Szlak Trzech Pogórzy (szlak żółty prowadzący z Siedlisk koło Tuchowa do Dynowa – najdłuższy szlak pieszy prowadzący przez 3 polskie Pogórza: Ciężkowickie, Strzyżowskie i Dynowskie):

początek: Siedliska k/Tuchowa (Ostry Kamień – Wielka Góra – Gilowa Góra – Wisowa

Rysowany Kamień – Mały Liwocz – Liwocz – Kołaczyce – Bieździedza – Gogołów

Huta Gogołowska – Bardo – Chełm – Wyżne – Patria – Ujazdy – Łubno) koniec: Dynów

Po przejściu żółtego szlaku w całości można otrzymać odznakę Szlaku Trzech Pogórzy, ale nas interesowało dojście do Przemyślą zatem poszliśmy dalej z Dynowa do Wapielnicy, czyli terenami Pogórza Przemyskiego niebieskim Szlakiem Karpackim

(w całości szlak ten prowadzi z Grybowa do Rzeszowa)

przebieg odcinka szlaku, który teraz przeszliśmy:

Dynów – Piątkowa – Sufczyna – Huta Brzuska – Krzeczkowski Mur – Krzeczkowa – Olszany – Krasiczyn – Dybawka Dolna – Wapielnica

zejście z Wapielnicy

czerwonym szlakiem do Przemyśla

Krótkie podsumowanie w liczbach:

  • pokonaliśmy marszem trasę z Siedlisk koło Tuchowa do Przemyśla kierując się 3 znakowanymi szlakami turystycznymi: żółtym, niebieskim i czerwonym
  • trasa przebiegała przez 4 polskie Pogórza Karpackie
  • długość pokonana pieszo to łącznie 214 km
  • przejście zajęło nam w sumie 8 dni
  • dzienny pokonywany dystans to od 25 do 30 km
  • łączne przewyższenie wyniosło ponad 5500 m
  • nasze plecaki z niezbędnym ekwipunkiem ważyły ponad 10 kg (Renata) i 15 kg (Darek)
  • po drodze mieliśmy 7 noclegów, w tym 3 pod dachem, pozostałe 4 w namiocie
  • towarzyszyła nam zmienna pogoda – były noce z temperaturami 5 st. C, ale też później cieplejsze do 10-11 st. C
  • ilość spotkanych turystów na szlaku: 0 (nie liczyliśmy 3 sobotnio-niedzielnych spacerowiczów, którzy nie szli dalej niż 1-2 km)
  • trudności nawigacyjne na niebieskim szlaku – niezliczona ilość 😉

Droga wciąga, czyli długa opowieść o zbyt krótkiej wycieczce

Idziesz i nie wiesz kiedy zapominasz, że masz ciężki plecak, którego paski wrzynają się w ramiona. Szukasz oznaczeń szlaku i podziwiasz krajobraz. Idziesz do góry sapiąc i zastanawiasz się czy jeszcze wysoko. Potem schodzisz i uważasz żeby zachować równowagę bo plecak nie zawsze pozwala na szybkie zejście.

Nie zwracasz uwagi na dystans, ani na tempo marszu. To ostatnie jest zdecydowanie wolniejsze niż na mazowieckich nizinach. Tutaj liczy się tylko to co widzisz po drodze i kiedy zbliża się czas na szukanie dogodnego miejsca na nocleg. Czasem to miejsce będzie urokliwe, czasem dziwne, a czasem po prostu już nie masz siły iść dalej, albo po prostu zaczyna się zmieniać pogoda i trzeba podjąć szybką decyzję co robić dalej.

Dzień #1 – Pasmem Brzanki

Zaczynamy swoją przygodę w Przemyślu, który jest tylko naszym miejscem noclegowym, z którego pojedziemy wcześnie rano do miejsca startu. Uznaliśmy, że po pierwsze Przemyśl jest wart odwiedzenia, a po drugie jest więcej możliwości logistyczno-organizacyjnych na rozpoczęcie i na zakończenie wyprawy. Jak się później okazało to był bardzo dobry plan. Przy okazji na spokojnie mogliśmy podziwiać odrestaurowany dworzec oraz zrobiliśmy spacer po Starym Mieście.

Podróż porannym InterCity z Przemyśla do Tarnowa minęła szybko i komfortowo. Tarnów, podobnie jak Przemyśl przywitał nas pięknym starym dworcem kolejowym. Nie mieliśmy tylko czasu na oglądanie wystawy, która mieściła się w jednym ze skrzydeł dworcowego budynku.

Czekał nas jeszcze dojazd z dworca w Tarnowie do Siedlisk koło Tuchowa skąd ruszamy na szlak. Taksówkarz był bardzo zdziwiony gdy poprosiliśmy żeby nas wysadził na stacji kolejowej w Siedliskach i nie do końca dowierzał naszemu zapewnieniu, że chcemy stamtąd iść dalej pieszo. A gdy usłyszał, że będziemy szli do Przemyśla to zaniemówił, wyjął nasze plecaki z bagażnika i szybko odjechał. Chyba jednak niepotrzebnie mu powiedzieliśmy co zamierzamy zrobić bo wziął nas pewnie za trochę nienormalnych. Rozumiem go, bo kto w dzisiejszych czasach męczy się idąc pieszo 200 km z ciężkim plecakiem, skoro wszędzie jest komunikacja oraz wygodne drogi szybkiego ruchu czy autostrady.

Posililiśmy się jeszcze na ławce na przystanku kolejowym w Siedliskach słodką bułką otrzymaną od gościnnej gospodyni apartamentu w Przemyślu gdzie nocowaliśmy ostatnią noc w jeszcze bardzo komfortowych warunkach. Potem poprawiliśmy paski w naszych plecakach i droga nas wciągnęła. Po przejściu torów kolejowych poprowadziła nas dróżką przez łąkę do lasu. Odtąd spędzać będziemy większość czasu w lesie, czasem tylko wychodząc na jakieś polne drogi lub łąki.

Początek wielkiej przygody – Siedliska

Buczyna podkarpacka to nasz drugi dom przez kilka kolejnych dni wędrowania

Szlak na Pogórzu Ciężkowickim prowadzi przez tereny dość mocno zalesione, dlatego nawet przelotne deszcze nie są uciążliwe bo chronił nas bukowy las. Pierwszego dnia było dość przyjemnie chłodno i trochę popadało wieczorem i w nocy. Nawet natrafiliśmy na fragmenty lasu usiane gradem, ale nas jakoś ominęła ta przyjemność i jedynie na chwilę założyliśmy pelerynki, które szybko wyschły. Natomiast dobrze, że wzięliśmy ciepłe kurtki, cieplejsze rękawiczki i czapki bo wieczór i noc były jednak dość chłodne jak na tę porę roku.

Dzień kończymy przygotowaniem kolacji na ciepło w wygodnych warunkach bo w wiacie turystycznej na skraju lasu. Pozostaje tylko znaleźć przyjemne miejsce na rozbicie namiotu. Nie decydujemy się na spanie blisko wiaty ze względu na sąsiedztwo domów i szosy. Dlatego idziemy dalej i szukamy czegoś odpowiedniego w lesie. Pierwszy dzień wędrówki zakończyliśmy gdzieś za Wisową Górą z dystansem 28 km i przewyższeniem na tym odcinku 962 m, czyli wcale nie jest tak płasko jak wynikałoby to z mapy.

Dzień #2 – cd. Pasma Brzanki od Wisowej i dalej do Gogołowa

Nad ranem zrobiło się wyjątkowo zimno, zatem nasz sen nie był pozbawiony licznych przebudzeń. I nie tylko z powodu odczuwania dotkliwego chłodu, ale także z powodu odwiedzin leśnych zwierząt, które próbowały nam powiedzieć, że las to jest ich miejsce. Najprawdopodobniej był koziołek (samiec sarny), który nie zbliżył się za bardzo do namiotu ale jednak musiał wyczuć naszą obecność i oznajmiał swoim szczekaniem kto tu jest najważniejszy. Zachowywaliśmy się cicho, ale oczy wyobraźni podsuwały różne obrazy. Ta pierwsza noc w namiocie nie należała do zbyt udanych, ale za to rano zwijając nasz biwak zobaczyliśmy, że miejsce jest wyjątkowo piękne i takim też go zostawiliśmy. To pierwsze nocowanie w namiocie pozostanie na jakiś czas w naszej pamięci jako emocjonujące przeżycie.

Po przejściu Rysowanego Kamienia doszliśmy na szczyt Liwocza, gdzie z mgły wyłoniła się wieża kościoła. Po krótkiej przerwie na drugie śniadanie zeszliśmy wygodną drogą do Ujazdu mijając krzyż milenijny górujący nad okolicą. Po minięciu stawów weszliśmy do Kołaczyc gdzie zrobiliśmy zakupy spożywcze uzupełniając zapas wody i owoców. Zaopatrzeni mogliśmy znów podążać dalej szlakiem.

Przelotne opady w okolicach przekraczanej mostem Wisłoki nie dawały się nam jakoś szczególnie we znaki, nawet przejście przez mokre trawy łąk, gdy po kilku krokach mieliśmy przemoczone stopy, też nie było takie przykre. W trakcie dalszej wędrówki nasze buty z siateczką szybko przesychały.

Jednak za punktem widokowym przy domu weselnym Trzy Siostry i wyciągu narciarskiego Pod Dziedzicem w Gogołowie o dalszym podziwianiu panoram można było zapomnieć. Pojawiła się czarna chmura na niebie i zaczęło padać zanim zeszliśmy do wsi. Najpierw ucieszyliśmy się widząc po drodze dom z tablicą agroturystyka. Niestety rozczarowaliśmy się tak szybko jak tylko tam doszliśmy. Właściciel w sposób mało przekonywujący odmówił udzielenia nam noclegu gdyż, jak to nazwał ma nieprzygotowane pokoje z powodu remontu. Naiwnie sądziliśmy, że po długim okresie zamrożenia usług hotelarskich wszyscy będą czekali na turystów z szeroko otwartymi ramionami. No cóż, jak widać nocleg na jedną noc dla 2 osób nadal nie jest „opłacalny”. Nie polecamy zatem agroturystyki Stasiówka w Gogołowie pojedynczym turystom.

Poszliśmy więc dalej do wsi, ale deszcz przybierał na sile. Przeczekaliśmy największą ulewę na przystanku autobusowym, a potem zaczęliśmy pytać. W sklepie odesłano nas do sąsiedniego domu. A tam znów polecono nam agroturystykę. Nie pozostało nic innego jak szukać dalej. Wreszcie całkowicie przemoczeni dotarliśmy do innego sklepu, który co prawda był już zamknięty, ale właściciel podał na tablicy z napisem noclegi telefon do siebie. Odebrał zaspany, ale rozumiejąc potrzebę sytuacji przyjechał w ciągu obiecanych 30 minut. Udostępnił nam całą górę domu nad znajdującym się na dole sklepem, czyli pokój z łazienką i kuchnię. Mogliśmy się więc wysuszyć, wykąpać i zjeść pod dachem. Temu panu nie tylko chciało się specjalnie przyjechać, ale nie wziął wygórowanej kwoty. Poranne słońce przywróciło nadzieję na kontynuację wędrówki w dobrych warunkach.

Dzień #3 – Gogołów – Wielopole Skrzyńskie

Poranek przywitał nas prawie pogodnym niebem. Najbardziej jednak cieszyliśmy się z tego, że wykąpaliśmy się, odespaliśmy poprzednią noc w ciepłym łóżku z pościelą, nie zużyliśmy gazu w butli, mieliśmy suche ubranie i możemy wypoczęci powrócić na szlak.

Dzisiejszy dzień nazwaliśmy dniem wracania się po pozostawione rzeczy i dniem poszukiwań. Najpierw wracałam się do sklepu, w którym nocowaliśmy po pozostawione na sznurku suszące się majtki. Szkoda by było zostawić je bo druga para zawsze jednak może się przydać. Gdy sobie przypomniałam, że ich nie spakowałam było akurat bardzo blisko, więc nie trwało to długo. Potem jednak mieliśmy poważniejszy dylemat dotyczący wracania się gdy okazało się, że zgubiła się jedna pelerynka przeciwdeszczowa. Była włożona za paski plecaka, zamiast do środka i wysunęła się gdzieś po drodze. Nie zauważyliśmy jednak kiedy to się stało i trudno było ocenić jak daleko przyjdzie nam się wracać.

Darek uznał w pierwszej chwili, że to strata czasu i nie bardzo mu się uśmiechało robić dodatkowe kilometry. Ja natomiast przekonywałam go, że brak pelerynki może okazać się kluczowy w dalszej części wycieczki ze względu na zmienną pogodę. Ostatecznie wróciliśmy. A pelerynka znalazła się wcale nie tak daleko od miejsca skąd wracaliśmy. Do tego mieliśmy okazję pogadać z lokalesami stojącymi pod sklepem, którzy bardzo się zdziwili widząc nas trzykrotnie przechodzących obok sklepu. Poświęciliśmy im nawet chwilę czasu bo czuć było w ich oczach ogromne zainteresowanie naszym niecodziennym dla nich widokiem. Opowiadali o sobie i zadawali mnóstwo pytań o cel i długość wędrówki. Stanowiliśmy nie lada atrakcję w tej spokojnej i mało odwiedzanej przez niemiejscowych okolicy.

Po osiągnięciu szczytów: Bardo i Góry Chełm zaczęliśmy schodzić w dół, by ostatecznie wyjść z lasu. Przed nami otworzył się zupełnie inny krajobraz. Wyszliśmy na otwartą przestrzeń, gdzie rozciągały się aż po horyzont pola uprawne. Na części z nich kwitł rzepak. Szliśmy w zupełnie innej scenerii. Świeciło słońce, w górze śpiewał nieprzerwanie skowronek, a wokół słychać było ciche brzęczenie pszczół, które pracowicie zbierały nektar z żółtych kwiatów rzepaku. Oj, będzie dużo miodu rzepakowego w tym roku.

Tam gdzie były polne drogi lub łąki była inna roślinność i inne ptaki niż w lesie. Najczęściej nad polami śpiewały skowronki i słychać było kołujące jastrzębie. Gdy znowu wchodziliśmy do zagajnika czy lasu, to otaczał nas cień i słychać było ptasie trele kosów i zięb, czasem sikorek. Od czasu do czasu zakrakał kruk.

To było takie uczucie jakby się przechodziło z jednej komnaty do drugiej, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w zaczarowanym świecie. Przypominało też taką grę komputerową, w której osiąga się kolejne poziomy wtajemniczenia. Inne pola, inny las, czy łąka pojawiały się po przejściu kolejnego pasma pogórza. Każde z pogórz stanowiło niewidzialną granicę dla różnych krajobrazów. Nic się nie powtarzało. Do końca graliśmy w tę grę, gdzie byliśmy ciągle zaskakiwani tym co widzimy w miarę gdy szliśmy dalej. To wciągające i fascynujące jak świat może być różnorodny i ciekawy.

Reszta dzisiejszego etapu to same polne drogi, część była szutrową, a część asfaltowa. Doskonale nadawałyby się do jazdy rowerem szosowym: gładki asfalt, niewielkie wzniesienia i zero ruchu samochodów. Nie spotkaliśmy jednak żadnego kolarza, piechura zresztą też. Gdy dotarliśmy do Wielopola Skrzyńskiego mieliśmy wrażenie, że wieś podobnie jak cała okolica rzepakowych pól jest bogatą gminą. W Wielopolu była ścieżka rowerowa, mijaliśmy szkołę, przedszkole oraz żłobek. Na zadbanym rynku był Gminny Ośrodek Kultury i Wypoczynku, kwiaciarnia, kilka sklepów, bar fast food i punkt apteczny. Jak informował baner widoczny na rynku urodził się tutaj Tadeusz Kantor. Z rozmowy z właścicielką punktu aptecznego dowiedzieliśmy się, że wójt stara się o przywrócenie praw miejskich dla Wielopola.

Na pytanie o możliwość noclegu właścicielka punktu aptecznego rozpoczęła od telefonu do gminy, gdyż GOKiW oferował takie usługi. Jednak okazało się, że ośrodek nie uzyskał jeszcze zgody Sanepidu na przyjmowanie gości (dopiero co otworzyły się usługi hotelarskie po wiosennym lockdownie). Do rozmowy włączył się mąż właścicielki, który informował nas o postępach w dalszych poszukiwaniach noclegu. Okazało się, że pani kontynuowała zakrojone na szeroką skalę poszukiwania po okolicy wydzwaniając w kolejne miejsca. Trochę to trwało, bo część miejsc była zajęta, a część jeszcze niegotowa. W tym czasie zdążyliśmy zjeść coś na ciepło w barze, który oferował dania na wynos.

Wreszcie pani oznajmiła, że ma dla nas nocleg w agroturystyce odległej jakieś 8 km, ale nie musimy się martwić jak tam dotrzeć gdyż zaprosiła nas do samochodu i wkrótce po zamknięciu punktu (zbliżała się 16:30) pojechaliśmy całą czwórką do kobiety, która wynajmuje domki w Brzezinach Berdechów. Powitała nas uśmiechnięta i równie sympatyczna pani Ania, która pokazała nam oferowany domek. Zapisałam sobie numer telefonu do Pani Ani na wypadek gdybyśmy byli w okolicy i chcieli ponownie u niej przenocować, albo przyjechać na dłużej. Okolica jest warta tego, dom stoi tuż na granicy z lasem, wokół panuje cisza wypełniana jedynie śpiewem ptaków. To miejsce, jak i mieszkających tam ludzi warto sobie zapamiętać. Zwłaszcza za okazaną bezinteresownie pomoc i gościnność.

Dzień #4 – Wielopole Skrzyńskie – Wyżne

Zgodnie z umową z panią Anią rano skorzystaliśmy z jej uprzejmości i wróciliśmy do Wielopola Skrzyńskiego odwiezieni jej samochodem. Dzięki temu byliśmy wcześnie rano znów na szlaku dokładnie w tym samym miejscu gdzie wczoraj po południu skończyliśmy wędrówkę.

Będąc znów na rynku w Wielopolu ukłoniliśmy się Pani z punktu aptecznego (jeszcze raz serdecznie pozdrawiamy ją i jej męża) i ruszyliśmy w dalszą drogę. Dzień zapowiadał się ciepły i słoneczny, zatem uzupełniliśmy jeszcze nasze butelki wodą. Zawsze pilnowaliśmy żeby mieć zapas bo nigdy nie wiadomo gdzie trafi się kolejna okazja napełnienia butelek wodą pitną. Drugą ważną sprawą na szlaku jest nawigacja, dlatego Darek wyposażony w dwa urządzenia z mapą i śladem GPS sprawdzał czy nie pomyliliśmy o drogi. Często zdarzało się, że nie było widocznych znaków i wtedy trzeba było kontrolować nasze położenie względem śladu zapisanej trasy.

Wczoraj wieczorem oglądając papierową mapę turystyczną Pogórza Strzyżowskiego (wydawnictwo Compass) okazało się, że szlak żółty na mapie ma zupełnie inny przebieg w tej części niż są oznakowania w terenie. Mapa ma szlak wyrysowany przez południowe tereny pogórza (Szufnarowa – Niewodna – Tropie) i w ogóle nie dochodzi do Wielopola, gdzie na mapie jest szlak czarny. Wydanie mapy pochodzi z 2018 r. i jest już mocno nieaktualne. Podobnie rzecz ma się z przebiegiem trasy podawanym przez Polskie Towarzystwo Tatrzańskie Oddział w Tarnowie. Lepszym pomysłem było używanie serwisu mapaturystyczna.pl

Kolejny dzień upływa na wędrówce polnymi drogami wśród znanych już barw kwiatów rzepaku oraz zieleni łąk przetykanej różowymi, żółtymi i białymi polnymi kwiatami. Na gliniastych drogach widoczne zaś były bardzo różne ślady jej użytkowników. Większość z nich udaje się nam zidentyfikować: są tropy saren, dzików, kotowatych. Ale zdarzały się takie, które były dla nas zagadką. Odciśnięte wyraźnie ślady kopyt, racic, czy łap z widocznymi pazurami i bez, w różnych kształtach były zupełnie świeże i nie pozostawiały złudzeń, że jesteśmy cały czas uważnie obserwowani.

Czasem wypłoszyliśmy jakieś sarny, czasem nam się przyglądały do ostatniej chwili i dopiero znikały w zagajniku. Ale były też zające i kilka razy bardzo blisko drapieżne ptaki – jastrzębie, a może kanie? Trudno było to ocenić gdy wielkie wystraszone ptaszysko podrywało się do lotu wylatując gdzieś z krzaków. Nie udało się nam zrobić wyraźnego zdjęcia zwierząt, których tropy widzieliśmy, ani które słyszeliśmy. Raz zatrzymaliśmy się na dłużej żeby przyjrzeć się przez lornetkę dzięciołowi zielonemu, który siedział na drzewie i „śmiał się” po swojemu. Kilka razy też widzieliśmy wypłoszone dzięcioły, gołębie grzywacze, kosy, zięby, drozdy.

Kwitło sporo roślin, które udało mi się rozpoznać i im poświęcam dużo uwagi w fotorelacji. Darek wciąż powtarzał, że takie obserwacje bardzo dużo go nauczyły. Przeszedł przyspieszony kurs botaniczny.

Sielska atmosfera, cisza i spokój. Tak można opisać to czego doświadczaliśmy idąc wśród pól. Nigdzie się nie spieszyliśmy, zatrzymywaliśmy się tam gdzie chcieliśmy. Dłuższą sjestę zrobiliśmy we wsi korzystając z tego, że był tam sklep. Obserwowaliśmy mieszkańców, którzy także raczej nigdzie się nie spieszyli. Wszyscy się tutaj znali, więc tylko my byliśmy obiektem ciekawskich spojrzeń. Nasze plecaki wzbudzały lekkie zainteresowanie ze względu na spory wymiar. Do tego kije trekingowe i nasze stroje też wskazywały, że nie idziemy na niedzielną wycieczkę.

Zbliża się koniec dnia, zatem rozglądamy się za miejscem do założenia biwaku. Idąc przez las zastanawialiśmy się co dziś sobie przygotujemy na kolację. Wybraliśmy z naszych zapasów żywnościowych zupę gulaszową jako pożywne danie białkowe, a na deser czekoladę. Wtedy przy szosie, którą mieliśmy przejść na drugą stronę by dalej przejść mostem przez rzekę, pojawiły się tablice informacyjne o miejscach do spania i restauracji. Rzeczywiście tuż przy drodze widać parasole przy stolikach. Siadamy zmęczeni i pojawia się kelnerka z menu. Okazuje się, że serwują tutaj kuchnię… węgierską. Zamawiamy zatem zupę gulaszową, którą dostajemy w solidnych rozmiarów kociołkach z chochelką. Potem jeszcze do tego bierzemy pierogi i jesteśmy już zdecydowani żeby zostać tutaj na noc. Płacimy zatem za kolację i pokój i idziemy na górę. W ten sposób nagrodziliśmy się z okazji Dnia Dziecka i za trudy przekroczenia dziś setnego kilometra naszej wędrówki. Zasypiam w wygodnym łóżku i śpię do rana bez przebudzeń.

Dzień #5 – Wyżne – Łubno

Ostatnie dwa etapy były nieco krótsze więc na dziś zaplanowaliśmy dłuższy kilometraż. Zwłaszcza, że czuliśmy się wypoczęci po przespanej w „wygodach” nocy. Po 4 dniach przyzwyczailiśmy się do plecaków oraz tempa marszu. Teren zresztą nie wydawał się być zbyt wymagający, a na dalszej części trasy nie widać było dużych przewyższeń. Pogoda znacznie się poprawiła i nie było potrzeby używania pelerynek przeciwdeszczowych. Za to pamiętaliśmy o kremie z filtrem UV bo jednak po całym dniu na odkrytej przestrzeni można było sobie skórę nieco zaczerwienić od słońca.

Weszliśmy na obszar gospodarowany przez Nadleśnictwo Strzyżów. Za przygotowane miejsce biwakowe z dużą wiatą, miejscem do palenia ogniska oraz pojemnikami do segregowania śmieci należą się temu nadleśnictwu ogromne brawa.

Zachwycaliśmy się też pięknym lasem, który okazało się należał do Rezerwatu Wilcze co oznajmiały licznie rozmieszczone tablice. Oprócz dorodnych buków, rosły tu też pokaźnych rozmiarów jodły.

W Ujazdach mieliśmy wartą opisania sytuację. Na mapie za budynkiem Ochotniczej Straży Pożarnej miał być sklep. Plan był taki aby zrobić w nim zapas na dwa dni. Jutro jest dzień świąteczny więc nie będzie potem innej możliwości. Jednak po dojściu na miejsce okazuje się, że sklep ma drzwi zamknięte kratą na kłódkę. Zrezygnowani chcieliśmy już iść dalej, gdy dostrzegam na szybie kartkę z informacją, że sklep ma nowe godziny pracy, a mianowicie między 10:30 a 16:30 jest przerwa. I na dole dopisek, że w pilnych sprawach dzwonić i podany nr telefonu. Niewiele się zastanawiając dzwonię pod podany numer. Odbiera kobieta, która słysząc w jakim jesteśmy położeniu obiecuje, że zarzuci tylko na siebie płaszcz i będzie za 4 minuty. I faktycznie po kilku minutach podjechał pod sklep samochód, z którego wysiadła pani w kapciach i płaszczu. Przepraszała za niezbyt elegancki strój, ale właśnie sprzątała dom przed jutrzejszym świętem. Otworzyła sklep specjalnie tylko dla nas, a przy tym widząc że wędrujemy pieszo opowiedziała o wartych zobaczenia w okolicy miejscach i ścieżkach. I znów spotkaliśmy kolejną sympatyczną i niezwykle uprzejmą osobę.

Tym sposobem nie musieliśmy się martwić o naszą kolację, ani śniadanie. Rozglądaliśmy się jedynie za miejscem do nocowania. Tym razem postanowiliśmy poszukać płaskiego i suchego skrawka lasu gdzie będzie można rozbić namiot. Po drodze było kilka fajnych miejscówek, ale wciąż szukaliśmy tej idealnej.

Wreszcie udało się. Nasza kryjówka to sosnowy gęsty zagajnik gdzie z zewnątrz nie było nas zupełnie widać, a kolor tropiku dodatkowo wtapiał się w otoczenie. Miejsce to oprócz tego, że nie było dostępne dla potencjalnych intruzów dodatkowo znajdowało w bardzo bliskim zasięgu koncertującego wieczorem słowika, który tego wieczoru dał wyjątkowy solowy popis.

Dzień #6 – Dynów i zmiana koloru szlaku

W Dynowie kończy swój przebieg żółty szlaki turystyczny, ale naszym celem jest jeszcze przejście fragmentu szlaku niebieskiego. Gdy rozpoczynaliśmy go za Dynowem nie byliśmy jeszcze do końca świadomi tego co nas czeka. A była to fantastyczna przygoda połączona z harcerskimi podchodami i tropieniem śladów. Przypomniał mi się zresztą obóz harcerski w Bieszczadach z czasów gdy byłam jeszcze zuchem. Należałam wtedy do szczepu Błękitne Berety i ten pierwszy obóz wspominam do dziś jako niezapomniane przeżycie. Mieszkaliśmy w namiotach, pełniliśmy dyżury w kuchni oraz nocne warty, uczyliśmy się śpiewać piosenki harcerskie, zdobywaliśmy różne sprawności i dużo wędrowaliśmy. Do dziś pieczołowicie przechowuję książeczkę wycieczek pieszych z tego okresu.

Po kilku dniach marszu żółtym szlakiem, który był oznakowany perfekcyjnie, przyszło nam się zmierzy z najdzikszym Szlakiem Karpackim. Oznakowania w terenie w zasadzie nie istniały, newralgiczne punkty nie miały ich lub jakieś szczątkowe oznakowanie pojawiało się daleko po skrzyżowaniu czy skręcie ścieżki. Dlatego ciągle nie mieliśmy pewności czy podążamy właściwą drogą. Większość trasy szliśmy po prostu tylko utrzymując kierunek. Nie było to trudne tam gdzie była droga i pokrywała się z zamierzonym przebiegiem trasy/ śladu, trudności natomiast pojawiły się w lesie, albo gdy natrafialiśmy na inne przeszkody.

Często kluczyliśmy usiłując znaleźć jakąkolwiek ścieżkę aby wydostać się z lasu gdzie leżały powalone drzewa, albo krzewy tak gęste że trudno było przedzierać się z plecakiem. Napotykaliśmy też strome zejścia, strumienie albo bardzo błotniste lub podmokłe tereny, które trzeba było jakoś pokonać lub obejść.

Dodatkowe atrakcje zapewniały zniszczone i rozjeżdżone drogi przez ciężki sprzęt do zwożenia z lasu drewna. Najbardziej utrudniały nam marsz właśnie takie fragmenty leśnych dróg. Poza tym stanowiły mylny trop, gdyż często wyprowadzały nas w miejsca gdzie były tylko ślady pozyskiwania drewna, a nie pokrywały się one z przebiegiem szlaku, bo trasa niebieskiego po prostu dawno zarosła tak mocno, że nie widzieliśmy jej gdzie odbiła lub skręciła. Były za to widoczne ślady butów turystycznych i to one były często jedyną wskazówką, że chyba idziemy zgodnie ze szlakiem.

Dzień # 7 – Kotów – Krasiczyn

Nie było kotów, ani małych, ani dużych. Kilka komarów brzęczało, ale w zasadzie tak jakby ich nie było. Wieczór i noc spokojne, bez deszczu. My ukryci i niewidoczni dla ewentualnych gości. Zachowywaliśmy się jak zwykle cicho w takich miejscach i nie zostawaliśmy rano zbyt długo. Mieliśmy coraz większą wprawę w rozstawianiu namiotu jak i w zwijaniu biwaku rano.

Dzień #8 – Krasiczyn – Przemyśl

Poranek pochmurny, namiot wilgotny od rosy, ale jeszcze nie pada. Zwijamy więc szybko namiot i zajmujemy strategiczne miejsce w wiacie. Ja rozstawiam łazienkę, a Darek zajmuje kuchnię. Jest podział obowiązków i miejsc.

Po śniadaniu idziemy na zwiedzanie. Program przewiduje zamek w Krasiczynie. Zamiast jednak czekać na otwarcie wnętrz, kupujemy bilet wstępu do zamkowego parku. Obejście go w całości i przeczytanie tablic informacyjnych przy okazach egzotycznych drzew posadzonych przez założycieli parku zajmuje nam około godziny.

Po zwiedzeniu zamkowego parku wróciliśmy na szlak, gdzie znów panowała cisza i niczym nie zaburzony rytm marszu. Po kilku dniach przemierzania lasów, łąk i polnych dróg wejście na tereny bardziej cywilizowane i kontakt z dużymi skupiskami ludzi (na dziedzińcu dwie grupy z przewodnikami i w pobliżu kolejne autokary przywożące turystów) odbieraliśmy to jako coś co nie pasowało do naszego odbierania świata. To było jak przejście z jednego wymiaru do drugiego. Taki mały matrix.

W Krasiczynie są ślady dawnego cmentarza żydowskiego, gdzie ocalało jeszcze kilka macew z oryginalnymi napisami i płaskorzeźbami. Z tablicy ścieżki dydaktyczno-przyrodniczej dowiadujemy się, że do odtworzenia i utrzymania pozostałości tego cmentarza przyczynił się proboszcz tutejszej parafii.

Po przekroczeniu szosy do Przemyśla i Medyki kierujemy się dalej niebieskimi znakami, które prowadzą nas na Prałkowską Górę. Na skrzyżowaniu z czarnym szlakiem zobaczyliśmy tablicę ze strzałką w kierunku jednego z fortów zewnętrznego pierścienia twierdzy Przemyśl. Ruiny fortu w środku lasu robią niezwykłe wrażenie swoją monumentalnością i tajemniczością.

Tereny Twierdzy Przemyśl nadają się do zwiedzania na rowerze. Mieliśmy okazję zobaczyć w dalszym odcinku przebiegu szlaku niebieskiego fragment wschodniego Green Velo poprowadzonego bardzo wygodną drogą forteczną. Szczególnie przyjemny był odcinek serpentyny zbudowanej w czasach I wojny światowej drogi rokadowej. Droga ta przebiega malowniczo w lesie i ma łagodne nachylenie gdyż budowano ją tak aby można było transportować pojazdami konnymi sprzęt wojskowy między fortami.

Nagle natknęliśmy się na tłumy entuzjastów weekendowych atrakcji w postaci letniego toru „saneczkowego”. Minęliśmy kolejkę do kasy i szlak czerwony skręcił w wygodną ścieżkę parku zamkowego. Wyszliśmy wprost na Stare Miasto, a stamtąd już blisko do stacji kolejowej Przemyśl Główny” gdzie skończyliśmy dzisiejszy ostatni etap.

Będziemy jednak musieli tu wrócić żeby otworzyć drzwi do dalszej części niebieskiego szlaku, którego fragment teraz przeszliśmy. Czekają nieprzemierzone jeszcze kilometry najdzikszego szlaku w Polsce czyli Szlaku Karpackiego. Nie jest on zbyt często uczęszczany, a przez to trudniejszy nawigacyjnie. Im mniej turystów nim chodzi, tym mniej staje się wydeptany. Tegoroczne wczesnowiosenne opady deszczu spowodowały, że trawy na wielu dzikich łąkach porosły wyjątkowo wysokie. Przedzieranie się przez lasy, gdzie drogi nie są używane od wielu miesięcy, a może nawet lat, także jest utrudnione. Nie dziwi więc fakt, że mało odwiedzany szlak nie jest utrzymywany bo nikt nim prawie nie chodzi. Świadczą o tym brak oznakowań, niewyraźne ścieżki, zanikające drogi z powalonymi drzewami i zarośnięte krzakami. Ciężko się w tym wszystkim odnaleźć gdy nie ma się urządzeń do nawigacji, czy zwykłego kompasu i mapy. Nie jest to szlak dla stawiających swoje pierwsze kroki w turystyce pieszej. Zwłaszcza jeśli jest się przyzwyczajonym do nienagannego oznakowania szlaków w innych rejonach, gdzie nie trzeba nawet wyciągać mapy z plecaka bo idzie się za znakami jak po sznurku, albo w sezonie za tłumem innych turystów.

Z jednej strony chciałoby się apelować do lokalnych organizacji turystycznych – znakarze szlaków, weźcie puszkę farby i pędzel, pójdźcie poprawić znaki, pomalujcie kilka nowych, aby piechurzy nie błądzili bez sensu po lesie. Z drugiej strony przychodzi zaraz myśl do głowy, że gdyby szlak był dziecinnie prosty, to nie byłoby przygody i cała zabawa w szukanie właściwej drogi byłaby mniej ekscytująca. Zatem, przygodo trwaj! Wracamy jesienią na ciąg dalszy. Stay tuned.

Epilog

W tym niezwykle gościnnym domu odpoczęliśmy po trudach naszej wędrówki z plecakami, uzupełniliśmy spalone przez osiem dni kalorie, naładowaliśmy swoje wewnętrzne baterie pozytywnym nastawieniem do życia gospodarzy: cioci Marysi i wujka Staszka, którzy przyjęli nas serdecznie i chcieli zatrzymać do conajmniej czwartku. Opowiadaniom i wspomnieniom nie było końca prawie do północy. Sącząc smakowite wino z własnego nastawu i zajadając się domowymi smakołykami, pewnie byśmy ulegli pokusie i nie wracali następnego dnia. Rzeczywistość jutrzejszego ostatniego wolnego dnia zmusiła nas jednak do szybkiego rozpoczęcia pożegnania tuż po śniadaniu. Ciocia nie wypuściła nas jednak bez zjedzenia jeszcze talerza zupy, która była już ugotowana na dzisiejszy obiad. Wracaliśmy więc do domu z żalem, że nie spróbujemy drugiego dania. Na koniec były mocne rodzinne uściski zamiast zachowania dystansu ( bo wszyscy już zaszczepieni :)) i obiecujemy cioci i wujkowi, że znów ich odwiedzimy i to jeszcze w tym roku.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *