Rowerowa majówka
To był bardzo dobry czas. Baza wypadowa w Hrubieszowie i cztery dni kręcenia, każdego dnia inna trasa. Początkowo rozgrzewkowo, zaczęliśmy od 85 km, kolejne dni to wydłużanie dystansu, ale i stopnia trudności. Z płaskiej Kotliny Hrubieszowskiej w dolinie Bugu, przenieśliśmy się w kierunku pagórkowatego Roztocza. Dwa pierwsze dni chłodniejsze i wietrzne, przyniosły zmianę aury i przez dwa kolejne dni mieliśmy już słoneczną pogodę jak latem. Jazda w krajobrazowym terenie gdzie każdy zakręt otwiera nowe obrazy to marzenie każdego kto lubi turystyczne tempo.















Zupełnie przypadkowo zatrzymaliśmy się przed Wioską Gotów w Masłomęczu. Niestety zwiedzanie skansenu o tej porze nie było już możliwe, więc zaraz po powrocie zagłębiłam się w informacje na stronie internetowej skąd dowiedziałam się, w Masłomęczu, ale także w kilku innych miejscach w okolicy Hrubieszowa znaleziono w wyniku prac archeologicznych dużo ciekawych pozostałości po licznych mieszkańcach tych ziem z okresu Średniowiecza. Najbardziej zaintrygowały mnie ozdoby w postaci szklanej biżuterii, które znaleziono w grobach na licznych tutaj cmentarzach Gotów. Przedmioty, które umieszczano razem ze zmarłymi, są nośnikiem danych o ich życiu. Wykopano więc szklane naczynia, srebrne naczynia czy przedmioty z kości, czy żelaza, które zachowały się z ziemi pomimo upływu tysiąca lat. Teraz gdy przedmioty są bardziej dostępne nie ma zwyczaju umieszczania cennych rzeczy w grobach tak aby towarzyszyły zmarłym w ich podróży, tak jak to robiono dawniej. Poza tym, teraz większość przedmiotów jest z plastiku, co w przypadku ich umieszczania w grobach przyczyniłoby się do jeszcze większego zanieczyszczenia środowiska, bo niestety plastik też przetrwa kilka tysięcy lat.
Następnego dnia pozostaliśmy w „nudnej” dolinie Bugu, tuż przy granicy z Ukrainą. Bardzo spokojna okolica, mało turystyczna i praktycznie brak ruchu. Taki dziki i autentyczny klimat doliny rzeki, gdzie są tylko zalewowe łąki i można obserwować ptaki. Widzieliśmy polujące na zdobycze białe czaple, bociany (najwięcej za orzącym pługiem, który odsłaniał im dżdżownice, larwy), ptaki drapieżne nad łąkami, a nad otwartymi polami czajki, które nas „oblatywały”. To nie jest region atrakcji, a raczej cicha i medytacyjna jazda, w rytmie i byciu w trasie. Dolina Bugu to jeden z lepszych korytarzy ekologicznych w Polsce, mało przekształcony, idealny dla ptaków terenów otwartych i podmokłych.
Historycznie ten przygraniczny region znany jest z Unii Horodelskiej czyli paktu zawartego w Horodle między Polską a Litwą w XV wieku. Dziś pod Horodłem znajduje się kopiec ziemny poświęcony temu wydarzeniu. Współcześnie Horodło jest małą wsią ale za to z dużym zmodernizowanym kompleksem boisk sportowych, amfiteatrem oraz placem zabaw. Bardzo mi się tam podobało, szczególnie, że właśnie takie miejsca wybieramy na pit stopy w trakcie długich jazd rowerem.

















Czas na większe wyzwanie, zatem trzeci dzień majówki upływa na podziwianiu innych rejonów tego obszaru. Teraz przemieściliśmy się bardziej w kierunku Roztocza. Za Hrubieszowem było jeszcze płasko, ale gdy drogowskaz skierował nas w kierunku Tomaszowa Lubelskiego nagle wyrosły przed nami kolejne podjazdy. Najbardziej spektakularne były te na szczyt Grzędy Sokalskiej. To takie pasmo wzniesień w formie garbu widoczne z daleka jak ciągnący się wał. Nie było zatem czasu na nudę, czy rozmyślania tylko dużo pracy z przekładnią w rowerze. Starając się wykorzystać grawitację, rozpędzałam się maksymalnie na zjazdach aby siłą rozpędu wjechać na kolejny podjazd. Redukowałam bieg i znów kolejny zjazd. Jadąc w ten sposób czuje się jedność z rowerem, a zmienność prędkości dodaje urozmaicenia i reguluje oddech, który podczas wspinaczki zaczyna przypominać odgłosy sapiącej lokomotywy 😉
Zaliczyliśmy też kilka punktów odpoczynkowych, m.in. przy stawach w Łaszczowie-Zimno, gdzie przez chwilę słuchaliśmy popisy brzęczki i innych ptaków wodnych. Nie udało się zaobserowować małych ptaków bo i tak trudno je dostrzec gdy siedzą ukryte w wysokich trawach i trzcinie. Te stawy miały być jedną z większych atrakcji tej trasy, jednak groble pomiędzy stawami nie były dostępne więc zadowoliliśmy się tylko tym co widzieliśmy i usłyszeliśmy przy głównej drodze.



























Ostatni dzień majówki to już najwyższy profil przewyższeń (ok. 700 m) i trasa 100 km zahaczająca o Tyszowce, Tomaszów Lubelski i Krasnobród. Gdybyśmy mieli więcej czasu i sił to warto odbić z trasy na zachód od Tomaszowa Lubelskiego kierując się na Rebizanty i zaliczyć klimatyczną ścieżkę nad rzeką „Szumy nad Tanwią”. Można też zjechać z trasy i odwiedzić rezerwat przyrody „Czartowe Pole” (na Tanwi). Dzisiaj jednak skupiliśmy się na zaplanowanej wcześniej trasie pozostawiając sobie atrakcje na Tanwi na inny czas. Mieliśmy ciąg dalszy roztoczańskiego krajobrazu z pagórkowatymi polami i kompleksy leśne. Warto na takich odcinkach od czasu do czasu obejrzeć się za siebie, bo okazuje się, że widoki są często lepsze „za plecami”. Najlepsze fragmenty to rejonie Tomasza Lubelskiego i Krasnobrodu. Założyliśmy na podstawie przewidywanego kierunku wiatru, że optymalnie będzie nas niosło z wiatrem gdy ruszymy z Tyszowców do Krasnobrodu przez Tomaszów Lub. Przy powrocie do Tyszowców mieliśmy łatwiej bo z wiatrem „w plecy” i dzięki temu to był jeden z tych dni, kiedy 100 km „wchodzi” zaskakująco lekko. Pilnowaliśmy też naszej rutyny, aby pić w trakcie jazdy co 20 minut kilka łyków wody (dziś było wyjątkowo ciepło) i zatrzymywać się na kilka minut co 20 km. Każda przerwa była okazją do zrobienia kilku ćwiczeń rozciągających. To bardzo dobra metoda aby przywrócić ciału „świeżość” i pozwolić odpocząć mięśniom. Prognoza czasu jazdy sprawdziła się z dokładnością co do minuty. To był fantastyczny dzień, bez odcięcia ani kryzysów, z piękną widokowo trasą.
























