Schyłek lata i piękny początek jesieni w wyjątkowo ciepły weekend pod koniec października spędziliśmy na znanych szlakach. Naszą bazą wypadową była klasycznie i bez żadnych zmian Willa Łuka. To znaczy drobne zmiany odnotowaliśmy; w łazience pojawiła się suszarka do włosów oraz znakomicie poprawiła się szybkość sieci internetowej i wi-fi dla gości.
Naszym stałym miejscem posilania się w spokojnej atmosferze (spokojnej po wyjeździe najazdu turystów weekendowych) było Stare Sioło restauratora Aleksego.
Ale jednak Bieszczady zmieniają się: na szlakach jest więcej udogodnień, schodów na bardziej stromych odcinkach, zamykane są trudniejsze przejścia (np. Na przełęcz Orłowicza już nie chodzimy przez skałki, tylko obchodzimy je drogą końską). Powstają nowe parkingi, ale pojemność nawet tych dodatkowych jest niewystarczająca i samochody  na Przełęczy Wyżniańskiej parkują na poboczu utrudniając ruch innym użytkownikom. Przy punktach kasowych do Bieszczadzkiego Parku Narodowego postawiono zaś całoroczne domki z toaletami dla turystów, zatem skończyło się sikanie po okolicznych krzakach i pozostawione tam chusteczki higieniczne.
Trudno nam ocenić jak licznie było na najbardziej uczęszczanych szlakach, czyli na połoninach, bo celowo wybieraliśmy mniej oblegane trasy. Tylko pierwszego dnia korzystając z tego, że jeszcze było widno i ciepło polecieliśmy wyprzedzając wszystkich po drodze na Przełęcz Orłowicza i z powrotem. Zdążyliśmy wrócić przed zachodem słońca, usatysfakcjonowani wrażeniami estetycznymi na górze i zrelaksowani po wielogodzinnej podróży.

     
Naładowani pozytywną energią, znaleźliśmy się w zupełnie innym świecie i dlatego daliśmy się ponieść przez kolejne dni po znanych i mniej znanych szlakach, nie dbając o stopy (oj, stare buty nie bardzo się już nadają na górskie wycieczki).

Teraz już głównie z górki. Ale też trzeba uważać na kamienie pod liśćmi.

Trochę dłużej nam się zeszło na lekcji historii podczas chodzenia ścieżką prowadzącą przez szaniec konfederatów barskich, dlatego ostatnie kilka kilometrów przetruchtaliśmy po prowadzącej głównie w dół drodze 

W ten sposób dotarliśmy do szosy prowadzącej z Majdanu do Cisnej.

W Cisnej na stałe goszczą logo biegów górskich. Bieg Rzeźnika, który dał początek ekstremalnym wyzwaniom w tutejszym regionie ustępuje miejsca innym biegom. 

Dzień zamknęliśmy dystansem 21,6 km i przewyższeniem 814 m. To była bardzo przyjemna wycieczka. Zwłaszcza, ze cały czas sprzyjała pogoda i była wyśmienita widoczność.

Na kolejny dzień zaproponowałam wycieczkę rowerem. Mieliśmy otaczać Hyrlatą, jednak udało się nam dojechać tylko do Kiczerki za Roztoką Górną. Na pierwszym najmocniejszym podjeździe Darka łańcuch nie wytrzymał napięć i pękł, a w zasadzie rozpięło się jedno z ogniw. Długo szukaliśmy brakującej części, bo nie mieliśmy skuwacza do łańcucha, ale ostatecznie skończyło się odwrotem. Dobrze, że całą drogę powrotną mieliśmy z górki i dało się jechać bez pedałowania.

Co zrobić z takim pięknym dniem? Szybko przebraliśmy się w biegowe buty i nie zastanawiając się wiele pognaliśmy na szlak trochę się więcej styrmać.

Szybko podeszliśmy żółtym z Wetliny na Jawornik, a potem jeszcze kawałek i już byliśmy na Rabiej Skale. Musieliśmy wyciągać nogi, bo było już bardzo późno jak na rozpoczynanie wędrówek górskich przy krótkim dniu w październiku. Zwłaszcza, że zupełnie nas zaskoczyło przesunięcie czasu na zimowy i dzień skrócił się o dodatkową godzinę.

Kończymy przy zachodzącym słońcu. Refleksy dodają uroku, ale wiemy, że zaraz zacznie się szybko ściemniać, dlatego schodzimy od Jawornika krótszym zielonym szlakiem.

 

Dzisiejsze wyjście jest krótsze od wczorajszego, ale też nie było planowane. Długość trasy to 16,6 km, ale za to przewyższenie 927 m wynagrodziło nam podjęty wysiłek. 

Ostatni dzień był już deszczowy i wygonił ostatnich turystów z bieszczadzkich szlaków. My postanowiliśmy przedrzeć się przez chaszcze Łopiennika, potem poszliśmy na Durną, ale te okolice były mylnie oznaczone, a część trasy poprowadzono błotnistą drogą do zwożenia drewna, co też nie ułatwiało marszu. Strasznie dużo czasu zeszło się nam także na zejściu z Woronikówki (d. Walter). Dlatego planowanego powrotu górskim szlakiem do punktu startu w Dołżycy nie udałoby się zrealizować za dnia. Wybraliśmy samochód GOPR, który chętnie podwiózł nas szosą do Cisnej skąd 3 km przeszliśmy do Dołżycy. Ale dzięki temu nie ryzykowaliśmy schodzenia z latarkami i rozmawialiśmy z ratownikiem GOPR, instruktorem narciarskim i znakarzem szlaków w jednej osobie.

 

2 komentarze

  1. Dziękuję. Na tych zdjęciach to akurat dobra ekspozycja naturalna światła zagrała, ale aparat z ajfona też czasem daje radę jak widać 🙂 W górach ciężko przez wiele godzin chodzić z ciężkim obiektywem i aparatem, więc rzadko już teraz Canon nam towarzyszy. Ale zdaję sobie sprawę, że dobre szkło potrafi zdziałać cuda.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.