# Półmaraton w Hadze

Po przeczytaniu pamiętnika o anglojęzycznym tytule ‚What I Talk About When I Talk About Running’ (tytuł w j. polskim  „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu”) japońskiego powieściopisarza i biegacza oraz triatlonisty Haruki Murakami, zdałam sobie sprawę, że nie da się mówić o bieganiu w sposób prawdziwy i pełny, jeśli nie uczestniczy się w zawodach biegowych. Nawet, gdy tak jak Murakami, nie lubi się rywalizować, a jedynie biegać dla siebie. Dlatego celowo używam słowa uczestniczyć w zawodach, a nie walczyć o rekord, miejsce czy medal lub nagrodę, w zależności od rangi imprezy i poziomu sportowego biegacza.

Można by się zastanawiać jaki jest sens biegnięcia w tłumie z innymi biegaczami gdy można taki sam dystans pokonać samemu w lesie czy alejce parkowej. Otóż to, w sytuacji gdy nie chcesz się porównywać z innymi biegnącymi wydaje się nielogiczne jechanie 1000 km od domu, narażanie się na stres związany z podróżą, a jednak jest coś co nas ciągnie żeby pobiec w innym mieście, wśród kibiców, którzy będą szaleć i zagrzewać do dalszego biegu, w tłumie innych biegaczy od startu do mety. Jedyny moment ciszy od kibiców to molo nadbrzeżne gdzie szum fal i tak zagłuszyłby okrzyki dopingujących.

Przywołując wspomnienia tegorocznej edycji półmaratonu pobiegniętego w Hadze właśnie te niezwykłe chwile pozostały mi mocno w pamięci, mimo, że od tego biegu minęło ponad 5 miesięcy. Dla takich właśnie odczuć warto biec z innymi. Bo gdzie usłyszysz wiatr, morze i tupot butów kilkudziesięciu biegaczek i biegaczy towarzyszących mi w tym momencie na trasie. Biegłam sama od początku do końca, bo Darek został na starcie, ale ci biegnący obok dodawali mi sił poprzez swoją obecność. Darek nie wystartował z powodu awarii układu ruchu, który wykluczył go z biegania jeszcze podczas rozgrzewkowego dobiegu  na miejsce startu. Na szczęście byliśmy umówieni przy miasteczku startowym z Angelą i Adamem więc mogłam spokojnie zostawić Darka pod ich opieką.

Ponieważ poranek był rześki, a my przytruchtaliśmy w cienkich strojach biegowych, Adam zaprosił Darka do otwartej w pobliżu kawiarni i tam śledzili w aplikacji moje dokonania na trasie tak aby mnie dopingować podczas finiszu i odebrać z mety wprost w swoje ramiona. Natomiast Angela sprawiła mi ogromną niespodziankę gdy wraz z dwójką znajomych z Hagi wypatrzyli mnie na trasie zaraz za molo. Do mety było jeszcze kilka kilometrów ale już czułam, że plan się powiedzie.

 
 

Wykorzystałam całą swoją moc i energię tak żeby nikogo nie zawieść. I muszę przyznać, że sama byłam zaskoczona, że tak mi się udało trzymać równe tempo na całej trasie. Gdzieś tylko około 13 km, gdy postanowiłam napić się odrobinkę zwolniłam nieco, ale zaraz potem wróciłam do poprzedniego tempa. Mobilizowały mnie dwie dziewczyny biegnące przede mną. Miały takie same stroje i biegły rytmicznie ruszając biodrami, choć nie były postury biegaczek, a bardziej trenujących kulturystkę 😉 no i ta siwa pani też nie mogła przybiec przede mną na metę, wiec jeszcze przed wbiegnięciem na molo wszystkie je wyprzedziłam. Nie szarżowałam wcale, jakoś tak wyszło spontanicznie. Pewnie Darek by mnie wtedy uspokajał żebym nie przyspieszała zanadto, więc zaraz wróciłam do równego tempa i pilnowałam zegarka. 

Ta pozytywna energia towarzyszyła mi już do samej mety. Sama do siebie mówiłam „Go, go, go” , „The finish line is almost visible”. Ale jakaś biegaczka mnie wyprowadziła z błędu: „Finish? Not yet”. No cóż, zaciskam zęby i lecę dalej.

Wreszcie poznaję znajomą ulicę, na końcu której jest budynek dworca kolejowego, przed nim jest ostry skręt trasy biegowej w lewo i jeszcze ostatnia prosta do linii mety. Medal jest mój. I’m happy!

 

Było wiosennie za sprawą pogody (pod koniec biegu wyszło słońce) i spełniło się to na co liczyłam, czyli że jeszcze mam fun z biegania. I choć Darek nie wystartował to i tak uważam, że warto było tu przyjechać. Haga jest warta odwiedzenia nawet gdy nie biegnie się tam półmaratonu.

Nikt nawet w najśmielszych wyobrażeniach nie mógł przewidzieć, że będzie to jeden z ostatnich półmaratonów tej wiosny, lata, a może nawet jesieni. Odwołane zostały wszystkie duże imprezy biegowe, triatlonowe i nastał okres wielkiej niepewności. Dlatego tym bardziej uważam, że warto było tam być i móc pobiec. Czuję się z tego powodu spełniona. Przygotowania nie poszły w gwizdek i dały mi możliwość sprawdzenia ich wartości w warunkach startowych. To niezwykle cenne móc sprawdzić się na zawodach kategorii A, jakim jest co roku dla nas wiosenny półmaraton.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.