Rolka zimowego czasu trwała i trwała, więc miałam wrażenie, że w zasadzie czas się zatrzymał, bo kręciła się wokół tego samego prze 3 miesiące. Wszyscy czekali już trochę poirytowani kiedy nie będzie komunikatu o silnych mrozach czy gołoledzi. To już było tak nudne i powtarzalne, że można byłoby się przyzwyczaić. Niestety jeśli jedynym bezpiecznym miejscem do aktywności fizycznej zostawały z konieczności mata do jogi, siłownia, bieżnia w klubie fitness, to trudno to polubić. Kilka razy przetarliśmy śnieg na nartach biegowych, ale bez specjalnej radości. I tak się błąkaliśmy, aż do czasu gdy wreszcie zaspy śniegu rozpuściły się i temperatura przynajmniej w dzień była powyżej zera.














Powrót na szlak
Na długo przedtem zanim ruszyła fala wiosennych maratonów biegowych, mieliśmy już na liczniku sporo kilometrów w terenie. Oczywiście kilometrów przejechanych na rowerach. W tym roku kibicowaliśmy jedynie biegaczom, sami nie mieliśmy przygotowania biegowego praktycznie żadnego. Gdy tylko warunki na to pozwoliły zaplanowaliśmy kilka wycieczek, stopniowo wydłużając dystans. Utrzymaliśmy też treningi uzupełniające na siłowni, które doskonale sprawdziły się w ubiegłym sezonie i przełożyły się na większą moc na rowerze. Mocny core, silne nogi to dla rowerzysty must have, szczególnie przy długiej jeździe, a na taką się właśnie porywamy.





























