysokości Kopalino był czynny bar, więc postanowiliśmy w ramach przerwy spróbować serwowanych tam dań z ryb. Po posileniu się ruszyliśmy wygodną ścieżką w lesie tuż przy plaży w kierunku latarni Stilo. Doszliśmy tam po 17, więc już po godzinie zamknięcia dlatego nie pozostało nam nic innego jak zejść do Osetnika. Tam znaleźliśmy małe pole namiotowe z kilkoma domkami kempingowymi. Co prawda obiekt dopiero rozpoczynał swoją działalność w tym sezonie, ale była możliwość skorzystania z czystych pomieszczeń sanitarnych (tym razem za monetę 2 zł można było mieć 2 minuty ciepłej wody, co było w naszym wypadku zupełnie wystarczające).

Dzień 4 – Osetnik (Stilo) – Łeba

To był piękny dzień. Szlak czerwony prowadzi do Ulinia, Sarbska, a potem zamiast Mierzeją Sarbską okrąża Jezioro Sarbskie od południa. W Uliniu mijamy wielki dom z dużym parkiem, na ogrodzeniu którego była informacja, że obiekt jest do sprzedania. Obok jest stajnia więc pewnie było tu jakieś spore gospodarstwo. Odcinek między Uliniem, a Sarbskiem niestety trzeba przejść dość ruchliwą szosą. Potem jednak do jeziora idzie się już polną drogą w ciszy. Do kolejnej stadniny w Nawęcinie prowadzi nas ścieżka na skraju pola gdzie idziemy w cieniu alei wysadzonej dębami. Nie znaleźliśmy informacji na jej temat, ale dęby były bardzo stare więc sprawiały niesamowite wrażenie.

Osiągamy Łebę gdzie spędzamy całe popołudnie i noc. Zatrzymaliśmy się w sympatycznym, małym hotelu. Mogliśmy zrobić tam małe pranie, wysuszyć namiot i zjeść kolację w pizzerii. Przy okazji obejrzeliśmy port w Łebie i skusiliśmy się na lody. Nie skorzystaliśmy tylko z basenu i sauny bo nie mieliśmy strojów kąpielowych. Śniadanie zjedliśmy przy stole w hotelowym bufecie, ale zaraz potem pożegnaliśmy się i wróciliśmy na szlak.

podczas krótkiej przerwy podwieczorkowej przy brzegu jeziora

Słowiński Park Narodowy (etap: Łeba – Smołdziński Las)

Najpierw musimy się wydostać z Łeby i wrócić na szlak. Idziemy w kierunku Rąbek gdzie mieści się kasa Słowińskiego Parku Narodowego. Mijamy parking i stację meleksów dowożących turystów do wydm. Dla pieszych jest osobna ścieżka przez las z kilkoma ławeczkami i tablicami informacyjno-poglądowymi o lesie i okolicy. Można też zatrzymać się po drodze przy muzeum wyrzutni rakiet, a w zasadzie tego co zostało ze stacji badawczej z czasów II wojny światowej i poczytać z tablic o jej historii. Wiele informacji dotyczących budowanych i testowanych wówczas rakiet nie jest do końca potwierdzonych gdyż cały projekt był utrzymywany w ścisłej tajemnicy.

Za parkingiem rowerowym można wejść na wydmy. Wiele osób decyduje się na zdjęcie butów. My jednak pozostajemy w pełnym rynsztunku: podwójne skarpety, buty i stuptuty. Po plaży też nie mieliśmy odwagi iść boso aby nie uszkodzić stóp. Obawialiśmy się słonej wody i piasku, które mogłyby przy tak długim kontakcie ze skórą spowodować jakieś otarcia.

Nie jest łatwo iść z plecakiem, ale z pomocą kijków jakoś dajemy radę wdrapać się na najwyższą wydmę. Potem jednak musimy z niej zejść i skierować się wyznaczoną trasą w kierunku wyjścia do plaży. Będziemy szli mierzeją nad samym morzem przez jakieś 8 km. To było piękne przeżycie gdy tak szliśmy plażą tylko we dwoje, obserwując fale, nieliczne ptaki i to co leżało na piasku. Zbieraliśmy wyrzucone przez morskie fale „bursztyny”. Gdy obejrzeliśmy następnego dnia zawartość naszych kieszeni, to okazało się, że były to zwykłe kamienie lub po prostu wyszlifowane przez morską wodę kawałki brązowego szkła, które tylko do złudzenia przypominały bursztyn. Miałam też kilka ładnych muszelek.

wydma Łącka – wyjście w kierunku plaży i na szlak

Dziś mamy do przejścia jeszcze jedną wydmę, więc kierujemy się wyjściem z plaży ku jeszcze jednej piaskownicy. Tym razem będzie to Wydma Czołpińska, która jest zupełnie inna niż Łącka. Obydwie należą do grupy wydm białych, ale Czołpińska jest bardziej zróżnicowana i mniejsza.

Po przejściu dwóch wydm i wysypaniu „kilograma” piachu z butów znów idziemy wygodną ścieżką w lesie napotykając znajome już krzewy woskownicy. Gdy doszliśmy do latarni morskiej w Czołpinie pozostało jeszcze trochę czasu aby zobaczyć ją z bliska i w środku. Najpierw jednak czekało nas pokonanie kilku pięter schodami na szczyt gdzie stoi latarnia. Za to z góry mieliśmy pyszny widok.

Udało się także porozmawiać z dziewczyną, która sprzedawała bilety za wejście do latarni. Wymieniłyśmy się wiedzą ornitologiczną na temat mew i rybitw oraz lokalizacji rzadkich roślin chronionych w pasie nadmorskim wybrzeża bałtyckiego. Na Mazowszu wielu z nich nie zobaczy się, więc obserwuję zachłannie i z ciekawością.

Jest już dosyć późno a przed nami jeszcze poszukiwanie miejsca na nocleg co wydaje się dosyć trudne gdyż nie możemy rozbić namiotu na terenie parku narodowego, a okalające lasy czy zagajniki wyglądają na podmokłe. Dlatego idziemy kawałek szosą w kierunku Smołdzińskiego Lasu. Według mapy powinien tam być camping. Jest rzeczywiście, ale brama zamknięta na głucho, a pod podanym telefonem dowiadujemy się, że kemping będzie czynny lecz… od lipca. Dlatego wracamy do wsi gdzie widzieliśmy strzałkę na pole namiotowe. Dzwonimy tam i okazuje się, że możemy rozłożyć namiot i przenocować; jest nawet prąd, ale jeśli chodzi o prysznice to tylko dostępna jest zimna woda. Pomyśleliśmy, że i tak mamy szczęście więc decydujemy się na nocowanie. Wieczorem przyszła do nas żona właściciela zapytać czy nie będzie nam zimno, bo noc zapowiadają chłodną. Ale ponieważ nasze puchowe śpiwory sprawdzają się doskonale w takich temperaturach od kilku nocy to zapewniamy ją, że raczej nie powinniśmy mieć problemu z nocowaniem w namiocie.

Szósty dzień wędrowania

Multimedialne Muzeum Słowińskiego Parku Narodowego warte było powrotu do tego samego punktu na szlaku w Czołpinie i zmitrężenia czasu na edukację z zakresu przyrody, nawigacji i historii. Wraz z przewodnikiem cyfrowym przeszliśmy w bardzo ekspresowym tempie przez sale z filmami, podświetlanymi ekranami dotykowymi, grami edukacyjnymi. Porządna dawka wiedzy o roślinach, zwierzętach, procesach tworzenia wydm, latarniach morskich oraz dawnych i obecnych systemach nawigacyjnych na morzu.

Ze szlaku latarni morskich przenosimy się na szlak leśny przy trzech jeziorach. Pierwsze dwa na naszej trasie: Dołgie Duże i Małe mają pomosty, z których można bezpośrednio obserwować brzeg i całe jeziora. Pewnie dlatego były oblegane przez licznych tutaj rowerzystów, w tym grupy z dziećmi. Mniejsze dzieci siedziały w doczepionych do rowerów przyczepkach, a starsze jechały samodzielnie. Panował gwar, śpiewy i ogólna wesołość wśród uczestników wycieczek. Ostatnie płytkie Jezioro Gardno, największe z trzech, nie było zbyt dostępne bo porośnięta szuwarami linia brzegowa zasłaniała je skutecznie nawet z pomostu. Za to po drugiej stronie widoczne były wydmy szare. Trasy w tym rejonie bardzo dobrze oznaczone i przebiegały przez atrakcyjne leśne obszary wolne od zabudowań poza infrastrukturą leśnych wiat i pomostów oraz ławek. Nie można było tylko zbyt długo zatrzymywać się w miejscu bo właśnie zaczęły się pojawiać komary. Mieliśmy co prawda preparat odstraszający owady, ale nie był za bardzo skuteczny przy takich ilościach komarów dla piechurów. Może gdybyśmy jechali rowerami to komary nie zdążyłyby nas dogonić?

Przez Rowy przeszlibyśmy szybciej, ale szukaliśmy czynnego baru, czy restauracji. Niestety były tylko kebaby, lody i stragany z jarmarcznymi pamiątkami. Wreszcie udało się nam znaleźć czynną Kaszubkę i zjeść treściwy obiad dwudaniowy. Na kolację kupiliśmy wędzonego na zimno łososia w jakiejś europejskiej cenie. Potem musieliśmy długo iść lasem za Poddąbiem i mocno odbić od szlaku żeby znaleźć odpowiednie miejsce do rozstawienia namiotu. Nie było to wcale łatwe bo teren był miejscami podmokły, a do tego pagórkowaty. To co na mapie zaznaczone jest kolorem zielonym jako las nie zawsze jest takim lasem jakiego szukamy. W końcu nieco już zmęczeni, wybraliśmy jakiś w miarę płaski fragment gdzie zmieścił się nasz mały namiocik. Oczyściliśmy teren z większych gałęzi oraz szyszek i wkomponowaliśmy się w las. Wieczorem słychać było tylko żurawie znad pobliskiego jeziorka. Szła też jakaś grupa kilku osób z kijami stukając w żwirową leśną drogę i rozmawiając głośno. Potem wszystko ucichło, na tyle że z daleka niósł się lekki szum fal i szybko zasnęliśmy.

Poddąbie – Ustka – Złaczewo

Wczorajszy widoczny pomiędzy drzewami złoty zachód słońca wskazywał, że poranek powinien też być pogodny. Zebraliśmy się więc sprawnie i ruszyliśmy prosto do Ustki, zatrzymując się na śniadanie przy promenadzie. Weszliśmy do ładnie wyglądającej i otwartej o tej porze restauracji, która okazała się hotelowym bufetem ze śniadaniem dla wcześnie wstających gości. Oprócz posilenia się podładowaliśmy też nieco telefony, bo nasz bank energii już miał mało prądu. Wszystko wskazywało na to, że akumulator nie naładował się przez noc w Łebie. Zabrałam niewłaściwy kabel lub niepasującą wtyczkę do gniazdka. W każdym razie nie działało i prądu nam nie przybyło podczas tamtego ładowania. Dlatego Darek zamówił od razu nową wtyczkę do ładowania i mieliśmy ją odebrać w paczkomacie w Ustce. Ale kolejna możliwość naładowania akumulatora do pełna będzie dopiero przy następnym nocowaniu pod dachem, czyli w Darłowie. Ach ta elektronika.

wreszcie przestało wiać i morze wyraźnie się uspokoiło

W Ustce mamy zadanie do wykonania – szybko przemierzyć miasto, znaleźć paczkomat i odebrać ładowarkę do naszego pechowego powerbanku. Poza tym trzymać się szlaku, bo w mieście jest zawsze dużo elementów rozpraszających. Za promenadą nadmorską mamy do przejścia całe miasto, bo paczkomat jest po drugiej stronie na wylotowej ulicy. Na szczęście trasa ta pokrywa się z przebiegiem szlaku czerwonego, więc nie nadłożymy drogi. Darek odbiera ładowarkę, a ponieważ obok jest duży market to przy okazji robimy zakupy spożywcze uzupełniając zapas jedzenia i wody. Dzięki uprzejmości pani z kiosku z gazetami sprawdzamy też skuteczność ładowania naszego powerbanku z użyciem nowej ładowarki. Trochę się to testowe ładowanie nawet wydłużyło, bo właśnie z małego deszczu zrobiła się ulewa. Tak więc nie wychodzimy ze sklepu i siedzimy bezpiecznie pod dachem aż nieco się przejaśni. Podobnie robią inni klienci sklepu.

Po przeczekaniu największego ulewnego deszczu ubrani w pelerynki postanawiamy ruszyć. Burza skończyła się i deszcz powoli zaczął ustępować, choć na kałuże w lesie i na polnych drogach trzeba uważać żeby nie zamoczyć za bardzo butów. Co prawda szybko wyschną, ale lepiej byłoby mieć suche stopy. Przed nami jeszcze kawał drogi.

Trochę nas zdziwiło, że fragment ścieżki dość trudny technicznie był oznakowany także jako szlak rowerowy R10. Doszliśmy jednak do wniosku, że to musiały być jakieś stare oznakowania nieaktualnego już przebiegu trasy. Bo jakoś nie wyobrażam sobie, że z sakwami dałoby się łatwo przejechać przez niektóre odcinki. Choć nie wykluczamy, że nie ma innego przebiegu i trzeba po prostu przenieść rower tam gdzie nie da się przejechać.

Przez resztę dnia było już pochmurno, zdarzały się przelotne mżawki. Szlak prowadził głównie mało uczęszczanymi drogami mocno dziurawego asfaltu, albo polnymi drogami, więc wystarczało omijać kałuże. Wkroczyliśmy na tereny farm wiatrowych. Mijane wsie nie były zbyt atrakcyjne, choć zachowane zostały jeszcze stare zabudowania w niezłej kondycji. Ponieważ nie było już żadnych ułatwień turystycznych, takich jak w lasach parków narodowych, czy gospodarowanych przez LP, to jedyne miejsca odpoczynku na jakie mogliśmy liczyć to były wiejskie boiska lub place zabaw, albo wiaty przystanków autobusowych. Trawa była mokra więc przydałaby się choć jedna ławka.

Darek miał zaznaczone ma swojej mapie wygooglowany fragment lasu, który okazał się zagajnikiem na granicy z polem. Prowadziła tamtędy droga, co prawda błotnista po ostatnim deszczu, ale wyraźna. Niedawno zwożono nią drewno. Las na obrzeżu był trochę pofalowany, a potem otworzył się wielki stromy jar. Jedyne w miarę płaskie miejsce było pod dwoma bukami i tam zrobiliśmy sobie dzisiejszy biwak na wieczór i noc. Nie był z tego powodu zadowolony kruk, ale w końcu dał za wygraną i też poszedł spać. Jedyny dźwięk jaki dochodził to szum podbliskego wiatraka, który i nas ukoił do snu.

Poranek był słoneczny i przyjemny, po wczorajszym deszczu w zasadzie nie było śladu. Z zagajnika schodzimy do drogi i idziemy do najbliższej wsi ze sklepem. Potrzebujemy uzupełnić wodę i jeśli będzie taka możliwość to trochę podładować telefon i chociaż jeden zegarek z nawigacją. Bateria w moim już się na tyle wyczerpała, że nie zapisuje śladu, telefon też jest w trybie oszczędzania energii.

O tym co było dalej dowiecie się z następnego wpisu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.