Wreszcie przeżyliśmy to co oglądaliśmy na setkach filmików i usłyszeliśmy dłuuugo oczekiwane: YOU ARE IRONMAN biegnąc po czerwonym dywanie! Myślałam, że to tylko takie opowieści i zmontowane scenki, ale teraz uwierzyłam, że temu wbiegnięciu na metę mogą towarzyszyć takie emocje. Co to znaczy udział w wielkiej imprezie, gdzie przez cały czas zawodnicy są w centrum uwagi i wszyscy podziwiają cię za to robisz. Wszechobecni wolontariusze, którzy niestrudzenie pomagają, podają, informują. Fantastyczni kibice zatraceni w swoim dopingu, obecni na całej trasie i nieustający przez tyle godzin w oklaskiwaniu, pokrzykiwaniu i zachęcaniu do pokonywania kolejnych kilometrów. Żywiołowość i pomysłowość w kibicowaniu powodowała, że jechało się i biegło z ciągłym uśmiechem na twarzy. Na całej trasie słychać było tylko: Super Renata!, Weiter Renata!, Go, go Renata! Renata dajesz! Polska biało-czerwoni. Darek, Daarek, Daaarek !! I jak tu się nie cieszyć. Jak nie biec.

Dwa dni przed zawodami

Piątek – biuro zawodów

Do Frankfurtu przyjechaliśmy w czwartek wieczorem, podróż samochodem nową autostradą była wygodna, ale dłużyła się. Przyjechaliśmy zmęczeni dlatego dobrze, że były jeszcze dwa dni. Miałam przygotowany plan godzinowy i trzymaliśmy się tej rozpiski żeby mieć jak najwięcej czasu na odpoczynek przed zawodami.
Ale łatwo nie było i już pierwszego dnia mieliśmy lekki kolorowy zawrót głowy, mimo że hotel nie był zbytnio oddalony od strefy mety zawodów gdzie było zlokalizowane expo i biuro.
Do biura zawodów idziemy zaraz po śniadaniu razem z Bartkiem i Witkiem oraz jego żoną . Po drodze natrafiamy na namioty z wystawcami expo.
Chcemy wszystko dokładnie obejrzeć, oglądam i dotykam stroje, buty, gadżety, chłopaki rzucają tęskne spojrzenia na rowery.
Znajdujemy wreszcie namiot, w którym otrzymujemy swoje plecaki z pakietami startowymi. Najważniejsza rzecz dzisiejszego dnia załatwiona. Mamy już założone niebieskie opaski i odznaczyliśmy obecność na liście startowej. Teraz mamy czas na obiad bo do odprawy zostało trochę czasu.
Bartek potrzebuje jeszcze gadżet do roweru więc wdaje się w rozmowę ze sprzedawcą, który kieruje go do pobliskiego sklepu sportowego gdzie udaje się nam wszystko kupić (sprzedawca rozkompletował zestaw i wyjął z pudełka potrzebną Bartkowi część). Widać, że posiadacze niebieskiej opaski są traktowani szczególnie. A może tylko nam się tak wydaje.
Po obiedzie przemieściliśmy się metrem na spotkanie z zawodnikami, które odbywało się w dużej hali sportowej oddalonej jakieś 3 km od biura zawodów.
Odprawa dla zawodników trwała prawie 1,5 godziny i zawierała mnóstwo informacji. Szczególnie ważne były te o żółtych, czerwonych i czarnych kartkach, reszta była przypomnieniem tego co wiedzieliśmy już po przeczytaniu regulaminu. Dzięki dobrej znajomości języka niemieckiego przez Bartka nie musieliśmy czekać aż do odprawy po angielsku i wyszliśmy już po części dla Niemców. Tym sposobem byliśmy wcześniej w hotelu. Wracając wstąpiliśmy jeszcze na makaron do pobliskiej, sprawdzonej już wczoraj pizzeri. Teraz myślimy tylko o uzupełnianiu węglowodanów i odpoczynku.

Przed zaśnięciem łóżko zajmują szpargały na jutrzejsze check-in: biały worek oddajemy przed startem, w nim będą rzeczy, które założymy na siebie w dniu zawodów, a potem ubierzemy się za metą więc teraz zostaje, ale niebieski z rzeczami na rower i czerwony z ekwipunkiem na bieg musi być już zapakowany i oddany razem z rowerem, kaskiem i butami rowerowymi jutro.

Sobota – oddanie rowerów do T1

W oczekiwaniu na przyjazd shuttle-bus jest czas na dokładne obejrzenie i podziwianie maszyn innych uczestników. Potem wszyscy pakujemy się z rowerami do autobusu i jedziemy jakieś 12 km nad jezioro gdzie jest strefa wyjścia z wody i początek trasy rowerowej.

Po przejściu bardzo szczegółowej kontroli ze sprawdzeniem stanu technicznego roweru oraz kasku jesteśmy sfotografowani razem z rowerem i otrzymujemy osobistego wolontariusza, który towarzyszy nam przez cały czas w strefie zmian. Okrywa rower folią, wkłada do plastykowej miski niebieski worek (czerwony na bieg, który pojedzie do T2, oddałam już przed dojściem do swojego stanowiska rowerowego). Wszystko odbywa się spokojnie, ale sprawnie i z uśmiechem.

Korzystając z tego, że mamy bardzo dużo czasu, jest ciepło i słonecznie, pływamy zgodnie z naszym planem około 30 minut w jeziorze. Woda ma 24 stopnie, można pływać bez pianek. Widać już część boi rozstawionych na jeziorze.

Potem wracamy w kierunku strefy zmian przechodząc przez dość stromy podbieg znad brzegu jeziora. Niektórzy ćwiczą już w tym miejscu zdejmowanie pianki w biegu.

Po udanym rekonesansie miejsca części pływackiej wracamy do Frankfurtu oczywiście w kierunku namiotów wystawienniczych. Zakupy i oglądanie nowinek technicznych w świecie tri to podstawa spędzania reszty dnia.

Można obejrzeć jeszcze raz dokładnie gdzie są wieszaki z czerwonymi workami i namiot do przebierania się na bieg po rowerze oraz którędy przebiega czerwony dywan w kierunku mety.

   
Dzień zawodów

To miał być nasz najdłuższy dzień w roku. Nic dziwnego skoro pobudka była o 3:30. Zgodnie z informacją w hotelowej windzie udaliśmy się na śniadanie, które w dniu zawodów było od 4 rano. Mała sala wypełniona po brzegi. W hotelu mieszkała prawie cała polska grupa więc słychać tylko polski język. Po śniadaniu idziemy na przystanek autobusu, ten sam z którego wczoraj jechaliśmy z rowerami. Nie trudno pomylić kierunek, wystarczy iść za innymi idącymi z takimi samymi białymi workami albo plecakami ze znaczkiem IM.

W autobusie jakiś otyły gość z pomarańczową opaską kibica proponuje Darkowi miejsce siedzące. W drodze na miejsce startu każdy co chwilę popija jakiś napój i zerka na zegarek. Trochę się zaczynamy denerwować bo dojazd się lekko przedłuża. Chcemy jeszcze na spokojnie ułożyć sobie wszystko przy rowerze, założyć piankę i chwilę popływać. Po dotarciu do swoich miejsc w strefie została nam mniej niż godzina. Spokojnie zdejmuję folię z roweru, sprawdzam koła, układam zawartość niebieskiego worka obok roweru przykrywając buty workiem. Zakładam piankę i idę do Darka. On też jest już gotowy. Mamy jeszcze czas dlatego wracamy do mojego roweru i Darek dopompowuje moje koła (wszędzie leżą pompki, z których można skorzystać). Teraz możemy iść już na start.

Małymi kroczkami, trzymając się za rękę żeby nie zgubić się w dużym tłumie takich samych czarnych pianek i czerwonych czepków, idziemy w stronę jeziora. Do naszego startu zostało 15 minut i z góry widzimy jak w wodzie zaczyna się coś kotłować, to ruszyła czołówka w żółtych czepkach, wśród nich mkon, który walczy o kwalifikacje na Mistrzostwa Świata na Hawajach.  

Wchodzimy do wody, Darek przepływa kilka metrów żwawiej w ramach rozgrzewki. Widoczność w przyciemnianych okularkach nie jest największa, bo jest pochmurno. Kilkanaście razy przepłukuję okularki żeby przestały parować. Stoimy w wodzie do pasa, blisko brzegu, nie pchając się za bardzo do linii startu w wodzie. Zostało 5 sekund więc ostatni buziak dla Darka i płyniemy. Najpierw ostrożnie, ale potem jest coraz ciaśniej bo doganiam tych, którzy płyną podobnym tempem. I tak było do samego końca. Ktoś płynie z prawej, ktoś z lewej i nie da się ominąć tego z przodu. Najciaśniej oczywiście przy bojach, a szczytem ciasnoty był nawrót przy platformie gdzie płynęliśmy wąskim korytarzem ściśnięci jak śledzie w beczce. Myślałam, że jak wypłyniemy z tego kanału, to dalej będzie lepiej, ale gdzie tam, ciągle ktoś mnie łapał za nogę, wpadał bokiem, kopał nogą, uderzał ręką. Wszelkie próby uwolnienia się zdawały się na nic. Otaczała mnie wielka masa wijących się w wodzie czarnych pianek dążących w kierunku żółtej boi (skojarzenie nasuwa się samo). Po 44 minutach wychodzę na brzeg, łapię chwilę oddechu i znów do wody.

Teraz została druga pętla, tym razem wzdłuż czerwonych boi, obok których przepływamy prawym ramieniem. Trochę gorzej mam z nawigacją, bo oddycham na przeciwną stronę, ale tor pływania utrzymuję głównie dzięki innym płynącym obok. Cały czas ten sam tłum. Chlapią, machają bez opamiętania rękoma, tłuką nogami. Najważniejsze jednak, że już zawracamy, że nie jest zimno, nie świeci w oczy słońce. Niebo zasnute jest ciemnymi chmurami i nawet przez moment wydaje mi się, że pada deszcz bo poczułam coś chłodniejszego. Zerkam na zegarek po wyjściu z wody i jest 1:21. Jestem bardzo zadowolona z czasu pływania jak i z tego, że już nie jestem w tym tłumie. Moje miejsce z rowerem w strefie jest na samym jej końcu, tuż przy wyjściu, próbuje więc nawet lekko truchtać bo to spory odcinek. Łapię kubeczek z wodą, ale nie piję jej tylko opłukuję stopy z piachu. Krzyczę do Darka, którego poznaję po stroju jak właśnie się szykuje do wybiegnięcia z rowerem. Pozdrawiam Luizę, która stoi już prawie kompletnie ubrana na rower.

Dobieg i przebieranie zajmuje mi dużo czasu, tak że strefę zmian opuszczam dopiero po 10 minutach. Długo zastanawiałam się czy zakładać kurtkę, czy tylko koszulkę, bo lekko padający deszcz nie wróżył nic dobrego. Rozejrzałam się wokół na innych i w końcu zostałam przy koszulce i rękawkach. To był dobry wybór, jak się później okazało, ale początkowo nie mogłam tego docenić, bo gdy wyjeżdżaliśmy na trasę zaczęło lać porządnie. Deszcz towarzyszył nam przez długi czas i wcale nie miał zamiaru się zmniejszyć tylko jakby się nasilał. Bardzo przydatna była zasada non-drafting podczas wyprzedzania gdyż spod jadących za blisko kół roweru wznosiły się wysokie fontanny wody, które miało się na twarzy. A rowerów mnie wyprzedziło na początku chyba setka. Jazda w deszczu nie jest moją domeną, wolałam uważać na zakrętach, poza tym to przecież dopiero początek więc utrzymywałam prędkość komfortową, taką jak na treningach.

Po pierwszym punkcie odżywczym, na którym zatrzymuję się na chwilę (wolontariusz odbiera ode mnie rower) profil trasy nieco się zmienia. Teraz to ja zaczynam wyprzedzać pojedyncze rowery. Zaczyna mi się to podobać, podobnie jak to że gdy przejeżdżamy przez kolejne miejscowości, pomimo padającego deszczu przy trasie są kibice: pochowani pod parasolami, na przystankach, w knajpkach przy samej ulicy. Młodzi, starsi, dzieci, na wózkach inwalidzkich. Wszyscy krzyczą, wołają po imieniu, dopingują z całych sił. Niesamowite. 


Innych atrakcji na trasie rowerowej też nie brakuje: jest fragment po kocich łbach i po kostce, podjazd na którym stoi szpaler kibiców i jest tak wąsko, że może zmieścić się tylko jeden rower. Ten odcinek akurat jechałam za dwoma Meksykankami, które wlokły się okrutnie, ale przynajmniej tu odpoczęłam jadąc wolno za nimi. Na podjeździe po kostce wyprzedziłam chłopaka na cervello, ale trudno nie dostać skrzydeł jak się słyszy jak gość wrzeszczy przez mikrofon: „Frau Renata. Polen”. Taki doping jednak działa niesamowicie. Deszcz przestał mi zupełnie przeszkadzać.
  
Po około 90 km mojej jazdy zobaczyłam nadzieję na niebie, z lewej strony przejaśniło się i widać było na horyzoncie błękit. Deszcz ustał, asfalt dość szybko wysechł i wszystko byłoby już dobrze gdyby nie to, że zerwał się wiatr. Z kilometra na kilometr wiało coraz bardziej, poczułam się jak na łąkach pod Warszawicami  gdzie też zawsze wiało, więc niby nic nowego, już to ćwiczyliśmy. Tylko dlaczego akurat dziś i tutaj też wieje? Teraz pozycja aero była jak najbardziej pożądana. Jednak zjeżdżanie z rękoma na lemondce przy dużych podmuchach bocznego wiatru też nie było zbyt bezpieczne. No cóż warunki nieco trudne, to i prędkość zmalała. Próbujemy się podtrzymywać na duchu z Adkiem z Wrocławia, z którym mijam się teraz kilka razy. Wspieramy się wzajemnie na ostatnich kilometrach dojazdowych – z daleka widać już miasto, trzeba wytrwać i jakoś dojechać z godnością. Znów wyprzedzam kilka karbonowych rowerów i to mnie nastraja optymistycznie.

Wolonatariuszka odbiera ode mnie rower, odpinam tylko zegarek przypięty do kierownicy i już biegnę do namiotu zmienić buty. Druga wolontariuszka pomaga mi zdjąć koszulkę rowerową, zostaję w samym kombinezonie, bo zrobiło się słonecznie i ciepło. Teraz tylko 4 okrążenia i będzie po wszystkim.
Zerkam na zegarek i sprawdzam tempo biegu. Pamiętam jak wyliczaliśmy z Darkiem ile czasu powinniśmy biec jedną pętlę żeby udało się osiągnąć nasze założenia. Lekko zwalniam bieg żeby nie przeszarżować na początku i kontroluję tempo. Czuję trochę zmęczenie w odcinku lędźwiowym po rowerze, ale nogi mam w porządku. Wiem, że za jakiś czas wszystko się rozluźni i trzeba się tylko skupić na piciu bo słońce zaczęło przypiekać.

Punkty z wodą, napojami, owocami, ciastkami z solą, gąbkami nasączonymi wodą i lodem były bardzo często. Na każdym punkcie przechodziłam do marszu i korzystałam z tych dobrodziejstw. Szczególnie przydatny okazał się lód i gąbki, którymi chłodziłam sobie dodatkowo nogi (bolało mnie pod lewym kolanem już pod koniec jazdy rowerem i masowanie tego miejsca kostką lodu przynosiło ulgę). Za punktem znów biegłam i tak do kolejnego punktu. Na początku mój bieg wydawał mi się ślamazarnym truchtem bo wyprzedzali mnie inni zawodnicy, ale oni mieli już po 2 lub 3 frotki na ramieniu co oznaczało, że już kończą. Zatem cierpliwie truchtałam aż doczekałam się swojej pierwszej zielonej frotki.

Biegaliśmy rundę wzdłuż rzeki, przebiegając dwa razy przez mosty i nie widać było zawodników biegnących po drugiej stronie. Cały czas zastanawiałam się gdzie jest Darek, jak mu się biegnie, jak mu poszło na rowerze. Pytałam kibicujące Kasię i Iwonkę czy widziały Darka, ale odpowiedziały, że nie. Widocznie biegł podobnym tempem i był cały czas po drugiej stronie rzeki, dlatego się nie spotkaliśmy.

Bulwary nad Menem były opanowane przez kibiców, tym razem pogoda im sprzyjała bardziej niż biegnącym. Słonecznie i momentami gorąco, dobrze że chociaż chłodził nas wiatr, który jednak słabł pod wieczór coraz bardziej. Natomiast tłum stojących, siedzących i piknikujących kibiców nie malał. Znów było wyczytywanie imion z numerów startowych i pozdrawianie. Im bardziej ktoś żywiołowo pozdrawiał kibiców tym bardziej mu dopingowali. To było niesamowite jaka wytwarzała się energia i więź między kibicami, a uczestnikami.

Na trzecim okrążeniu biegł obok mnie jakiś zawodnik, który wyraźnie starał się utrzymać moje tempo biegu. Sama nie wiem skąd u mnie wtedy było tyle sił. Biegłam sprężycie i z lekkością jakby to była poranna przebieżka w lesie. Zauważyłam zresztą, że biegnących wokół mnie jest coraz mniej, w zasadzie to były jakieś pojedyncze przypadki, wszyscy wokół szli lub truchtali dużo wolniej. Przebiegłam szczęśliwa niemalże w podskokach przez czerwony dywan na rozwidleniu trasy: do mety/ na okrążenie i bez żalu pobiegłam na swoje ostatnie. Czułam, że nogi bolą mnie już coraz bardziej i krok już nie był taki jak poprzednio, ale chciałam jak najdłużej biec. Cały czas myślałam tylko o tym żeby się nie zatrzymać. I śledziłam czas na stoperze. To był wyścig z czasem i bólem.

Gdy gdzieś świtał cień nadziei, że uda się lekko przyspieszyć (byłam tuż przed ostatnim wbiegnięciem na most) zerwała się wichura. Sypnęło piachem po twarzy, podmuch wiatru utrudniał bieg przez odkryty fragment na moście. Potem odcinek po kostce i siekący deszcz. Pomyślałam wtedy, że doświadczam prawdziwego Ironmana, ze wszystkimi żywiołami: deszcz, wiatr, słońce i na koniec znów wiatr i zacinający deszcz. Zrobiło się momentalnie zimno i ciemno, ale do mety już było blisko. Jeszcze kilka minut i będzie po wszystkim.

Na deser super moment: czerwony dywan jest mój, jest głośno, są reflektory, są kibice, mam siłę skakać i cieszyć się. Czuję się czadowo i odlotowo. Prawdziwa chwila euforii.

fot. Darek Michalski

Za metą pierwszą rzeczą jest medal i okrycie ręcznikiem, potem wolontariusz prowadzi mnie do strefy odpoczynku gdzie pokazuje i tłumaczy gdzie dostanę picie, jedzenie, gdzie są białe worki z ubraniami i prysznice. Zaglądam do namiotu medycznego, ale nie potrzebuję żadnej pomocy więc szukam za metą Darka. Spotykam Przemka, który też nie widział Darka, więc idę się wykąpać i przebrać. Tam dowiaduję się od Ani i Luizy, że Darek już dawno skończył. Spotykamy się wszyscy w namiocie z jedzeniem. Gratulujemy sobie i innym. Jeszcze odbieramy koszulkę finiszera i wydrukowany certyfikat ze szczegółowymi wynikami i idziemy po rowery oraz resztę worków z naszymi rzeczami. Gdy wracamy ścieżką na Menem jest już ciemno, ale mijający nas ludzie dostrzegli błyszczące w świetle latarni nasze medale na szyi i gratulowali ukończenia zawodów. To był rzeczywiście najdłuższy dzień w roku.

 



        

 Poniedziałek – wolne 🙂
Spaliśmy kamiennym snem, ale „zegar treningowy” z przyzwyczajenia obudził nas o 7. Nie musieliśmy się jednak nigdzie spieszyć, bo zakończenie było dopiero o 11. Zdążyliśmy się spokojnie spakować i wymienić się wrażeniami ze znajomymi.

 

(zdjęcie pochodzi z aparatu Bartka, zostało zrobione przez przypadkowego przechodnia)

 

Prosto z hotelu pojechaliśmy na Awards Party gdzie odbywały się dekoracje pierwszych trójek w każdej kategorii wiekowej. Największe brawa zebrał zawodnik w kategorii 70-74 lat, który ukończył już 20 ironmanów.

 

Przed nami długa droga powrotna więc pożegnaliśmy się z koleżankami i kolegami. Wszyscy wracali do domu zadowoleni: jedni z udanego debiutu, inni z życiówki, a mkon ze zdobytą kwalifikacją na Konę.

        

Jadąc do domu mieliśmy mnóstwo czasu na analizy, przemyślenia własne, rozmowy. Doszliśmy z Darkiem do wniosku, że start we Frankfurcie odebraliśmy dużo przyjemniej i znośniej niż dwa lata temu w Borównie z wielu powodów: po pierwsze potwierdziła się stara jak świat zasada, że na dużych zagranicznych imprezach są duże emocje, są kibice, nie ma wpadek organizacyjnych i zawodnik jest w centrum uwagi. Poza tym my sami byliśmy dobrze przygotowani, dużo trenowaliśmy i nałożyły się kolejne sezony doświadczeń triathlonowych. Teraz nie odbieramy tego jak jakąś straszliwą mękę i nie reagujemy: koniec z tymi ironmenami. Z każdym startem zresztą jest coraz lepiej.
Teraz kilka dni regeneracji i można jeść co się chce 🙂
Lipiec przeznaczamy na aktywny odpoczynek, a w sierpniu ruszamy znów do pracy, bo na początku września start w Borównie. Jesteśmy już zapisani. 
Tutaj jeszcze więcej zdjęć.
Zdjęcia z samych zawodów wkrótce (o ile znajdziemy sponsora na ich zakup z tej strony).

             
 

                        
     
        

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.