O wcześniejszych dniach można dowiedzieć się w części pierwszej relacji.


Etap ze Złakowa do Darłowa (dzień ósmy wędrówki)

Po burzy w Ustce i mokrym popołudniu następny dzień był już słoneczny i bez opadów. Nic nie wskazywało na to, że cokolwiek miałoby nas zatrzymać. Czuliśmy się wyśmienicie i dużo lepiej od naszych urządzeń elektronicznych, które po kolei wyłączały się lub ledwo zipały nawet w trybie samolotowym. Aby więc przywrócić im trochę energii poszukaliśmy najbliższej wsi ze sklepem. Jakie było nasze zaskoczenie, gdy po odejściu z głównej szosy i szlaku znaleźliśmy się na węższej drodze, na której były progi zwalniające i wymalowane pasy dla rowerów. Rzadki widok ale jak widać nawet w maleńkich wsiach wprowadza się teraz nowe standardy uwzględniające innych użytkowników dróg.

W Złakowie był sklep i to nawet czynny. W sklepie nie było nikogo oprócz nas i sprzedawczyni, więc wywiązała się od razu rozmowa. Pani gdy zobaczyła dwoje turystów nie tylko użyczyła nam własnych ładowarek i podłączyła do wszystkich gniazdek w sklepie nasze urządzenia, ale jeszcze opowiedziała nam historię swojego całego bardzo bogatego życia. Głównie były to upadki biznesowe i straty finansowe. Pewnie w ten sposób tłumaczyła swoją tu obecność. Dowiedzieliśmy się także w dużym skrócie o bardzo poplątanych ścieżkach jej rodziny. Aby przerwać ten monolog w dobrym momencie, uznaliśmy że nasze baterie już się wystarczająco podładowały. Podziękowaliśmy za pomoc i na odchodne kupiliśmy tylko wodę, a Darek bułkę dla siebie. Pani zupełnie się tym nie przejęła, jej celem była bardziej możliwość rozmowy, która stała się rodzajem spowiedzi przed obcymi klientami sklepu, w którym akurat stała za ladą. Na koniec jeszcze wyjaśniła co można zobaczyć we wsi, choć idąc do sklepu zajrzeliśmy już w kilka podwórzy.

Następną wsią, którą mijaliśmy było Królewo. W oddali było widoczne jezioro Wicko, ale to teren wojskowy więc ogrodzony i szlak okrążał ten zamknięty teren. W ten sposób znaleźliśmy się dalej od wybrzeża i dopiero za Jarosławcem wróciliśmy nad samo morze. Jarosławiec nie zrobił na nas dobrego wrażenia. Może za sprawą nieciekawego układu architektonicznego i ciągnącego się jak pas startowy ogromnego parkingu i betonowego chodnika dla pieszych obok asfaltowej drogi dla rowerów. Gdy wreszcie skończyła się zalana słońcem szeroka wycięta w lesie droga, byliśmy przekonani, że za szlabanem w lesie będzie już choć szuter albo leśny dukt. Niestety na Pomorzu Zachodnim postawiono na asfalt. Potem był jeszcze długi fragment mierzeją po płytach i tak już do samego Darłowa.

A jednak się kręcą – jesteśmy w krainie energii wiatrowej i tylko nasz powerbank jest pozbawiony prądu 😉

W Darłowie mieliśmy do odebrania paczkę z prowiantem na drugą część wędrówki. Zanim jednak doszliśmy do właściwej części miasta, musieliśmy przejść przez Darłówek gdzie powstawały apartamentowce z widokiem na morze, a potem strefę portową ciągnącą się wzdłuż rzeki Wieprza. Gdy wreszcie dotarliśmy do Darłowa na ul. Pocztową było już po godzinach urzędowania. Minęliśmy więc zamek Książąt Pomorskich i skierowaliśmy swoje kroki do Gościńca Zamkowego. Tam zachwyciło nas zabytkowe odrestaurowane wnętrze gdzie właściciel urządził swoje małe muzeum. Amerykański emerytowany pilot wojskowy w ramach swojego hobby zgromadził pokaźną ilość antyków, broni białej i palnej oraz całą masę bibelotów, mebli, książek, w tym o tematyce militarnej.

Poczuliśmy się na chwilę obecni w zupełnie innym czasie i miejscu. Zjedliśmy wykwintną kolację i zamieniliśmy parę zdań z niezwykle sympatyczną gospodynią gościńca. To od niej dowiedzieliśmy o muzealnym zacięciu właściciela oraz jak stary jest sam budynek (I połowa XVIII wieku).

Następnego dnia odwiedziliśmy jeszcze aptekę gdzie farmaceutka doradziła mi żel na ukąszenia owadów (w nadmorskich lasach pojawiły się jakieś małe muszki, na które reakcja skóry utrzymuje się dłużej niż po ugryzieniu komarów). Drugim punktem była poczta – tam czekała już nasza paczka, więc wszystko zadziałało według planu. Zaopatrzeni w to co niezbędne ruszamy dalej.

Darłowo – Dąbki – Łazy

Do Dąbek cały czas trasa prowadzi ścieżką rowerową wzdłuż drogi. Nie było to więc rewelacyjne zwłaszcza, że świeciło coraz bardziej słońce i z każdą godziną powietrze nagrzewało się. Ścieżką w tym samym kierunku podążało dwóch sympatycznych starszych panów. Dogoniliśmy ich bez trudu, gdyż szli spacerowym tempem. Potem minęliśmy ich ponownie gdy zrobiliśmy przerwę na ubranie się na krótko przy jakiejś wiacie. Pozdrowili nas po raz trzeci gdy zatrzymali się odpocząć w barze o ujmującej nazwie „Obora”.

W Dąbkach zrobiło się już na dobre ciepło więc na chwilę przysiedliśmy w jakiejś knajpce na napoje z lodówki. Potem szybko minęliśmy nowoczesny port nad jeziorem Bukowo i szliśmy drogą (niestety asfaltową) przez las pomiędzy jeziorem i morzem. Na jednej z ławek zrobiliśmy przerwę na zjedzenie smacznych precli z pastą jajeczko-łososiową, które kupiliśmy na wynos w kawiarni „Czarne na białym” w Darłowie.

Nie ma za dużo parawanów na plaży, ale widzieliśmy kilka stanowisk wędkarskich i dwóch rowerzystów pchających przez plażę swoje rowery z sakwami. My też toczymy nierówną walkę z falami i piaskiem przemieszczając się systematycznie do przodu. Wbite w piasek słupki falochronów jakby zwiększają pozornie fale zamiast je wyciszać przy brzegu.

W końcu według mapy zaczynają się Łazy. Pierwszym wyjściem kierujemy ku leśnej ścieżce w poszukiwaniu zaznaczonego na mapie miejsca biwakowego. Znaleźliśmy tylko parking leśny, polanę z wypalonym miejscem po ognisku, ale nie było żadnej wiaty, ani ławki. Wracamy więc i idziemy do miasteczka. Najpierw ulicą przy ogrodzeniu gdzie znajdują się furtki z napisami, że wejście tylko dla gości resort, albo innego apartamentu lub ośrodka wypoczynkowego. Szukamy zatem kempingu lub jakiegoś dogodnego miejsca. W sklepie też nic nie wiedzą na temat pola namiotowego. Wreszcie po kilku telefonach dostajemy informację gdzie mamy się udać. Brama co prawda jest zamknięta, ale w końcu przychodzi kobieta, która sprząta domki ośrodka gdzie będziemy mogli zanocować. Jest co prawda stara tabliczka na budynku recepcji, że kamping należał do sieci zrzeszającej, ale to bardzo stara informacja i raczej na pewno nieaktualna. Ośrodek też już bardzo dawno temu miał swoje czasy świetności, o czym świadczą nie tylko zdewastowane budynki, kilka starych domków, ale także bohaterowie bajek na płocie. Całość jest dosyć smętna, ale jest przynajmniej bezpiecznie (pani zamknęła za nami bramę), mamy dostęp do prądu oraz wody, a nawet są działające toalety i prysznice z ciepłą wodą. Wszystko byłoby prawie idealne gdyby nie fakt, że wieczorem zaczęła się dyskoteka na końcu ulicy i trwała do… trzeciej nad ranem.

Łazy – Mielno – Chłopy – Sarbinowo – Gąski

Dzień w pasie nadmorskim dostarczył nam wrażeń związanych z atmosferą kurortów wypoczynkowych oraz infrastrukturą szlaku rowerowego. Nasze stopy stają się powoli coraz bardziej płaskie od udeptywania granitowych kostek chodników, asfaltu i innych tego typu ulepszeniach. Gdybym jechała rowerem z sakwami to na pewno chwaliłabym te bardzo dobrze przygotowane i wygodne drogi dla rowerów, ale teraz wolelibyśmy leśne szutry lub polne drogi.

W Mielnie już większe tłumy. Pogoda sprzyjała więc na plaży i promenadzie zagęściło się. Za to w Chłopach było jeszcze sennie i spokojnie, a hotel jeszcze remontowany przed sezonem. Zdecydowaliśmy się na obiad dopiero w Sarbinowie. Pani z warzywniaka gdzie kupowaliśmy owoce, poleciła nam bar na promenadzie gdzie sama też zamawia obiady. W środku było dużo ludzi, ale udało się znaleźć wolny stolik na zewnątrz. Szybko dostaliśmy botwinkę z jajkiem i smażoną rybę ze świeżą surówką. Nie zawiedliśmy się. Dobrze czasem zapytać miejscowych, a poza tym takie miejsca gdzie przychodzi sporo gości cieszą się zwykle dobrą opinią. To działa jak bary przydrożne gdzie zatrzymuje się dużo tirów, bo kierowcy lubią dobrze zjeść i nie czekać zbyt długo. Ceny też bywają odpowiednie.

Na końcu Gąsek miał być fajny kemping Wodnik dlatego szliśmy tam od razu nie szukając innych miejsc. Rzeczywiście kemping był i do tego czynny. Miejsce bardziej zadbane niż poprzednie i miało czyste i nowe sanitariaty oraz inne standardowe udogodnienia. Tak więc pełnia szczęścia dla osób lubiących zadbać o higienę. Na terenie kempingu były domy, ale nie wszystkie były wynajęte, poza tym stało kilka kamperów. Przy jednym unosił się dym z grilla, a po ośrodku biegały dzieci. Wesołe towarzystwo nie miało zamiaru iść spać, głośna muzyka, śmiechy i rozmowy oraz śpiewy trwały długo poza ciszę nocną, która zaczynała się od 23. Jednym słowem kempingowe życie rozkwitło w najlepsze po zachodzie słońca. Takie są uroki nocowania w tego typu miejscach.

Z Gąsek do Kołobrzegu

Ten etap wędrówki pokrywał się w 99% ze ścieżką rowerową, która dziś dla odmiany była z kostki brukowej ułożonej w piękne wzory. Dlatego groty kijów praktycznie nie ujrzały światła bo miały założone gumowe końcówki. Nie była także potrzebna nawigacja, bo trudno zgubić się gdy ma się przed sobą oznaczenia szlaku rowerowego. Pochwalamy bardzo promocję regionu poprzez rozwój turystyki rowerowej, tylko wolelibyśmy aby pamiętać także czasem o piechurach. W każdym razie Pomorze Zachodnie w obszarze nadmorskim stawia mocno na dwa kółka. Chcąc więc iść zgodnie z czerwonym szlakiem pieszym trzymamy się tej trasy i dlatego trochę narzekamy. Dziś jest niedziela, dlatego ruch jest wzmożony i trudniej o ciszę.

Niedaleko za Gąskami i jeszcze przed Pleśną jechała rowerem dziewczyna, która zagadnęła nas o cel marszu. Opowiedzieliśmy jej skąd i dokąd idziemy. Nie dziwiło jej to jakoś specjalnie i słuchała z pełnym zrozumieniem. Potem zachwalała szlak, którym będziemy iść i wspomniała o urokliwym ekoparku, który będziemy mijać. Miała rację. Poszliśmy specjalnie tym fragmentem, który był groblą pomiędzy terenem użytku ekologicznego, zobaczyliśmy gęsi gęgawy, kormorany, łabędzie, rybitwy i nawet parę cyraneczek. Przez chwilę było bardziej dziko.

W Kołobrzegu mieliśmy zarezerwowany apartament gdzie planowaliśmy zrobić pranie naszych ubrań, które nosiliśmy już 11. dzień (nie licząc częstszego zmieniania bielizny i skarpet, które praliśmy ręcznie gdzie tylko była taka możliwość). Merynosowe koszulki, kurtki biegowe i spodnie dobrze byłoby jednak odświeżyć. Dlatego ucieszyliśmy, że w łazience oprócz kompletu kosmetyków, ręczników jest także pralka.

Apartament miał dobrze wyposażony aneks kuchenny więc zrobienie posiłku też było możliwe na miejscu. W okolicy jednak były same hotele i apartamentowce, a najbliższy czynny sklep spożywczy dopiero kilka ulic dalej. Nie zważając jednak na to zrobiłam jeszcze krótki spacer po zaopatrzenie na kolację i jutrzejsze śniadanie.

D#12 Kołobrzeg – Nowielice k/ Trzebiatowa

Opuściliśmy apartament chowając klucze do sejfiku przy drzwiach zgodnie z instrukcją i wymeldowaliśmy się powiadamiając sms-em, że miejsce jest wolne. Takie bezobsługowe i szybkie wynajmowanie też mi się podoba.

Odszukaliśmy najbliższą drogę do szlaku, który prowadził teraz promenadą nadmorską i sąsiadującym parkiem. Przy latarni morskiej skręciliśmy w poprzeczną ulicę. Potem szlak wyprowadził nas na przedmieścia w dzielnicę domków jednorodzinnych.

Do Dźwirzyna prowadzi nas pas asfaltowy drogi rowerowej. Na szczęście mamy pochmurny poranek i droga prowadzi lasem więc jest przyjemniej. W punkcie odpoczynkowym w Grzybowie pijemy drugą kawę, do której zamawiamy ciasto i sok. Jest trochę deszczowo, ale ciepło więc ubranie szybko schnie. Darek testuje tylko swój ochraniacz na plecak, ale ten także nie jest potrzebny, bo deszcz okazuje się bardzo przelotny i nieduży.

Dalszą część trasy można iść równoległą ścieżką w lesie co jest o wiele fajniejsze bo nie słychać samochodów. Chyba nawet tamtędy szły czerwone znaki szlaku pieszego. Jednak duża ilość wydeptanych w lesie ścieżek nie zawsze dawała pewność czy jesteśmy na właściwej. Czasem przeszkodą były też ogrodzenia, dlatego znów wracaliśmy na asfalt, aż w końcu po wyjściu z Dźwirzyna wreszcie cieszymy się na widok polnej drogi. To było na odcinku podmokłych łąk torfowych gdzie można było nacieszyć się śpiewem ptaków. Przy drodze są tablice informacyjne i wiata odpoczynkowa gdzie jemy kanapki.

Niestety nasza radość nie trwała do końca gdyż w pewnym momencie za wsią Roby gdzieś w szczerym polu pojawił się ponownie wąski pas asfaltu ciągnący się aż do Trzebiatowa. Przyspieszyliśmy zatem żeby jak najszybciej dotrzeć do naszego nowego miejsca noclegowanego. Tym razem będzie to Dworek nad Regą w Nowielicach. Miejsce spokojne, z bardzo ładnie zaaranżowanym ogrodem i stylizowanych wnętrzach. Ponieważ były ciekawe dania w menu zeszliśmy na kolację do restauracji. Zresztą w pobliżu nie było niczego poza dworkiem i kilkoma innymi domami. Inni goście siedzieli na tarasie w świetle zachodzącego słońca, ale my po całym dniu na powietrzu woleliśmy pozostać wewnątrz.

Trzebiatów – Niechorze – Rewal

Tą samą ścieżką rowerową, którą wczoraj zakończyliśmy w Nowielicach doszliśmy do pobliskiego Trzebiatowa. Miasto jest bardzo stare, bo prawa miejskie uzyskało w XIII wieku. Otoczone murem obronnym z górującą wieżą kościelną, którą widać już daleka. Na rynku kamienice i budynek ratusza. Bardzo ładne, małe miasteczko, bez apartamentowców i nadmorskiej tandety.

Aby dotrzeć do Niechorza idziemy zupełnie pustymi polnymi drogami. Taka prawdziwa wędrówka co jakiś czas przerywana obserwacjami uciekającej sarny, kołującego ptaka drapieżnego, falujących łanów zbóż. Otaczają nas kolory błękitu i zieleni przetykanej kolorowymi polnymi kwiatami. W mijanych po drodze małych wsiach toczy się prawdziwe życie. Sołtys w jednej z nich zapytał dokąd idziemy i zaproponował zrobienie kawy zapraszając do domu.

Niechorze jest już nad samym morzem, więc wróciliśmy na plażę, którą doszliśmy do Rewala. Tu już wszystko wygląda mocno turystycznie i pojawiły się inne atrakcje. Wciskamy guzik i jesteśmy w innym świecie. W rybackich osadach nie ma już kutrów, ani nikt nie łowi ryb. Teraz rozwinęła się turystyka.

Na trasie Niechorze – Rewal znów pojawiła się asfaltowa droga pieszo-rowerowa. Tam zatrzymał się jadący rowerem Niemiec, który pozdrowił nas i zapytał czy mówimy po niemiecku. Niestety nie udało się nam podjąć konwersacji, więc pojechał dalej. Potem spotkaliśmy się ponownie na kempingu „Klif” pod Rewalem, gdzie miał już rozbity namiot. Ucieszył się, że będzie miał towarzystwo i łamaną angielszczyzną z licznymi niemieckimi wstawkami zamienił z nami kilka zdań. Dowiedzieliśmy się, że pochodzi z Hamburga i podziwiał wydmy w Łebie. Bardzo mu się podoba bezpieczna i dobrej jakości nadmorska ścieżka rowerowa, jednak ze względu na problemy z plecami chyba zakończy swoją wycieczkę wcześniej niż planował. Jeździł już wcześniej rowerem ze swoją córką, a teraz postanowił wybrać się sam.

Na kempingu było trochę gości z Niemiec, widać że lubią tu przyjeżdżać. Wieczorem panowała cisza, a gdy zaczęło trochę padać to schowaliśmy się do namiotu. Rano znowu wyszło słońce i kolejnego dnia mogliśmy się cieszyć ładnymi widokami.

Rewal – Pobierowo – Dziwnów – Międzywodzie

Widokową ścieżką tuż przy plaży doszliśmy do Trzęsacza gdzie główną atrakcją są pozostałości gotyckiego kościoła, a właściwie ruiny jednej ze ścian. Reszta ścian kościoła na klifie runęła już bardzo dawno temu do morza. Mieliśmy wrażenie, że nic tu się nie zmieniło od czasu gdy byliśmy tu ostatnim razem jeszcze z małym Adamem. Poza tym oczywiście, że pojawiła się rzeźba syrenki i rozrosło się miasteczko pamiątkarsko-gofrowe dla odwiedzających to miejsce.

Kolejnym przystankiem było Pobierowo. Zgodnie ze szlakiem przemierzyliśmy główną ulicę, gdzie oprócz ładnych willi i domów schowanych pomiędzy sosnami nagle zobaczyliśmy ogromną wyrwę, z której wystawał 8-piętrowy budynek. Po przeciwnej stronie stała też szklano-betonowa konstrukcja, która zupełnie nie pasowała do klimatu przyjemnego nadmorskiego miasteczka z niską zabudową i w większości z małymi domami zacienionymi drzewami i ogrodami. Szybko przeszliśmy także przez zagłębie knajpek z głośną muzyką, lodziarni i straganów oraz sklepów ze wszystkim co można sprzedać: od sprzętu plażowego po modne ubrania, które przypłynęły statkiem z Państwa Środka. Są także nieodłącznie w takich miejscach pamiątki. Chyba ktoś to jednak kupuje skoro tyle tego jest na całym wybrzeżu. Moim must have jest jak na razie parawan plażowy. Dość poręczny jeśli chodzi o przytroczenie do plecaka. Jak mi się jakiś wybitnie spodoba to kupię i zabiorę do domu jako praktyczną pamiątkę 😉

Leśne ścieżki niestety też niedługo zostaną zamienione na betonowe. Zgromadzono już materiały i tylko patrzeć jak powstanie kolejny odcinek wyłożonej kostką brukową drogi rowerowej w lesie.

Za Pobierowem trafiliśmy na spokojną i pustą kawiarnię gdzie uzupełniliśmy dawkę witamin chociaż chłodnym sokiem. Odpoczęliśmy też w ciszy przerywanej jedynie rozmową właścicielki lodziarni z handlowcem, który namawiał ją na kupno zapasu wafli do lodów w kształcie pucharków. Nie wiemy czy transakcja przebiegła pomyślnie bo poszliśmy dalej.

Przed Dziwnówkiem był bukowy las z jednym punktem, który był dla mnie na mapie zagadką. Na miejscu wyjaśniło się, że stanowisko dokumentacyjne to nic innego jak odkryty fragment jakiejś bardzo starej skały (wapń górnojurajski) z ery mezozoicznej. Ja nie potrafiłam rozpoznać w kawału widocznej skały skorup morskich zwierząt, z której powstała, ale to chyba jest jakaś gratka dla geologów.

Zamiast iść ścieżką rowerową przy szosie do Dziwnowa, eksplorujemy równoległe ścieżki w sąsiadującym lesie. W samym Dziwnowie nie było nic specjalnie zachwycającego. Kluczymy jakimiś bocznymi uliczkami i wychodzimy przy kanale Dziwna. Dawny bulwar nad cieśniną Dziwna nie jest dziś już miejscem spacerowym i stracił na ważności, o czym świadczą krzywe płyty chodnikowe i kilka opuszczonych budynków. Jest co prawda zwodzony most nad Dziwną, ale nie zaobserwowaliśmy wzmożonego ruchu statków.

Przerwa na mały piknik pod sklepem nieco nam poprawiła nastrój. Dalsze kroki skierowaliśmy w kierunku wejścia do portu, ale potem w poszukiwaniu szlaku przedzieraliśmy się przez niesamowite chaszcze pełne krwiożerczych komarów w bliskim sąsiedztwie jeziora Martwa Dziwna. Jezioro jest sztucznym tworem powstałym podczas przekopu do morza, ale komary były jak najbardziej żywe. Dlatego nie mogąc się od nich opędzić poszukaliśmy drogi alternatywnej i dalszy odcinek pokonaliśmy plażą.

Osiągamy Międzywodzie i skręcamy za promenadą w boczną ulicę. Mijamy kolonie domków oraz willi o wymyślnych nazwach. Po dojściu do zaplanowanego na dziś kempingu stwierdzamy, że albo opinie o nim pochodziły sprzed wielu lat, albo to nie jest to miejsce o którym Darek czytał w sieci. W każdym razie zostajemy dołączając do jedynego tu kampera. Później jeszcze pojawił się pojedynczy namiot i rower oraz dwa inne rowery z przyczepkami. Najważniejsze, że było spokojnie, można było się wykąpać i zjeść przy stoliku z zadaszeniem.

D#15 – Międzywodzie – Międzyzdroje

Dobrze, że wczoraj zatrzymaliśmy się na pierwszym znalezionym kempingu w Międzywodziu, bo idąc dalej natknęliśmy się na właściwy kemping, o którym Darek wcześniej czytał i znalazł go w internetach. Ten jednak mimo fajnego położenia (w lesie) miał tę wadę, że nie był czynny. Nie było zatem czego żałować 😉

Dziś jest nowy dzień, czternasty z kolei i będziemy w Wolińskim Parku Narodowym. Najpierw jednak od strony morza doszliśmy do kolejnego kampingu w Świętouściu. Ten akurat znaliśmy jeszcze z czasów bardzo odległych, gdy byliśmy tu na wakacjach z Adamem odwiedzając Wolin. Mieliśmy wtedy rowery i przemierzaliśmy okolice we trójkę na rowerach. To były jeszcze czasy gdy jeździło się po lesie trasami wydeptanych szlaków turystycznych, a o drogach rowerowych z asfaltu nikt nawet nie myślał.

W Trampie, bo tak się nazwa ten kemping o nr 96, zjedliśmy po bułce na sucho, bo automat do kawy miał dziś jakiś problem. Potem zaopatrzyliśmy się w sklepie w wodę i ruszyliśmy w stronę Wisełki. Czerwony prowadził lasem bukowym, więc Darek założył długie spodnie i kurtkę. Skończył się nam już preparat z repelentem, a komary bardzo lubią wędrowców z odkrytymi nogami i ramionami.

Nie wchodzimy do Wisełki tyko wraz z tłumem plażowiczów kierujemy się ku linii brzegowej. Była czynna mała sezonowa restauracja urządzona w budynku dawnej stacji Pogotowia Morskiego więc zatrzymujemy się na sałatkę, która tylko z nazwy była grecką, ale zawsze to jakieś warzywa w naszym menu.

Do Międzyzdrojów mamy 8 kilometrów plażą. Były to dość urozmaicone kilometry bo im bliżej klifu tym mniej piasku, a więcej kamieni w mniejszych i większych skupiskach oraz drzew w różnych kombinacjach po osunięciu się skarpy. Nie widzieliśmy kąpiących się morzu, ale też woda z falującymi zielonymi wodorostami była raczej lepsza dla łabędzi, a wystające ponad poziom wody kamienie miejscem odpoczynku dla ptactwa.

Jak w większości tego typu miejscowościach również w Międzyzdrojach mijamy dzielnicę hotelowo-apartamentową usytuowaną tuż przy plaży. Potem jest ciasne centrum, gdzie trwają prace budowlano-remontowe, więc tu też nie ma spokoju. Po wyjściu z miasta na przedmieściach są dwa supermarkety, więc możemy zrobić zakupy i udać się na kemping. Jest na uboczu, ale nie musimy daleko odbijać od szlaku. Zdecydowana większość to kampery na niemieckich numerach rejestracyjnych. Przechodzący obok naszego namiotu inni goście pozdrawiają nas swoim „hallo”. Pod tych właśnie turystów zostały otwarte nowe modułowe toalety i prysznice.

Międzyzdroje – Świnoujście (OSTATNI ETAP)

Do zakończenia naszej przygody z morzem i szlakiem nadmorskim został nam jeszcze ostatni odcinek do pokonania, według znaków i mapy około 21 km. Najpierw trzeba było za Międzyzdrojami przejść na drugą stronę autostrady. Przejazd pod autostradą był zagrodzony gdyż trwała tam akurat budowa, ale jakoś się przedostaliśmy po piachu (mieliśmy już zaprawę chodzenia po wydmach i plaży) i dalej już łatwo szutrową drogą pomocniczą wzdłuż linii wysokiego napięcia i nitki rurociągu gazowego dotarliśmy do Łunowa. Można było trochę pokluczyć lasem, ale ponieważ teren był podmokły więc woleliśmy nie wchodzić do lasu ze względu na komary i kontynuowaliśmy wersją prostszą. Przebiegał też tamtędy szlak rowerowy, ale nie był na szczęście asfaltowy 🙂

Bardzo nas zaskoczył port w Łunowie, który ze względu na swój nowoczesny wygląd wzbudził nasze zaufanie, na tyle że zatrzymaliśmy się tu na dłużej. Znajdowaliśmy się na obrzeżu Karsiboru znanego terenu będącego ostoją ptactwa. Z platformy widokowej obserwowaliśmy nie tylko daleką panoramę, ale także dwie szare czaple, które wykonywały akrobacje w powietrzu chowając się w zaroślach i startując na nowo.

Do właściwej dzielnicy Świnoujścia zostało nam do pokonania zaledwie kilka przeszkód: rozkopany teren pod budowę trasy szybkiego ruchu, tory kolejowe w Świnoujściu Warszów i przeprawienie się promem przez Cieśninę Świny. Idziemy razem z tłumem innych pasażerów na prom starając się zapamiętać drogę oraz kierunek do stacji kolejowej skąd jutro odjedziemy pociągiem do domu. Na razie jednak chcemy dotrzeć do hostelu, wykąpać się, przebrać i zjeść kolację. Na miejsce celebrowania zakończenia wędrówki wybraliśmy starówkę.

Następnego dnia popędziliśmy skoro świt do przeprawy promowej żeby zdążyć na nasz poranny pociąg. Czekała nas bardzo długa podróż więc zrobiliśmy kanapki na drogę i zabraliśmy dużo wody. Przydało się bo pociąg miał dwie godziny opóźnienia – czekaliśmy w polu na wznowienie ruchu pociągów z powodu „zdarzenia na torach z udziałem człowieka”. Konduktorka rozdawała batoniki i była możliwość otrzymania wody do picia w małych butelkach. Część pasażerów bardziej zdesperowanych próbowała wydostać się z tej sytuacji w różny sposób, nasze współpasażerki gadały cały czas, chłopak z przedziału obok głośno komentował co się dzieje, a trzy panie zamówiły taksówkę i wysiadły z wagonu chwilę przed tym gdy pociąg ruszył niespodziewanie, tak jak nagle został zatrzymany.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.