27 dni na EuroVelo 10 wokół Zatoki Botnickiej

Projekt przejechania rowerami wokół Zatoki Botnickiej, który był początkowo tylko marzeniem oczekującym na wykonanie, został ostatecznie zrealizowany. Wstępne oglądanie przebiegu trasy na mapie niewiele mogło powiedzieć o tym na co się porywamy. Tym niemniej wiedząc jaki to jest dystans zdawaliśmy sobie sprawę, że nie jest to łatwe zadanie. Teraz gdy mamy to już za sobą jesteśmy dumni z tego, że tak doskonale to sobie zorganizowaliśmy. Okazało się nie po raz pierwszy, że każdy nawet krótki wyjazd, a tym bardziej długodystansowa wyprawa zaczyna się zaplanowania logistyki, przygotowania sprzętu i co najważniejsze zadbania o dobrą kondycję fizyczną.
Dlatego regularne treningi siłowe pod okiem i według profesjonalnego planu trenera, z którego korzystaliśmy przez dwa lata przyniosły nadspodziewany wynik. Nasze odczucia podczas wielodniowej jazdy zaskoczyły nas pozytywnie. To chyba był ten moment kiedy uwierzyliśmy w powodzenie tej wymagającej podróży. Szczególnie, że pierwsze dni to były nie tylko sumujące się w zmęczonych nogach kilometry, ale dodatkowo spore przewyższenia. Same liczby oglądane w aplikacji nic nie mówią w porównaniu z rzeczywistością. Gdy masz do „wciągnięcia” na szczyt kolejnego pagórka ciężkie sakwy, pada deszcz i nie wiesz czy wystarczy ci sił na kolejny taki podjazd to można stracić poczucie zadowolenia. A jednak nie poddawaliśmy, mimo trudów takiej jazdy wiedziałam, że każdy podjazd kiedyś się skończy i atakowałam je tak jakby to było kolejna seria ćwiczeń na siłowni, po której będzie przerwa na odpoczynek, a tutaj po prostu zjazd w dół gdy nogi będą odpoczywać.
Łącznie trasa miała ponad 2700 km i przejechaliśmy ją w ciągu 27 dni bez żadnego supportu z zewnątrz, ani bez przerw na dni odpoczynkowe. Oznaczało to, że mieliśmy ze sobą cały niezbędny ekwipunek aby przetrwać przez cały czas podróży. Bazowaliśmy głównie na noclegach w namiocie, czasami na campingach, ale różnie z tym bywało, ale także w różnych innych mniej lub bardziej zorganizowanych miejscach. Jedynym udogodnieniem było 5 noclegów pod dachem, które zarezerwowaliśmy przed wyjazdem w oparciu o przebieg trasy. Więcej hoteli czy apartamentów po prostu przy samej trasie nie znaleźliśmy tak aby wpisywały się w dystans każdego etapu. Chodziło o to aby nocleg nie był zbyt oddalony od szlaku bo to oznaczałoby nadkładanie dodatkowych kilometrów, ani żeby nie wypadał w połowie dystansu danego etapu. Dlatego nie zawsze mieliśmy komfortową opcję i czasami kilka dni obywaliśmy się bez prysznica czy śniadania w hotelowej restauracji. Taki survivalowy charakter wyprawy dodawał jej punkty przygodowe, a nas mobilizował do pomysłowości w organizacji poszczególnych tras. Początkowe wyobrażenia weryfikowaliśmy na bieżąco na podstawie tego co zastaliśmy na miejscu. Nie zawsze było tak jak myśleliśmy wcześniej. Największym wyzwaniem było znalezienie odpowiedniego miejsca do biwakowania. Szybko jednak okazało się, że mając narzędzia w postaci aplikacji do wyszukiwania wiat to spania lub siedzenia (shelters) oraz analizując inne miejsca nad rzekami czy jeziorami typu plaża czy marina oraz placów rekreacyjnych zawsze można było znaleźć w pobliżu coś sensownego do odpoczynku, przygotowania posiłku we własnym zakresie. To co nam najbardziej się podobało w tych wszystkich miejscach to fakt, że były przygotowane i czyste. Jeśli był grill to obok czekało porąbane drewno, jeśli był wc w leśnym stylu to miał papier toaletowy w zapasie, worek lub naczynie z mieszanką do zasypywaniu po skorzystaniu. Część wiat i chatek była zupełnie nowa, a na plaży miały dodatkowo przebieralnie i czasami były też sauny. Wszystko to było ogólnodostępne. Na plażach z miejscami do pływania na tablicach informacyjnych wisiały kartki z analizą mikrobiologiczną wody. Dlatego nie mieliśmy żadnych obaw aby używać tej wody do gotowania, zmywania naczyń, mycia zębów, czy mycia się jeśli akurat wypadło nam tam nocować. Oczywiście w takich miejscach używaliśmy biodegradowalnego mydła. Żyliśmy w zgodzie z naturą dbając o to aby nie pozostawić po sobie żadnego śladu. Jeśli nie było akurat śmietnika zabieraliśmy wszystkie śmieci ze sobą. Tę samą zasadę stosują mieszkańcy bo praktycznie nigdzie nie widzieliśmy śmieci co często ma miejsce w polskich lasach. Obserwacja jak schludnie wyglądają publiczne miejsca do spęczania czasu w formie outdoor co w krajach skandynawskich jest bardzo popularne przez cały rok, dawało ogromną frajdę, że stanowimy część tej aktywnej społeczności i możemy korzystać z tych dobrodziejstw, o które ktoś inny dba i stale dogląda. Świetnie się to wpisywało w nasz sposób pokonywania trasy wokół Zatoki Botnickiej przebiegającej najpierw na północ od Sztokholmu wzdłuż wybrzeża aż do granicy z Finlandią, gdzie zmieniliśmy kierunek na południowy i dotarliśmy aż do Turku.
Zapraszam do relacji opisującej dzień po dniu, bo przecież ta podróż to nie tylko wysiłek związany z podjazdami i szukanie noclegów. To także, a w zasadzie przede wszystkim podziwianie przyrody, pięknego krajobrazu i przestrzeni jaka nas otaczała. Były też spotkania z innymi bikepacker-ami, którzy podobnie jak my jechali z sakwami. Każda chwila rozmowy z jadącymi na rowerach w tym samym celu co my działała w jakiś magiczny sposób dodawało pozytywnej energii.
Tour de Bothnia Gulf – Stage 1
Nynashamn -> Camping Flottsbro w Huddinge – Flemingsberg (70 km)
Do Nynashamn dopłynęliśmy promem w południe i pierwszy etap był w związku z tym najkrótszy, bo tylko 60 km. Camping, który wybraliśmy na nocleg był niedaleko Sztokholmu, który chcemy ominąć żeby nie tracić czasu na przebijanie się przez miasto. To zawsze zajmuje bardziej uwagę i powoduje że trwa dłużej. Będziemy wracać przez Sztokholm więc teraz skupiliśmy się na sprawnym włączeniu się na trasę EuroVelo 10, którą będziemy podążać przez najbliższe dni.
Pomimo, że etap nie był długi to okazało się, że ma sporo przewyższenia. Dlatego nie zdążyliśmy dojechać na camping przed zamknięciem recepcji. Rozłożyliśmy namiot i wybraliśmy się z ręcznikami i kosmetyczkami w kierunku sanitariatów. Niestety były zamknięte. Wtedy w naszym kierunku zaczął iść pan, który obserwował sytuację siedząc na składanym krzesełku przed swoim kamperem. Wręczył nam swój klucz do łazienek mówiąc wyraźnym angielskim, że on też był kiedyś bike-packerem i rozumie, że jazda rowerem z sakwami nie jest łatwa i dlatego chce nam w ten sposób pomóc. Po wykąpaniu się podziękowaliśmy mu bardzo. Jak widać miłych i pomocnych ludzi można spotkać wszędzie.
Rano po spakowaniu się poczekaliśmy do godziny 9 kiedy otwiera się recepcja chcąc zapłacić za swój pobyt na campingu. Obsługujący recepcję młody chłopak gdy usłyszał, że przyjechaliśmy wczoraj późnym wieczorem i nie mieliśmy klucza do łazienek, machnął tylko ręką i powiedział, że nasz nocleg jest za free. Tym sposobem jeszcze milej rozpoczęliśmy nowy dzień.






























Tour de Bothnia Gulf – Stage 2
Camping Flottsbro -> shelter przy starym młynie w Bergshamra (104 km)
Z kampingu wyjechaliśmy sprawnie, ominęliśmy bokiem Sztokholm, choć jak to bywa w mieście musieliśmy raz zawracać bo nie wjechaliśmy w odpowiednią ścieżkę rowerową. W dużym mieście trzeba być zawsze bardzo skupionym i pomimo śledzenia tracku w nawigacji można się zgubić albo zagapić. Jest za dużo ulic, oznaczeń i jeszcze inne rozpraszacze.
Po przebiciu się przez miasto i mosty jechaliśmy bardzo długo wzdłuż wybrzeża promenadami przedmieścia. Po jednej stronie liczne jachty zacumowane w zatoczkach, po drugiej duże domy bogatych ludzi, restauracje, samochody z kierowcami, pola golfowe. Taki trochę inny świat.
Na koniec dnia gdy już szukaliśmy miejsca gdzie według aplikacji powinien być shelter dotarliśmy do niezwykłego miejsca. Blisko wsi był pięknie utrzymany teren z drewnianymi starymi domkami. Okazało się, że jest to stary młyn będący dziś muzeum. Faktycznie obok płynęła rzeczka. Przechodzili tamtędy co jakiś czas ludzie, ale nie zwracali na nas uwagi. Postanowiliśmy rozłożyć namiot na pięknie wystrzyżonym placu tuż obok małej sceny. Gdy byliśmy już w połowie budowania namiotu przyszła starsza pani z pieskiem. Wypytała najpierw nas skąd jesteśmy i poradziła, że lepiej byłoby dla nas gdybyśmy postawili nasz namiot w drugim końcu tego placu bo tutaj akurat przebiega ścieżka szlaku pieszego Roslagsleden i idący tamtędy ludzie mogliby nam przeszkadzać. To było niezwykle uprzejme z jej strony. Gdy przenieśliśmy namiot i swoje rowery z bagażami w miejsce wskazane przez Szwedkę zobaczyliśmy, że za drzewami i domkiem będącym WC jest wiata, której szukaliśmy 🙂
Dodatkowo opowiedziała mi historię tego miejsca i młynarza, który mieszkał tutaj z rodziną. Historia była dosyć krwawa, gdyż młynarz który bił swoją żonę i dzieci pewnego dnia został odnaleziony w swoim łóżku z nożem wbitym w serce. Potem gadatliwa Szwedka wspomniała o współczesnej Szwecji i jej problemach z alkoholem oraz rozwiązaniem państwa w postaci Systembolaget czyli monopolu na sprzedaż napojów z zawartością alkoholu tylko w wyznaczonych sklepach z ograniczonymi godzinami sprzedaży.
Zapytała także czy zostaniemy tu dłużej, bo za tydzień będzie tutaj obchodzone święto powitania najdłuższego dnia rozpoczynającego lato w Szwecji. Była też zainteresowana dlaczego przyjechaliśmy do Szwecji i czy nam się tu podoba. Stwierdziła, że domy tutaj dlatego są takie stare i dobrze utrzymane bo w Szwecji nie było żadnej wojny. Nie myślałam o tym w takich kategoriach ale to logiczne, bardziej stawiałam na wpływ religii, która uczy ludzi pracowitości. Dyskusja z bardzo elokwentną starszą panią trwałaby jeszcze bardzo długo, ale piesek który wyszedł z panią na spacer domagał się zabawy, a Darek który przestawił już namiot w nowe miejsce też czekał już na mnie.






























Tour de Bothnia Gulf – Stage 3
Stary młyn w Bergshamra -> Hokhuvud shelter na skale w lesie (115 km)
Dzisiejszy etap nieco bardziej płaski więc można już trochę odpocząć od podjazdów. Trasa przebiegała wzdłuż jezior i terenami mało zaludnionymi. Tak więc nie było za dużo sklepów czy miejsc do zjedzenia posiłku. Dobrą okazją zatem była ławka na polu golfowym do tego aby przygotować i zjeść coś w środku dnia. Polegaliśmy tylko na naszych zapasach żywnościowych.
Gdy dojechaliśmy do małego leśnego jeziorka gdzie woda była przyjemnie czysta i ciepła już chciałam tam zostać. Niestety mielibyśmy następnego dnia zbyt długi etap i kilometry do nadgonienia. Dlatego po krótkiej przerwie pojechaliśmy dalej. Mieliśmy dziś nowe zadanie: znaleźć kolejny shelter, który jest gdzieś w lesie kawałek od naszego szlaku.
Dzięki aplikacji i nawigacji odszukaliśmy właściwą drogę w lesie i potem prowadząc jakieś 500 rowery przez wąską pieszą ścieżkę udało się. Na skale stała wiata do spania, był obok grill i jak to w takich miejscach drewno do tego grilla. Rozłożyliśmy na skale obok wiaty namiot i poszliśmy spać. Rano okazało się, że padający w nocy deszcz podpłynął pod namiot i matę turystyczną, na której była podłoga namiotu. Część namiotu mieliśmy mokrą. Bywa i tak.

























Tour de Bothnia Gulf – Stage 4
Hokhuvud -> Skutskar (104 km)
Poranek był jeszcze taki mżawkowy, więc udało się nam spakować i zjeść śniadanie w wiacie, która doskonale nas chroniła od wilgoci i deszczu. W środku wiaty były ławki więc przygotowaliśmy posiłek i schowaliśmy nasze sakwy. Co prawda namiot musiał zostać złożony mokry bo nie było możliwości wysuszenia go.
Początkowo deszcz nie był zbyt uciążliwy, ale jednak założyliśmy wszystkie przeciwdeszczowe ubrania rowerowe, włącznie z pelerynkami. Nie jedzie się wtedy zbyt komfortowo ale przynajmniej pozostaje się w miarę suchym.
Nie było miejsca na przygotowanie obiadu na ciepło zatem wykorzystaliśmy przestanek autobusowy gdzie mogliśmy się posilić i chwilę odpocząć. Czasem i takie rozwiązania są dobre w deszczowe dni.
Część trasy nie prowadziła jednak asfaltowymi drogami tylko szutrowymi, które są dobrej jakości i gdy jest sucho jedzie się nimi na prawdę bardzo wygodnie. W czasie opadów deszczu jednak jest trochę trudniej i dodatkowo bardzo wybrudziły się nam rowery i bagaż. Pomimo błotników wszystko było zachlapane. Deszcz praktycznie padał cały dzień. Miejscami było na prawdę rzęsiście. Podczas jazdy może nie zwracaliśmy na to uwagi, jednak po zatrzymaniu się przy sklepie i wejściu do środka ta krótka przerwa uświadomiła nam jak bardzo jesteśmy mokrzy. Chcieliśmy się też rozgrzać gorącą kawą, ale w sklepie Coop nie było kącika kawiarnianego i przeszliśmy do sąsiadującego sklepu ICA. To tutaj częsty widok, że dwa supermarkety stoją obok siebie i nie rzadko na tej samej ulicy czy placu gdzie skupiają się wszystkie niezbędne pozostałe budynki usługowe. Podczas jednej wizyty można wyrzucić segregowane kartony, butelkii i puszki, zrobić zakupy spożywcze, zatankować lub naładować samochód, odebrać paczkę, zjeść pizzę, napić się kawy oraz pogadać z innymi spotkanymi osobami. To częsty widok gdy przy kawie w przedsionku sklepu albo przy stolikach i ławkach przed sklepem siedzi kilka osób i rozmawia. Nikt się nie spieszy i uśmiecha się do innych. To coś takiego jak nasze wiejskie sklepy gdzie na ławce pod sklepem siedzą tacy smutni panowie z butelką piwa i umilają sobie życie kolejnym zaciągnięciem się papierosem pozostawiając wokół siebie mnóstwo niedopałków oraz kapsli od butelek.
Tego dnia jednak nocleg wypadał w hotelu więc oprócz tego że wysuszyliśmy namiot rozkładając go na korytarzu i w łazience, to jeszcze mogliśmy opłukać rowery i nieco się ogarnąć. To, że przyjechaliśmy tacy mokrzy i brudni z trasy w niczym nie przeszkadzało sympatycznej recepcjonistce o sportowej figurze, która podziwiała nas za jazdę rowerem takiego dystansu. Gdy dowiedziała się, że jedziemy na twardych skórzanych siodłach i bez kolarskich spodenek z wkładką wzbudziło to jej jeszcze większy podziw, bo ona ledwo wytrzymuje 10 minut na rowerze stacjonarnym na siłowni.























Tour de Bothnia Gulf – Stage 5
Skutskar -> Camping Ljusnefors (108 km)
W hotelu w Skutskar wysuszyliśmy wszystko co nam zmokło wczoraj po jeździe w deszczu. Zjedliśmy też duże śniadanie uzupełniając stracone kalorie. Szybko zebraliśmy się bo nie wiadomo jaki będzie następny etap. Nasze rowery zostały już wystawione, a ponieważ po wyschnięciu wyglądały na bardzo ubłocone zostały umyte przez właściciela/pracownika, który opowiadał nam, że w wolnych chwilach też podróżuje, ale… pociągiem np. koleją transsyberyjską.
W mieście Gavle mieliśmy jechać przez most ścieżką rowerową biegnąca obok torów, ale na miejscu okazało się, że nie ma tam jak się dostać bo przejazd został zamknięty. Musieliśmy znaleźć trasę alternatywną żeby jakoś dostać się do naszego śladu. Po raz kolejny użyłam funkcji nawigowania i dzięki niej mogliśmy dotrzeć tam gdzie potrzebowaliśmy po drogach dla rowerów. Miasta w Skandynawii mają dobrą infrastrukturę rowerową i dzięki temu można bezpiecznie jechać nawet jak się nie zna miasta.
Dziś jechaliśmy blisko wybrzeża, więc widzieliśmy dużo małych domków, gdzie Szwedzi odpoczywają wyjeżdżając z miasta. To coś jakby odpowiednik naszych ogródków działkowych. Tylko zamiast altanki i grządek z warzywami, Szwedzi mają „działki” w lesie nad jeziorem albo nad morzem gdzie stoi drewniany dom letniskowy, szopa i garaż. Całość otoczona jest wypielęgnowanym trawnikiem, po którym jeździ podczas nieobecności gospodarzy zaprogramowany robot-kosiarka.
Czasem zdarzy się jakiś pałac również drewniany jak prawie cała zabudowa w Szwecji. Wszystko odmalowane w charakterystyczny sposób: białe obramowania okien i drzwi, elementów dekoracyjnych, a ściany w ciemnoczerwonym kolorze (ochra czerwona). Ten pigment (mieszanina tlenów żelaza) ma też wpływ na kolor wody w rzekach. Obserwujemy, że woda w rowach czy w rzekach ma właśnie takie żółto-pomarańczowe zabarwienie.
Szwecja jako kraj zasobny w lasy ma w większości domy z drewna. Te tradycyjne szwedzkie domy wzbudzają podziw swoją prostotą i tym jak doskonale pasują do krajobrazu. Są niewielkie, rzadko zdarza się aby były wyższe niż piętrowe. Są bardzo do siebie podobne poprzez jednolity sposób malowania. Dominuje barwa ciemnoczerwona, ale są też żółte. Rzadziej zielone czy niebieskie. Za to wszystkie mają te białe kontrastujące elementy. Widzieliśmy, że pomimo że są to bardzo stare budynki, a niektóre wyglądały jak niezamieszkałe to są w bardzo dobrym stanie.
Mieliśmy też okazję zobaczyć taki dom z końca XIX wieku jak wygląda od środka. Otóż napisałam wiadomość na adres e-mail campingu, na którym planowaliśmy nocleg o możliwość zarezerwowania miejsca z możliwością wzięcia prysznica. Nie chcieliśmy mieć takiej sytuacji jak na pierwszym kempingu gdy przyjechaliśmy za późno i wszystko było zamknięte.
To było dobre posunięcie z powodu długości dzisiejszego etapu i tego jakie czekały na nas przewyższenia. Jakoś wyjątkowo dłużyły się nam ostatnie kilometry przez las gdy droga wiła się góra-dół bez końca. To była jak taka medytacja w ruchu. Powtarzalne podjazd, zjazd, pojazd. Monotonię jazdy przerywał od czasu do czasu stukot kół pociągu jadącego po równoległych do drogi torach kolejowych. Potem zaczęłam liczyć słupy linii elektrycznej, które miały numery na co piątym słupie. Słupy były oczywiście drewniane, a nie betonowe. Ciągnęło się to jakieś 17 km a mnie się wydawało, że to wieczność.
Gdy wreszcie dotarliśmy do campingu to okazało się, że w budynku recepcji, która w połowie wyglądała jak biuro, a w połowie jak dom mieszkalny z dużym stołem, przy którym siedziała kobieta masująca ramiona mężczyźnie. Na nasz widok zmieniła się z masażystki w recepcjonistkę. Wyjaśniła, że ma do wynajęcia apartament i pytała czy potrzebujemy pościel i ręczniki. Potem zaprowadziła nas do wejścia od strony podwórka (ja nazwałabym to rupieciarni) i otworzyła z dumą drzwi apartamentu, który stanowiły duża kuchnia, pokój z 4 łóżkami. Była też część z prysznicem i wc. Wszystko pamiętało bardzo dawne czasy ale najważniejsze, że działało. Pani zaproponowała także śniadanie, tyle że o dosyć późnej porze. Ostatecznie po pierwszym stanowczym wahaniu Darka zgodziliśmy się na tę opcję i zapłaciłam za całość.














































Tour de Bothnia Gulf – Stage 6
Camping Ljusnefors -> plaża przy Harmangervagen (115km)
Dziś mieliśmy długi etap i znów szykowały się przewyższenia, dlatego zjedzenie śniadania podanego przez właścicieli kempingu był jednak dobrym posunięciem. Niestety minusem było to, że wyjechaliśmy w deszczu. Deszcz przechodził w mniejsze opady i jechanie w pelerynkach nie było komfortowe, zwłaszcza gdy trzeba było bardziej cisnąćna pedały podczas podjazdów.
Robiliśmy zatem przerwy odpoczynkowe. Zatrzymywaliśmy w sklepach gdzie kupowaliśmy codziennie truskawki. W końcu jest sezon na te owoce, a do tego uzupełnialiśmy witaminę C. Trochę się obawiałam o spadek odporności, bo jednak wysiłek dzień po dniu i do tego deszczowa pogoda mogła wpłynąć na odpowiedź organizmu. Dlatego nie żałowaliśmy sobie niczego: kupowaliśmy owoce, warzywa w każdym prawie sklepie. W przerwach odpoczynkowych zaś jedliśmy szwedzkie słodkie bułeczki cynamonowe (Kanelbulle) popijane kawą. Tutaj kawa jest powszechnym napojem serwowanym w każdej pizzerii, barze, czy nawet w sklepach. Nawet już zaczęliśmy używać określenia „fika” będącego określeniem na szwedzką przerwę na spotkanie przy kawie i przekąsce. Bardzo lubiłam te przerwy i czasami już nie mogłam się doczekać kiedy będzie ta fika. Wypatrywałam na mapie kawiarni czy sklepu. Czasami nie było jednak gdzie zrobić 'fiki’ z prawdziwego zdarzenia więc korzystaliśmy z jakiegokolwiek miejsca żeby usiąść pod dachem, wypić kawę z termosu i zjeść cynamonową bułkę kupioną po drodze w sklepie (zawsze wieźliśmy ze sobą żelazny zapas). To były na prawdę fajne chwile.
Jeszcze a propos sklepów, to w Szwecji praktycznie nie ma takich małych sklepików, są jedynie supermarkety, większe lub mniejsze. Głównie są to sklepy dwóch sieci ICA oraz Coop. Gdy na mapie OSM był zaznaczony sklep inny niż ten sieciowy to najczęściej albo w tym miejscu już nic nie było, albo był sklep do którego nie mieliśmy dostępu.
Dziś właśnie doświadczyliśmy na czym to polega. Otóż mieliśmy zaznaczony sklep ICA Stamnas jako ostatni sklep na dzisiejszej trasie. Gdy dojechaliśmy okazało się, że sklep jest i nawet był w środku towar, natomiast my nie mogliśmy tam wejść. Kartka na drzwiach informowała, że wejście jest po zeskanowaniu kodu QR dla osób mających konto bankowe w szwedzkim banku. Obok sklepu była stacja benzynowa, ale w podobnym stylu: bezobsługowy dystrybutor. Trochę się zmartwiliśmy bo planowaliśmy nocleg w namiocie nad jeziorem na plaży. Wtedy ze sklepu wyszła para z zakupami. Zapytaliśmy jak możemy zrobić zakupy i wyjaśniliśmy, że nie pochodzimy ze Szwecji. Wówczas kobieta najpierw stwierdziła, że ten sklep jest dość drogi ale gdy przekonałam ją, że nie bardzo mamy inną alternatywę zaoferowała pomoc w postaci otworzenia drzwi tego bezobsługowego sklepu. Dodatkowo mężczyzna dodatkowo wszedł z nami do środka aby asystować nam na wszelki wypadek podczas transakcji w kasie samoobsługowej. Efektem tych zakupów było kupienie napoju typu tonic zamiast wody oraz chleba, który w kasie był opisany tylko po szwedzku i gdyby nie pomoc uczynnego i bardzo wyluzowanego Szweda pewnie byśmy sobie nie poradzili. Przypadkowo spotkana para Szwedów okazała się miła, nigdzie się nie spieszyła i co najważniejsze znalazła się w tym miejscu w odpowiednim dla nas momencie. I jak tu nie mówić o szczęściu?
Zadowoleni z możliwości uzupełnienia bidonów oraz zrobienia podstawowego zapasu na kolację i śniadanie wyruszyliśmy w poszukiwaniu miejsca noclegowego. Plaża wydawał się jak najbardziej uzasadnionym miejscem gdyż wyszło słońce, zrobiło się ciepło i nie było śladu po dzisiejszym deszczu.
Faktycznie po przejechaniu kilku mostów, nad jednym z jezior było miejsce do kąpieli z piaszczystą plażą, pomostem, ławką, miejscem do grillowania oraz dwoma przebieralniami. Tego typu miejsca doskonale nadają się na takie krótkie biwakowanie. Rozwiesiliśmy mokre ubrania na sznurku między drzewami, ustawiliśmy namiot i nawet pewnie byśmy popływali, ale zmęczenie wzięło górę. Cały czas jest widno więc trudno określić która była godzina, ale tuż przed zaśnięciem słychać było jeszcze głosy młodzieży, która przyjechała się kąpać w jeziorze. Po jakimś czasie zrobiło się jednak cicho.


































Tour de Bothnia Gulf – Stage 7
Plaża na Harmansvagen -> Merlo Slott za Sundswall (100 km)
Z dzisiejszego słonecznego etapu zapamiętałam kilka ładnych miejsc: jeszcze jedna plaża nad jeziorem, port w starej wiosce rybackiej i mały sklepik z lodami i różnościami, punkt z książkami (podobne też działają w Polsce) oraz odcinek szutrowy na terenie rezerwatu. Co jakiś czas były tam tablice edukacyjne. Przy tablicy o rybach zrobiliśmy przerwę na obiad.
Na koniec wjechaliśmy do Sundswall, które jest miastem rozpoczynającym szlak świętego Olafa. Niestety wjazd był od strony południowej gdzie jest przemysłowa część miasta i dlatego nie zrobiło ono na nas dobrego wrażenia. Dodatkowo sklep, który był na końcu miasta był nieczynny i musieliśmy się wrócić kawałek do innego, na szczęście nie tak daleko.
Za to miłym zwieńczeniem tego etapu było zobaczenie w zachodzącym słońcu zamku w Merlo Slott gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg. Zamek ładnie się prezentował w złotym, miękkim świetle, niestety wewnątrz wyglądało, że nikt nie mieszka. My też mielimy apartament w budynku obok, który był urządzony w stylu zamku obok, choć z zewnątrz wyglądał na stróżówkę. Jak to czasem pozory mylą 😉





































































Tour de Bothnia Gulf – Stage 8
Merlo Slott (Timra) -> Binbole (parking nad jeziorem) – 117 km
Opuściliśmy domek w Merlo Slott i pojechaliśmy do miasta Timra, gdzie od razu zrobiliśmy większe zakupy. To tak na wypadek gdyby się okazało, że natkniemy się znów na zamknięty sklep. Co prawda nie kupowaliśmy kilogramowego opakowania sera, czy wielkiego opakowania płatków owsianych. Ale niestety jogurty występują tutaj tylko w litrowych kartonach, więc nie mamy wyboru. Trzeba też dobrze czytać etykiety bo dużo jest tutaj smakowych jogurtów i innych wyrobów, a to oznacza że są z dodatkiem cukru. Podobnie sprawa wygląda z napojami słodzonymi. Woda jest rzadkością w sklepach. W Skandynawii wodę pije się prosto z kranu, więc nikt jej nie kupuje w sklepie. W restauracjach woda i kawa to dwa podstawowe napoje i są już w cenie posiłku. Kawa stoi w dzbankach ekspresów przelewowych lub w dużych termosach i jest stale dostępna, a woda w karafkach lub butelkach szklanych, czy saturatorach jest za darmo. Nie dziwi zatem fakt, że w sklepie można na półkach spotkać tylko marki wody mineralnej pochodzącej z innych krajów. Dlatego jeśli mamy możliwość uzupełnić bidony w miejscach gdzie jest kran z 'drinking water’ w jakimś miejscu to też nie kupujemy wody butelkowanej. Wiąże się z tym bowiem pewien problem. Otóż za butelki plastikowe doliczana jest kaucja i obowiązuje system oddawania tych butelek do automatów w sklepach. Te same automaty przyjmują też puszki. Byliśmy świadkami jak przyjeżdżali na parking przed sklepem Szwedzi z pełnymi siatkami głównie puszek, które następnie wrzucali do automatu, który zliczał wartość kaucji. Następnie pobierali z maszyny kwitek, z którym szli na zakupy i kasa odliczała kwotę za oddane puszki czy butelki od wartości zakupów. Ponieważ zwrot za kaucję można było zrealizować tylko w tym konkretnym sklepie dla nas oznaczało to, że albo rezygnowaliśmy z kwitka, albo oddawaliśmy go jakiemuś klientowi. Można też było pamiętać aby najpierw kupić wodę, przelać zawartość do bidonu, potem oddać butelki i dopiero zrobić zakupy używając zwrotu za kaucję.
Potem zauważyłam, że w dużych sklepach obok stanowiska z automatem do odbioru zużytych butelek i puszek znajduje się umywalka do mycia rąk z mydłem i ręcznikami papierowymi. Zatem oprócz mycia rąk można było nabrać wodę z kranu do bidonów.
W ogóle po jakimś czasie te sklepy coraz bardziej mi się podobały. Część z nich miała miejsca do wypicia kawy, którą kupowało się w sklepie. Były stoliki i krzesełka gdzie można było usiąść i coś zjeść. Korzystaliśmy z takiej okazji gdy padało. Jeśli była odpowiednia pogoda to też zawsze było jakieś fajne miejsce blisko sklepu.
I jeszcze jedna rzecz. Przy wejściu do sklepu zawsze były miejsca do parkowania rowerów. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że rowery stały tam niczym niezabezpieczone. My też zostawialiśmy swoje rowery z pełnym bagażem i wchodziliśmy do sklepu nie zastanawiając się. W Polsce miałabym obawy czy to bezpieczne. Tutaj nie myślałam w takich kategoriach.
To był etap z najwyższą wartością przewyższeń. Bałam się okropnie jak dam radę, bo pierwsze szwedzkie dni dały mi się mocno we znaki. Bolała mnie noga, musiałam się wspomagać lekiem p/bólowym (okazał się wyjątkowo skuteczny, ale nie chciałam go stosować zbyt długo). Darek nawet zapytał raz czy nie chcę zakończyć i wrócić do domu. Ja wierzyłam jednak w skuteczność i bezpieczeństwo szwedzkiego medykamentu. Zaciskałam zęby na podjazdach, bo wtedy miałam wrażenie że cała lewa strona ciała jest jak sparaliżowana. Wyraźnie przeciążyłam lewą nogę i już sama nie wiedziałam czy ten ból promieniuje od kolana, biodra czy stopy. Na mocniejszych podjazdach pedałowałam na najmniejszej przekładni i naciskałam bardziej prawą nogą. Nie było to może rozsądne, ale gdy tylko jedna dawka leku przestawała działać, brałam kolejną i tak jechaliśmy. Nie było to może zbyt rozsądne ale co było robić. Najgorzej było rano. Potem jak już nogi się rozkręciły i pracowały to jakby było lepiej. Do tego dochodziła farmakologia wewnętrzna w postaci endorfin (tak, to działa jednak!), a jak było za mało to jeszcze farmakologia zewnętrzna w postaci tabletek rozpuszczalnych popijanych z bidonu.
Nie wiem kiedy ale po jakimś czasie przestałam myśleć o bólu, a potem nie wiadomo kiedy ból ustąpił. Ale to musiało być na bardziej płaskich etapach.
Tego dnia mieliśmy piękne trasy widokowe. Przez to, że teren był pofałdowany i było słonecznie. Szczególnie pod koniec dnia otworzyła się panorama na dolinkę z polami.
Nocowanie w lesie już dawno wybiliśmy sobie z głowy. Przez te kilka dni oglądaliśmy po drodze te lasy. Nigdzie nie widzieliśmy płaskiego sosnowego i czystego lasu podobnego do naszych. Albo zarośnięte, do tego z ogromnymi głazami, a na dodatek podmokłe. W rowach stała woda, w lesie rosło kwitnące akurat bagno i wełnianka – typowe rośliny podmokłych terenów. Nie było innego rozsądnego miejsca jak parking albo plaża. Darek wypatrzył na mapie parking nad jeziorem ale nie wiedzieliśmy jak to będzie wyglądało. Gdy dojechaliśmy to okazało się, że jest wiata ze stolikiem i ławkami i duży pojemnik na śmieci. Na asfaltowym placu stał kamper, a przed nim dwie osoby. Okazało się, że nie tylko my mieliśmy pomysł na nocleg w tym miejscu. Oni zebrali swoje krzesełka i stolik, zasłonili okna w kamperze i poszli spać. My też rozłożyliśmy swój namiot obok wiaty. Parking był przy mało uczęszczanej drodze więc noc minęła cicho i spokojnie. Zawsze to lepsze miejsce niż dziki i nieprzyjazny las. No i co najważniejsze nie było komarów, ani meszek.











































Tour de Bothnia Gulf – Stage 9
Jezioro Binbole -> Banafjals (shelter) (108 km)
Jeszcze nie skończyły się pagórki, wciąż trasa jest pofałdowana. Niby jedziemy wybrzeżem więc powinno być płasko, ale w Szwecji tak nie ma. Dzisiaj znowu nazbieraliśmy pokaźną ilość przewyższenia. Pewnie gdyby jechać lekkim rowerem to by się tego tak nie odczuło, ale z bagażem każdy podjazd to jednak jest walka. Już nawet nie patrzę ile procent ma nachylenie drogi. Po prostu przepycham pedały i staram się myśleć, że to tylko chwilowe i potem będzie zjazd. Staram się też nie wytracać prędkości na zjazdach żeby łatwiej było wjechać na kolejną górkę. Traktuję to jak taką zabawę – kiedy trzeba będzie zredukować przekładnię żeby dało się podjechać w miarę lekko. I tak mijają kolejne kilometry.
Dzisiaj przed jednym z podjazdów zatrzymaliśmy się odpocząć. To było akurat wtedy gdy przejechaliśmy kilometrowy odcinek drogą ekspresową wąskim poboczem. Samochody przejeżdżały obok nas ostrożnie, ale też nie bardzo miały nas jak omijać, bo na tym odcinku było dosyć wąsko, a do tego przeciwny pas odgrodzony był barierką. Widocznie nie było innej drogi na tym fragmencie i szlak musiał przebiegać w ten sposób. Aby opadły emocje związane z jazdą po wspomnianym odcinku staliśmy na poboczu drogi, w którą właśnie skręciliśmy robiąc wielkie uff. Wtedy nadjechał rowerzysta na gravelu, ten sam którego widzieliśmy już wczoraj. Wtedy tylko machnęliśmy sobie ręką na pozdrowienie. Teraz zatrzymał się i zaczęliśmy rozmawiać. Standardowo padły pytania skąd i dokąd jedziemy jak to zwykle w takich sytuacjach. Do tego doszło pytanie skąd jesteśmy. Gdy kolega usłyszał, że z Polski uznał, że możemy rozmawiać dalej po polsku, bo kolega mieszka w Niemczech, ale pochodzi z Polski ze Śląska. W ten sposób nasza dalsza rozmowa potoczyła się gładko. Ciekawa jestem czy kolega zrealizował swój plan, o którym nam mówił, czyli dojechania na północny kraniec Norwegii. Nordcapp jak się później przekonaliśmy to bardzo popularny cel spotykanych po drodze rowerzystów (byli to głównie Niemcy) i motocyklistów (jednego z polską rejestracją spotkaliśmy na postoju nad rzeką gdzie też zamieniliśmy kilka słów).
Każde kolejne spotkanie z jadącymi na trasie rowerzystami obładowanymi sakwami napawało nas radością. Nie zawsze jadący zatrzymywali się aby zamienić kilka słów, ale nawet zwykłe pozdrowienie 'hej’ było bardzo miłe. Zdarzały się też sytuacje gdy ktoś z mieszkańców pomachał ręką, albo odpowiedział hej, hej zauważając że jedzie ktoś w daleką podróż. Pod sklepem gdzie stawialiśmy rowery też byliśmy wypytywani przez przechodniów, dokąd jedziemy i skąd jesteśmy. W małych miejscowościach gdzie wszyscy się znają i nic się nie dzieje, pojawienie się pod sklepem dwóch rowerów obładowanych sakwami zawsze wzbudzało żywe zainteresowanie. Niektórzy próbowali rozmawiać z nami po szwedzku, ale jednak większość zadawała pytania po angielsku. W ten sposób mieliśmy sporo interakcji z ludźmi. Większość czasu jednak spędzaliśmy tylko w siodle jadąc przez ciągnące się kilometrami drogi pośród lasów, czy wzdłuż jezior. To nie była czysta jazda wybrzeżem, to tez trasa nie zawsze przebiegała w bezpośredniej bliskości morza. Nawet wtedy gdy byliśmy nad morzem, co można było sprawdzić próbując czy woda ma słony smak, to na horyzoncie były niezliczone ilości wysp i wysepek, albo wielkich głazów. Tu nie ma takiej linii brzegowej jak nad polskim Bałtykiem gdzie ciągną się piaszczyste plaże i widać niczym nie zakłóconą linię między morzem a niebem. Tutaj całe wybrzeże jest poszarpane, postrzępione, z ogromną ilością wysp i półwyspów. Droga prowadzi w miarę prosto tylko dlatego, że części lądowe z morskimi są połączone niezliczoną ilością mostów.
Część asfaltowa dzisiejszej trasy przebiegała między innymi spory kawałek wygodną drogą rowerową przy drodze szybkiego ruchu gdzie mieliśmy ciekawe panoramy. Zanim nasz szlak odbił w boczną drogę zrobiliśmy sobie małą fikę na kawę i ciastko w otwartej kawiarni campingowej. Trwało akurat przystrajanie budynków kwiatami i świeżo ściętymi zielonymi gałęziami drzew, bo zaczyna się wielkie szwedzkie święto powitania przesilenia letnego Midsommar. Widywaliśmy później ludzi zbierających kwiaty do bukietów, dziewczynki, które miały wplecione polne kwiaty we włosy. Ludzie w Szwecji cieszą się, że zaczynają się najdłuższe dni w roku. Ta radość wynika z faktu, że wreszcie po okresie długiej i surowej zimy dnia są długie, i jest zdecydowanie więcej światła. Dlatego spędzają czas na powietrzu, a także wyjeżdżają wtedy do swoich letnich domków. O tym, że w okresie Midsommar do późnych godzin wieczornych, a nawet nocnych tańczy się wokół zielonego słupa przystrojonego roślinami (takiego jak widzieliśmy na placu przy starym młynie) dowiedziałam się już od starszej pani, z którą rozmawiałam tydzień temu. Dlatego nie dziwiły mnie ogłoszenia o organizowaniu spotkań pod tą nazwą. Zwykle były to zaproszenia do parków czy terenów rekreacyjnych.
Mieliśmy też tego dnia fragment trasy po drodze szutrowej, która zaczynała się zaraz za wsią i prowadziła przez dość długi odcinek odludnymi, leśnymi terenami. Po drodze zaczęło padać, zrobiło się jakoś tak szaro i do tego słychać było odgłosy strzałów. Czy to było jakieś polowanie? Tego nie wiemy, ale pojedyncze głośne strzały było słychać bardzo wyraźnie. Po drodze minęliśmy jakąś osadę składającą się z kilku starych domów, w tym jeden z nich był chyba nieczynnym już kościołem z sąsiadującą małą dzwonnicą. Potem droga zaczęła się wspinać i mieliśmy kilka mocnych podjazdów. Z chęcią zatem zrobiliśmy sobie kolejną przerwę. Tym razem była to plaża z ławką, przebieralniami oraz sauną. Część drewna była już przygotowana do użycia w piecu w saunie, ale gdyby komuś przyszło do głowy uzupełnić zapas to czekała na niego także siekiera do rąbania drewna.
Mieliśmy jeszcze trochę kilometrów do przejechania zatem mie skorzystaliśmy i tym razem z sauny, zjedliśmy po garści orzechów i pojechaliśmy dalej. Darek wyszukał w aplikacji wiatę koło szkoły, która Miałą być naszym punktem końcowym. Szkołę znaleźliśmy bez problemu, a wiata była obok boiska szkolnego. Rozłożyliśmy zatem obok namiot uznając, że będziemy mieli tutaj ciszę i dobre miejsce do odpoczynku.


























































Tour de Bothnia Gulf – Stage 10
Banafjals (shelter przy szkole) -> Hornefors (shelter nad morzem) – 112 km







Nasz ślad prowadził do mostu przez rzekę, ale gdy skręciliśmy w jedyną widoczną ścieżkę to znaleźliśmy się w krzakach. NIe dość, że dalej nie było ani drogi, ani tym bardziej żadnego mostu, to stał tam samochód. Obok dziewczyna myła zęby, a na nasz widok i pytanie o most z auta wychylił się zaspany chłopak, który miał jeszcze na czole opaskę zaciemniającą, której używa się do zasłaniania oczu gdy chce się zasnąć jak na zewnątrz jest widno. Wyraźnie przeszkodziliśmy parze młodych ludzi w pobudce. Jak się okazało most zaznaczony na mapie oznaczał most kolejowy, który był niedaleko ale nad nami, na estakadach. Musieliśmy zatem zawrócić i poszukać innej przeprawy. Na szczęście nie trzeba było wracać daleko i zobaczyliśmy kładkę pieszo-rowerową, którą przejechaliśmy na drugą stronę rzeki. Zastanawialiśmy się czy był to tylko błąd śladu GPX (na oficjalnych stronach tras jak widać takie potknięcia też się mogą zdarzyć), czy może po prostu ten mostek tam kiedyś był.
Mieliśmy dziś inne niemiłe i potem miłe zaskoczenie. Najpierw chcieliśmy uzupełnić zapas wody i wyszukaliśmy na mapie sklep po drodze. Dzień był ciepły więc pilnowaliśmy aby pić regularnie. Sklep znaleźliśmy jednak znów był to bezobsługowy magazyn, do którego dostać się można tylko za pomocą kodu logującego do banku. Ponieważ akurat wchodziła jakaś młoda osoba do sklepu udałam się tuż za nią. Kobieta zauważyła że chcę wejść razem z nią i pokazała mi kod na drzwiach. Wyjaśniła, że gdybym weszła razem z nią bez skanowania kodu, wówczas to ona jest odpowiedzialna za ten fakt. Zrezygnowałam zatem nie widząc w jej oczach zrozumienia sytuacji. To nie był ten sam typ pomocnych i rozumiejących sytuację osób, które spotkaliśmy wcześniej. Musieliśmy sobie radzić inaczej.
Na mapie OSM wypatrzyłam oznaczenie plaży. W terenie jednak nie było żadnej drogi prowadzącej do niej. Po zatrzymaniu się zauważyłam lekko wydeptaną ścieżkę przez pole. Gdy pojechaliśmy nią za grupą drzew odsłonił się widok na maleńką łachę piachu nad rzeką, tablicę i kamienie służące za ławkę i rodzaj pomostu. Miejsce było schowane i dlatego nie widać było go z dogi. Skorzystaliśmy z tego, że rzeka była przyjemnie chłodna i można było się w niej umyć. Darek wpadł także na pomysł aby napełnić wodą z rzeki nasze bidony. W tym celu najpierw wodę przefiltrował, a potem dodaliśmy jeszcze tabletki z elektrolitami. Woda z rzeki okazała się bezpieczna i nie mieliśmy żadnych problemów po jej wypiciu.



















O tym jak ważne jest świętowanie Midsommar dla Szwedów przekonaliśmy się gdy dojechaliśmy do małego sklepu ICA. Jak się okazało na miejscu miał skrócone godziny pracy z tego powodu. Nie udało się zatem zjeść lodów bo było kwadrans po 13, a tego dnia sklep był czynny tylko 13:00. Dobrze, że chociaż inne duże sklepy pracowały normalnie.
Wykorzystujemy dzisiaj każdą możliwość żeby się odświeżyć i ochłodzić. Tak więc wypatruję wszystkich oznaczeń plaży na mapie, gdzie zatrzymujemy się a chęcią. Jest ciepło i parno, więc jedziemy wolno. Gdy wreszcie dojechaliśmy do ostatniej większej miejscowości, w której wreszcie był czynny sklep zostało nam tylko 30 minut do jego zamknięcia. Dobrze, że chociaż deszcz który nas złapał po drodze był dopiero pod koniec dnia. To był krótki deszcz, który przeczekaliśmy pod drzewami i obserwowaliśmy tęczę, która pojawiła się tak szybko jak zniknął deszcz.




















Do wiaty nad morzem trafiliśmy gdy dzień już się kończył, choć oczywiście nadal było widno. Nie chcieliśmy ryzykować, że będziemy rano składać mokry namiot dlatego z obawy spodziewanego deszczu rozłożyliśmy namiot w środku wiaty. Już prawie zasypialiśmy kojeni szumem morza usłyszeliśmy, że zaczęło faktycznie kropić, a chwilę później usłyszeliśmy, że jest tutaj jeszcze ktoś kto zadał pytanie. PO przejściu na angielski okazało się, że pytanie dotyczyło tego czy ewentualnie nie będzie nam przeszkadzało, że będą tu nocować jeszcze inne osoby, czy chcemy być tu sami. Gdy wyszłam z namiotu zobaczyć kto pyta, zobaczyłam grupę dziewczyn, które właśnie przyjechały na rowerach i chciały rozbić w pobliżu namioty. Byliśmy trochę zdziwieni takim pytaniem bo przecież miejsce jest ogólnodostępne. Ale to było bardzo kurtuazyjne pytanie, które miało nas przygotować na ewentualne odgłosy rozkładania sprzętu.
Początkowo słychać było faktycznie szczęk rurek stelaża, jakieś szelesty i stukanie oraz ściszone głosy. Potem wszystko ucichło. Ostatecznie rano okazało się, że dziewczyny rozbiły namioty bliżej morza, z dala od wiaty w której my nocowaliśmy. To tłumaczyło ciszę jaka szybko nastała.
Tour de Bothnia Gulf – Stage 11
Hornefors (shelter nad morzem) -> Umea -> shelter nad wyspie między rzekami (107 km)
Celem głównym dzisiejszego etapu jest miasto Umea, z którego przyjechała wczoraj wieczorem grupa dziewczyn. To największe miasto na północy Szwecji, dlatego jesteśmy ogromnie ciekawi jak wygląda. Najpierw jednak długo kontemplowaliśmy nad morzem gdzie usytuowana była wiata, w której spędziliśmy noc. Była usytuowana na skale z widokiem na morze. Wokół był bardzo ładny las. Świeciło słońce i zapowiadał się kolejny pogodny dzień. Dziewczyny spały jeszcze bo nie było widać żądnego ruchu przy namiotach za drzewami w dole. Zebraliśmy namiot ze środka wiaty i tam przygotowaliśmy sobie śniadanie, bo ławki na zewnątrz były mokre po deszczu.









Do Umea nie było wcale daleko więc dotarliśmy tam w porze drugiej kawy. Na bulwarze nad rzeką nie było jednak otwartej kawiarni więc wypiliśmy naszą kawę z termosu, a potem stwierdziliśmy, że skoro nie ma też otwartej restauracji to zjemy coś więcej na ławce w parku nad brzegiem. Miały być jeszcze lody, ale ostatecznie poprzestaliśmy na zjedzeniu naszych zapasów jedzenia. Mieliśmy też wierną kompankę naszego posiłku, czyli bardzo towarzyską mewę, która jednak nie doczekała się niczego więcej poza okruszkami.






























W Umea podobała mi się infrastruktura rowerowa, którą jechaliśmy przez miasto. Całość sprawiała wrażenie spójnej i przemyślanej tak aby była wygodna dla wszystkich poruszających się na rowerach, hulajnogach i wózkach. Były oczywiście oznakowania kierunków dróg rowerowych, które wszędzie prowadziły bezkolizyjnie – na skrzyżowaniach z ulicami z większym ruchem są tunele dla rowerów. Widziałam elektryczne autobusy i wielkie parkingi dla rowerów. Oprócz kilku nowoczesnych budynków w centrum reszta miasta to stara zabudowa, niskie budynki mieszkalne oraz tereny rekreacyjne. Przedmieścia to osiedla nowych domów jednorodzinnych. Standardem są wiaty garażowe z ładującymi się samochodami elektrycznymi. Zwróciliśmy także uwagę, że auta te nie są wyposażone w jakiś szczególny rodzaj tablicy rejestracyjnej tak jak np. w Polsce są to zielone tablice.
Inną ciekawostką były też samochody bez tablicy rejestracyjnej, a jedynie z ostrzegawczym czerwonym trójkątem w jej miejsce. Do tego samochody te jechały lokalnymi drogami i bardzo wolno. Gdybyśmy nie mieli bagażu to pewnie spokojnie moglibyśmy je nawet wyprzedzić. Długo się zastanawialiśmy nad tym dlaczego te samochody jeżdżą tak wolno i dlaczego mają te oznaczenia z trójkątem. Gdy poszukaliśmy wyjaśnienia okazało się, że są to samochody przerobione tak, aby ich maksymalna prędkość wynosiła maksymalnie 30 km/h. Z tyłu muszą mieć czerwono-pomarańczowy trójkąt oznaczający pojazd wolnobieżny. Najciekawsze jest kto nimi jeździ. W Szwecji można prowadzić A-traktor od 15. roku życia po uzyskaniu odpowiednich uprawnień. Na terenach wiejskich to dla młodzieży sposĻb na dojazd do szkoły, treningów czy spotkań z kolegami. Inni kierowcy zwykle cierpliwie czekają za takim pojazdem zanim go wyprzedzą. To dobrze oddaje kulturę jazdy, z której Szwecja jest znana.
Z innych faktów motoryzacyjnych, które zaobserwowaliśmy to duża ilość starych amerykańskich samochodów z lat 60 i 70-tych, które widzieliśmy w miastach na ulicach, ale także na trasach dróg wzdłuż których jechaliśmy. To były bardzo dobrze utrzymane auta z wypolerowanymi błyszczącymi elementami i błyszczącym lakierem w różnych kolorach. Wyróżniały się spośród tych współczesnych innym kształtem oraz brzmieniem silnika. Często taki samochód najpierw było słychać zanim się go zobaczyło z powodu głębokiej i głośniejszej pracy produkowanych wówczas silników. Takiego nagromadzenia starych klasycznych amerykańskich samochodów nie widziałam do tej pory na drogach jak właśnie podróżując po Szwecji. Jak widać taka subkultura jazdy ogromnymi autami rozprzestrzeniła się tutaj mocno i jest bardzo popularna. Tak więc z jednej strony nowoczesne elektryki, a z drugiej stare odrestaurowane auta, które nie stoją w muzeum motoryzacji tylko dobrze się mają na drogach spalając ogromne ilości paliwa. Może to wynika z innego stosunku Szwedów do tego co stare i używane? Muszą uwielbiać starocie, skoro jest tak dużo antykwariatów i miejsc gdzie są 'loppis’, czyli po szwedzku wyprzedaże garażowe (nazywane też 'pchlim targiem’). Sporo takich odręcznie napisanych tablic informujących o loppis z podanymi godzinami można było spotkać przy drogach. Jeżeli coś może jeszcze komuś służyć to się tego po prostu nie wyrzuca.
Wieczorem dotarliśmy do miejsca gdzie na mapie między dwoma rzekami na wyspie była łąka. Na miejscu obok wiaty stał już jeden namiot, należy jak się okazało do dwóch młodych dziewczyn, które jechały rowerami podobnie jak my. Zapytaliśmy czy będziemy mogli rozłoży nasz namiot, podobnie jak wczoraj dziewczyny przy wiacie nad morzem. Łąka była rozległa, zatem ustawiliśmy nasze obozowisko z zachowaniem odległości, czyli kulturalnie z poszanowaniem odrębności. Dziewczyny skończyły już jedzenie kolacji i zrobiły nam miejsce na stole. Wieczorem szybko poszliśmy spać bo każdy był zmęczony. Dopiero następnego dnia trochę pogadaliśmy o planach i przeżyciach na trasie. Dziewczyny wyglądały na studentki, które mają dużo czasu bo nie były jakoś mocno przejęte tym ile czasu zajmie im dotarcie na Nord Capp ani jaką drogą będą wracać do Niemiec (może przez Norwegię?). Miały też nieco inny od naszego stosunek do ekwipunku, bo zamiast kasku rower ego jedna z nich miała zabudowany pełny kask narciarski, a druga przypiętą do ramy roweru… parasolkę. Przy zmiennej pogodzie w Skandynawii dosyć przydatne wyposażenie, ale nie wiem na ile wygodne na wyprawie rowerowej 😉






Tour de Bothnia Gulf – Stage 12
Robertfors (shelter nad wyspie między rzekami ) -> camping w Burea (111 km)
Po porannej toalecie i śniadaniu zebraliśmy się jak najszybciej się dało. Jeszcze tylko rzut oka na wyspę w porannym słońcu bo miejsce było na prawdę bardzo fajne. Ktoś miał świetny pomysł aby tutaj wkomponować wiatę, ławki i wc. W wiacie była też księga gości, w którą akurat wpisywały się nasze sąsiadki z namiotu, które też już się obudziły i krzątały wokół swojego namiotu. Jedna z dziewczyn (ta z kaskiem narciarskim) prowadziła też tradycyjny dziennik podróży, w którym widniał też rysunek ilustrujący długi wpis.







Nasza podróż miała nieco inne tempo dlatego poranki były raczej skoncentrowane na szybkim złożeniu namiotu i spakowaniu się. Za to robiliśmy sporo przerw w ciągu dnia w różnych miejscach. Często zatrzymywaliśmy się w sklepach gdzie zawsze coś ciekawego wypatrzyliśmy, potem jeszcze jakieś ławeczki po drodze albo kawa na ryneczku. Choć tutaj akurat takich typowych ryneczków w miastach nie widzieliśmy. Zwykle centrum miasta stanowiło skupisko sklepów spożywczych, bezobsługowa stacja benzynowa i czasem jakaś pizzeria. Kawiarnie jeśli były to otwierane późno, albo wcale. Miasteczka wyglądały jak wyludnione. Pod ulicach poruszały się głównie tylko starsze i mało mobilne osoby, które używały wózków, albo czasem ktoś jechał rowerem. Reszta wysiadała z samochodów na parkingach przed sklepem albo przy miejscach gdzie stały pojemniki do segregowania śmieci.




















Dzisiejszy dzień był dość wietrzny, do tego część trasy była w odkrytym terenie między polami. Wtedy wiatr przeszkadzał najbardziej.























Plażą, na której się zatrzymaliśmy była dość miłym miejscem, ale chcieliśmy dziś dojechać do campingu w Burea. I dobrze zrobiliśmy bo to miejsce gdzie podłączyliśmy do gniazdek nasze powerbanki, które zaczynały się już wyczerpywać. Próby ładowania ich za pomocą paneli słonecznych nie dały oczekiwanego rezultatu. Zapewne dlatego, że taki panel nie jest zbyt stabilny podczas jazdy rowerem. Poza tym przemieszczając się nie były cały czas pod odpowiednim kątem do promieni słonecznych, co ma na pewno znaczenie. Camping w Burea zachwycił mnie wystawą metaloplastyki na swoim terenie. Nad jedną z postaci fantasy trwały właśnie prace. Właściciel jest także fanem kloców Lego, bo wszędzie widać było tego dowody.























To miejsce na pewno podobałoby się dzieciom, ale pomimo wakacji nie było tam zbyt dużo gości. Z namiotów stał tylko jeszcze jeden z parą Niemców w średnim wieku, którzy podróżowali także rowerami z sakwami. W sali wspólnej, która służyła za jadalnię i salon wypoczynkowy mogliśmy zostawić podłączone na noc nasze powerbanki. Ja dodatkowo rozłożyłam swoje rzeczy do wyschnięcia: ręczniki i małe „pranie”. Do rana wszystko wyschło i nikomu nie przeszkadzało bo nikt tam nie zaglądał.
Tour de Bothnia Gulf – Stage 13
Camping w Burea -> Hemingsmark (102 km)
Rano jeszcze raz zmierzyłam się z postacią witającą gości zaraz przy wjeździe na camping, Darek napełnił w tym czasie bidony i ruszyliśmy w dalszą drogę.





Etap nieco krótszy i mniej wiatru, dlatego skończyliśmy wcześniej niż zwykle. Zaczęliśmy jednak od zakupów, bo im bardziej jedziemy na północ to tym mniej jest sklepów i możliwości zaopatrzenia. Mamy co prawda swoje liofilizowane dania, które zabraliśmy jeszcze z domu. Postanowiliśmy je w końcu zacząć jeść tak aby nie okazało się wrócą razem z nami z powrotem.










































Ostatni odcinek dzisiejszego etapu to długi odcinek monotonnej płaskiej asfaltowej drogi. Mieliśmy wtedy akurat wiatr w plecy i mogliśmy rozwinąć większą prędkość. Dzięki temu dodaliśmy do naszego zaplanowanego finiszu w miarę wcześnie. To było miejsce rekreacyjne blisko drogi, nad jeziorem z pomostem i ławką oraz stolikiem. Jak zwykle nie zastanawialiśmy się długo i zostaliśmy na noc.


Tour de Bothnia Gulf – Stage 14
Hemingsmark -> Lulea (97 km)
Zbieranie się z miejsc, w których było przyjemnie zawsze zajmuje więcej czasu, tak że chciałoby się zatrzymać czas. Gdy wyjechaliśmy w końcu to akurat nadjechał wczoraj spotkany pod sklepem gdzie jedliśmy truskawki popijając jogurtem, pan na rowerze z sakwami. Jechał sam i jak się przyznał woli samotne podróżowanie właśnie dlatego żeby moc się szybko spakować rano. Gdy podróżował z synem, który lubił pospać do 11 to trwało to zdecydowanie dłużej. Wtedy to była 6 miesięczna wyprawa po Maroku. Dlatego teraz preferuje podróżowanie w pojedynkę. Wówczas to tylko on decyduje gdzie i jak długo będzie się zatrzymywał. Rozmawialiśmy też o jego rowerze, który miał też pasek zamiast łańcucha i lemondkę do długich jazd. Pan nie wyglądał na takiego, który jeździ wolno. Dziś rano wstał o 6 i przejechał już 40 kilometrów.













W dzienniczku zanotowałam dzisiaj: 'Wyszliśmy ze strefy łubinu i jesteśmy chyba w nieco chłodniejszym miejscu. Temperatura wyśmienita do biegania i roweru. Wiatr uspokoił się i nie padało. Pogodowo marzenie w porównaniu z doniesieniami alertów o upałach w Europie Środkowej i Południowej. Zmierzamy jeszcze dalej na północ czując słońce, które nie pali ale za to długo świeci ☀️😁🌲🙏’
Dojechaliśmy dziś do miasta Lulea, które zasługuje na dodatkowy komentarz z uwagi na nasz zachwyt na infrastrukturą rowerową jaką tu zobaczyliśmy. Jak zwykle zastosowano bezkolizyjne przejazdy pod drogami z samochodami. Poza tym drogi mają oznakowania dokąd można nimi dojechać. I co najważniejsze to wszędzie są asfaltowe i nie mają niepotrzebnych krawężników. Dzięki temu jedzie się wygodnie i gładko. Mogą jeździć niepełnosprawni na wózkach, młodzi na hulajnogach i wszyscy na tym korzystają.


























































Tour de Bothnia Gulf – Stage 15
Lulea -> Kalix( 107 km)
Blisko hotelu był sklep więc rozpoczęliśmy od uzupełnienia jak zwykle zapasów żywnościowych co było o tyle uzasadnione, że nie wiadomo co nas może dziś jeszcze zaskoczyć. Potem szybko opuściliśmy miasto by znów podążać naszym szlakiem wzdłuż wybrzeża.












Ponieważ były Darka urodziny w jednym z kolejnych sklepów szukaliśmy czegoś wyjątkowego. Był to mały sklep na wsi więc towary też były nieco inne niż w dużym supermarkecie w mieście. Darek długo nie mógł się zdecydować co wybrać. Stanęło na czekoladzie i lodach. Gardło Darka już miało się nieco lepiej i był ciepły dzień więc mogliśmy zaryzykować.

































Zaplanowaliśmy przerwę w miejscu oznaczonym na mapie jako wiata odpoczynkowa. Gdy dojechaliśmy tam to nie mogłam się oprzeć obejrzeniu wszystkich domków, które tam stały. To był rodzaj parkingu ze stolikiem i ławkami, grillem, szopą z drewnem i wszystkimi akcesoriami do rozpalenia ognia. Była tam też sauna, toaleta, domek ze stołem i ławami gdzie można było się schować na wypadek opadów. W domku tym leżała na stole księga gości ze świeżymi wpisami odwiedzających o tym jak dziękują, że mogli spędzić czas w tym perfekcyjnym miejscu. Obok płynęła rzeka, do której prowadziły schody gdyby ktoś chciał bezpiecznie wejść do wody schłodzić się. Wszystko to było przygotowane i w pełni wyposażone przez kogoś kto dbał o to aby było tutaj ładnie. Każdy przejeżdżający mógł z tego miejsca skorzystać. Aż trudno było mi sobie wyobrazić, że takie miejsce mogłoby być istnieć w naszych polskich warunkach bez żadnego zamknięcia czy monitoringu. My zjedliśmy tam posiłek na ciepło i zabraliśmy oczywiście ze sobą wszystkie śmieci, aby zostawić to miejsca równie czyste jak je zastaliśmy.











Dalsza jazda po odpoczynku w takich okolicznościach miejsca i przyrody była zdecydowanie przyjemniejszą. Zwłaszcza, że wizja zachmurzonego nieba, z którego mogłyby rozpocząć się opady deszczu nieco się oddaliła. Pod koniec dnia wyszło nawet słońce. W sumie to nawet nie wiadomo było jak traktować koniec dnia, bo w aplikacji w której sprawdzaliśmy prognozę pogody nie pojawiła się godzina zachodu i wschodu słońca. To mogło oznaczać tylko jedno: dzisiaj dzień będzie trwał 24 godziny.













W Kalix są dwa kempingi. Jeden był poza miastem przy polu golfowym i tam pojechaliśmy. Drugi będący w mieście według opinii był głośny i zatrzymywało się tam dużo camperów. Dlatego wybraliśmy ten na uboczu. Okazało się jednak, że nie ma w nim żadnej obsługi tylko jest self-registartion. Niestety nie udało się nam zarejestrować poprzez podany na tablicy kod i link na stronę internetową aby dokonać płatności będącej warunkiem otrzymania kodu do otwarcia drzwi do pomieszczenia z kuchnią i prysznicami. Ponieważ na całym terenie stały tylko 3 kampery i żadnego namiotu nie mieliśmy nawet nikogo się zapytać jak to działa. Nikt nie korzystał też z pomieszczenia, do którego trzeba było mieć kod do zamka. Uznaliśmy, że pewnie nikt z obecnych nie mógł się zarejestrować. W budynku gdzie była łazienka z prysznicami był kran z wodą. I to w zasadzie nam wystarczyło aby tu przenocować. Nie mieliśmy już siły i ochoty szukać innego miejsca.
Tour de Bothnia Gulf – Stage 16
Kalix -> Tornio -> Kemi (102 km)
Nie tylko wieczory ale i poranki są zawsze miłe w tych miejscach, które wybraliśmy na nocleg. Wszędzie gdzie byliśmy coś nam się podobało albo zaskoczyło pozytywnie. Pewnie dlatego, że każde z tych miejsc było inne i nowe. Ta niepowtarzalność tworzyła obraz podróży. Zanim spakujemy się jemy tam zazwyczaj śniadanie, które celebrujemy jako najważniejszy posiłek dnia. Na tym kempingu też tak zrobiliśmy. Coraz przyjemniej świeciło słońce i można było przy tej okazji podsuszyć maty, śpiwory i namiot. Dopiero potem zwijaliśmy biwak i wkładaliśmy wszystko do sakw. Dbaliśmy przy tym, aby zachować stały schemat umieszczania rzeczy w te same miejsca. Dzięki temu nie było potem niepotrzebnego i nerwowego szukania. Jedna sakwa z rzeczami potrzebnymi do spania, w drugiej ubranie, zaś w torbie która jedzie na wierzchu i jest do niej najłatwiejszy dostęp chowamy zapasy żywności, kuchenkę i naczynia oraz ubrania przeciwdeszczowe na wypadek opadów. W małej torbie na kierownicę jest apteczka, rękawiczki, czapka, rękawki i cienka kurtka gdyby zrobiło się chłodniej. Pilnowanie porządku w bagażu to podstawa każdej wycieczki. Zawsze w tą samą torbę i najlepiej z tej samej strony, czy kieszeni.








Po spakowaniu się jedziemy najpierw do samego Kalix. Ponieważ trasa będzie prowadzić praktycznie przez ten drugi kemping będziemy mieli okazję sprawdzić czy opinie gości pokrywają się se stanem faktycznym. Po przejechaniu przez most i zatrzymaniu się przy sklepie rzeczywiście ślad zaprowadził nas nad rzekę na tereny zielone, gdzie zaraz widać było mnóstwo camperów. Nie byłoby miejsca na nasz namiot. Dobrze, że zostaliśmy na tym pierwszym kempingu. Tam mieliśmy przynajmniej ciszę. Jadąc wzdłuż rzeki widać nawet było budynek hotelu, który sąsiadował z polem golfowym i kempingiem, na którym byliśmy.









Wyjechaliśmy z Kalix i natknęliśmy się wkrótce blisko drogi przez sosnowy las na bardzo ładne jezioro z miejscem do kąpieli. Trudno było nie wykorzystać takiej okazji.










Na długo przed tym gdy zobaczyliśmy tablice kierujące na Haparandę nie myślałam o tym, że oto zbliżamy się do końca etapu szwedzkiego. Najpierw przerwa w kawiarni gdzie obok znajdowało się małe muzeum, w którym zgromadzono sprzęty używane dawniej przez mieszkańców tej okolicy. To taki punkt, który przyciąga turystów, bo to ostatni punkt gdzie można napić się szwedzkiej kawy.






































Zaraz za kawiarnią zaczął się długi podjazd szutrową drogą. To na tym odcinku szutru spotkaliśmy starszego pana jadącego samotnie. Był bardzo zadowolony z tego, że jedzie właśnie taką drogą, z dala od miast. Opowiadał, że nie lubi odcinków znakowanych szlaków rowerowych, które prowadzą od miasta do miasta. Lepiej mu się jeździ takimi dzikimi z dla od zgiełku. Ponieważ pan pochodzi z Niemiec narzekał na głośne miasta i autostrady, po których samochody jeżdżą bez ograniczeń prędkości. On sam nie używa samochodu i wszędzie jeździ rowerem. Taki wypad w długodystansową wycieczkę wyraźnie sprawiał mu przyjemność. Nam też bardzo dobrze się rozmawiało z tym miłym panem o wszystkim co związane z jazdą rowerem i o takim sposobie spędzania wakacji. Zwróciliśmy uwagę, że pan ubrany był bardzo ładnie ubrany w lnianą koszulę i spodnie trekingowe. Jego czapka suszyła się przypięta do kierownicy drewnianymi spinaczami do bielizny. On też uważał, że na taki ciepły dzień ten strój jest odpowiedni. Darek miał na sobie koszulkę z wełny merynosa. Wszyscy zgodziliśmy się, że na wielodniową wyprawę naturalne materiały sprawdzają się doskonale. Dowiedzieliśmy się też od niego, że byliśmy 4 i 5 osobą, które spotkał w sumie na swojej trasie. Wśród nich nie było Polaków, ale za to byli Czesi (tutaj powiedział co prawda 'from Czechoslovakia’, ale wiadomo co miał na myśli). My nie liczyliśmy spotkanych bikpakerów, ale tych z którymi rozmawialiśmy faktycznie też nie było dużo, bo nie więcej niż 10 do tej pory.
Potem przejechaliśmy rzekę graniczną w Tornio i tym sposobem szybko zmieniliśmy trzy rzeczy: walutę, system dróg rowerowych i czas. W Finlandii zegary przestawiły się o jedną godzinę do przodu. Zamiast koron szwedzkich zaczęliśmy płacić w Euro. Zaczęły się też strasznie trudne napisy w języku fińskim, choć w wielu miejscach były dwujęzyczne (po fińsku i szwedzku) co bynajmniej nie ułatwiało zadania. W sklepach musieliśmy posługiwać się translatorem aby nie kupić czegoś czego nie chcemy.














Pierwszą noc w Finlandii spędziliśmy wyjątkowo komfortowo. Szklane wille nad samym morzem miały nie tylko szklane ściany ale także szklany sufit do obserwacji gwiazd i zorzy polarnej. Teraz ze względu na brak nocy musieliśmy zasłonić wszystko i zaciemnić sypialnię grubymi zasłonami (w każdym hotelu były takie szczelne zasłony). Rano zaś poszliśmy do głównego budynku gdzie mieściło się centrum konferencyjne, restauracja i sklepik z pamiątkami.
Tour de Bothnia Gulf – Stage 17
Villa Glas w Kemi -> wiata w Haukipudas (107 km)
Na śniadanie przyszliśmy jako pierwsi goście. Wielkie sale w głównym budynku mogły pomieścić całe wycieczki ale o tej porze było jeszcze pusto. Mogliśmy zatem zjeść w ciszy i wszystkiego spróbować.













Początek dzisiejszej trasy prowadził blisko drogi krajowej E8 biegnącej wzdłuż wybrzeża. Był nawet taki fragment gdzie mieliśmy poważne wątpliwości czy jedziemy EuroVelo 10 bo nie było drogi serwisowej (te w większości były tylko lokalnymi żwirówkami prowadzącymi do wsi i osiedli). Gdy nie było już żadnej równoległej drogi pozostało wjechać przez otwartą bramę ogrodzenia na E8 i jechać poboczem. Mijały nas samochody z dużym zapasem, ale jednak nie było to najprzyjemniejsze uczucie, bo na tej drodze było ograniczenie do 100 km/h, więc samochody nie jechały wolno. Gdy zobaczyliśmy, że w przeciwnym kierunku jedzie inny rowerzysta z sakwami uznaliśmy, że jednak tędy biegł szlak. Ten odcinek skończył się dopiero po 7 km. Zanim jednak odbiliśmy znów w jakąś boczną spokojniejszą drogę zatrzymaliśmy się zjeżdżając z E8 do Paussi (tak się nazywała restauracja serwująca podróżnym obiad, ciasta, kawę i lody). Na danie obiadowe składała się pożywna zupa, drugie danie i na deser wzięliśmy dodatkowo sernik. Oczywiście napoje: woda, kawa i kompot, który okazał się raczej kisielem były w cenie. Przerwa w Pausii poprawiłA nam samopoczucie i pomogła odzyskać równowagę.


























Dalszy odcinek dzisiejszego etapu nie prowadził już drogą szybkiego ruchu więc było zdecydowanie przyjemniej i ciszej. Za to dosłownie pod koniec etapu ciśnienie podniosła nam sytuacja z rowerem. Otóż pod ostatnim sklepem gdzie robiliśmy zakupy Darek miał awarię wywołaną przez gumową taśmę, której nie zapiął i ta wkręciła się w napęd. Było trochę obaw czy nie uszkodziło się coś w środku i czy pasek napędowy uda się założyć z powrotem. Przecięliśmy wkręconą gumę i udało się się ją wyciągnąć po kawałku. Darek zdjął tylne koło i potem miał problem z założeniem na miejsce. Przyglądał się tej sytuacji młody Fin siedzący w samochodzie obok sklepu. Podszedł i zaproponował pomoc. Zapytany czy jest mechanikiem, odpowiedział ze stoickim spokojem, że ma samochód. Oznaczało to, że przecież jeśli ma samochód to i z rowerem też da sobie radę. I rzeczywiście pomógł, z czego zarówno on jak i my bardzo się ucieszyliśmy Przybiliśmy piątkę i to było takie radosne i spontaniczne z jego strony, że jakiś czas jeszcze zastanawialiśmy się, że chyba niesprawiedliwie Finów uważa się za niezbyt wylewnych w relacjach. Dzięki pomocy przypadkowego Fina sytuacja została szybko opanowana i mogliśmy jechać dalej. Przedtem jednak musieliśmy umyć ręce brudne od grzebania przy rowerze. Zrobiliśmy to w sklepie gdzie obok automatu do przyjmowania butelek z kaucją była umywalka do mycia rąk. Co za zbieg okoliczności. Czy nie można mówić o szczęściu jakie nam towarzyszyło?











Wiata, która była w miejscu rekreacyjnym przy której planowaliśmy nasz dzisiejszy nocleg stała w miejscu wysypanym żwirem, a do tego gdy przyjechaliśmy stały tam już dwa samochody. Należały do dwóch dziewczyn, które przyjechały tutaj ze swoimi psami. Trenowały je i uczyły skakać przez przeszkody. Nie czekając aż skończą zabawę z psami i odjadą rozbiliśmy namiot na trawie w niedalekim sąsiedztwie. Nie wiemy czy to dlatego, że namiot rozkładaliśmy na trawie ale zaraz pojawiło się całe mnóstwo komarów. Dziewczyny z psami jakoś specjalnie nie odganiały się od komarów, natomiast my musieliśmy szybko schować się do środka do namiotu bo napadały nas chmary tych krwiożerczych owadów. To miejsce na nocleg ze względu na komary i to, że nie miało ławki ani stolika zdecydowanie było na końcu naszego rankingu. Nie byliśmy nawet w środku głębokiego lasu gdzie bardziej byśmy się spodziewali komarów. To był teren rekreacyjny w spokojnej części miasta Haukipudas. Niedaleko były boiska i ta łąka wyglądała na pierwszy rzut oka na bardzo ładną i spokojną. A tu taka niespodzianka.
Tour de Bothnia Gulf – Stage 18
Haukipudas -> Oulu -> camping Lohenpyrsto (118 km)
Z Haukipudas wyjechaliśmy z założonymi na kask moskitierami. Komary nie dały za wygraną nawet rano. MOę nie były tak dokuczliwe jak wczoraj wieczorem ale jednak woleliśmy się zabezpieczyć przed nimi.
Dzisiejszy etap był zdecydowanie asfaltowy i to nie tylko że skończyły się szutry przy E8, ale dlatego że pojawiły się drogi rowerowe. To za sprawą bardzo rowerowego miasta jakim jest fińskie Oulu. To tutaj krzyżowała się sieć dróg dla rowerów w kilku kierunkach. Miały swoje oznaczenia numerowe oraz bardzo dużo oznaczeń z drogowskazami i podanymi kilometrami do poszczególnych miast. To nie były pojedyncze fragmenty ścieżek pieszo-rowerowych jakie do tej pory widzieliśmy tylko całe ciągi dróg łączące pobliskie miasteczka. Ale prawdziwe eldorado dla rowerów zobaczyliśmy w samym Oulu. To prawdę fantastyczne co tutaj zbudowano.













Już kiedyś słyszeliśmy o Oulu właśnie w kontekście rowerów. Było to podczas naszego zainteresowania się używania roweru w celach komunikacyjnych w trakcie akcji miast europejskich biorących udział w wykręceniu największej ilości kilometrów w ramach dojazdów do pracy, szkoły i sklepu. Z tego co pamiętam z polskich miast Warszawa i Gdańsk były dosyć wysoko w tej wirtualnej rywalizacji. I pojawiało się tej kilka miast, o których niewiele osób słyszało. Przy tej okazji dowiedziałam się o tym, że w małych miastach w Skandynawii działają oficerowie rowerowi, którzy współpracują z władzami miasta w zakresie ruchu rowerowego. Jeden z takich oficerów właśnie z Oulu był wtedy w Polsce i opowiadał jak na północy gdzie zimy trwają dłużej jeździ się rowerem. Priorytetem służb oczyszczania jest odśnieżenie w pierwszej kolejności właśnie dróg rowerowych. Potwierdziło się także, że w miastach położonych na wyspach, co nie jest tu rzadkością, jest więcej mostów pieszo-rowerowych niż samochodowych. W Oulu w tamtym czasie było 7 kładek rowerowe-pieszych i jeden most samochodowy. Takie podejście wyraźnie pokazuje jakie jest nastawienie do ruchu rowerowego, który nie generuje korków, nie tworzy smogu. Rowerzyści są tutaj traktowani jako pełnoprawni, jeśli nie ważniejsi użytkownicy dróg i ulic. Nie ma ograniczeń w postaci znaków z przekreślonym rowerem, nie ma przejść tylko dla pieszych gdzie rowerzysta musiałby rower prowadzić. Wszędzie widziałam przejścia z pasami dla pieszych gdzie pośrodku był asfalt bez pasów czyli miejsce dla przejazdu rowerów. Kierowcy widząc zarówno pieszego jaki rower zwalniali i zatrzymywali się. Zresztą w mieście gdzie były takie przejścia samochody i tak jeżdżą bardzo wolno. Dlatego nie ma sytuacji, że ktoś zostanie zaskoczony, że rower przejeżdża na drugą stronę. Takie zachowanie jest tu powszechne i należy do kultury jazdy. To było dla nas niesamowite i czuliśmy się i pod tym względem bezpiecznie. Jedyne czego mogłam się obawiać to jak się przyzwyczaję po powrocie do Polski :-0 gdzie jeszcze nie wszyscy kierowcy traktują rowerzystów z taką empatią.




































Ponieważ była niedziela to trzech muzyków postanowiło dać darmowe koncerty w kilku sąsiadujących miasteczkach. Akurat szukaliśmy jakiejś restauracji albo pizzerii gdy usłyszeliśmy jak w centrum miasta grają. Gdy przyjechaliśmy do kolejnego miasteczka oddalonego o jakieś 30 km to ci sami muzycy odgrywali te same kawałki. Robili taką trasę objazdową po okolicy i my się załapaliśmy dwa razy na ich krótki występ zanim znów się zebrali i pojechali ze swoimi instrumentami dalej.
My też pojechaliśmy dalej bo musieliśmy zdążyć przed zamknięciem campingu. Po drodze trochę kropiło i myśleliśmy, że to tylko takie przelotne padanie. W przerwie między jedną mżawką a drugą zrobiliśmy przerwę obiadową w fajnym miejscu. Na mapie było odbicie w boczną drogę. Po jakichś 800 m zobaczyliśmy mały port gdzie stało kilka domków. Nie było tam nikogo oprócz nas. Niewiele zastanawiając się rozłożyliśmy kuchenkę turystyczną i przygotowaliśmy ciepły posiłek na pomoście. Miejsce było ciekawe, a my byliśmy już nieco głodni i tu znaleźliśmy ukojenie. I akurat wtedy gdy tam byliśmy woda była spokojna i nie padał deszcz. Zupełnie jak w bajce.
Jednak jak wszystkie bajki mają oprócz dobrych momentów także te trochę mniej przyjemne, ale za to zwykle dobre zakończenia. Tak było i w naszym przypadku. Gdy pod sam koniec dnia zaczęło padać na poważnie to do campingu dojechaliśmy całkowicie mokrzy. Musieliśmy wyglądać naprawdę nieciekawie w ociekających deszczem pelerynkach bo obsługa campingu zaopiekowała się nami od razu. Najpierw trwała rozmowa po fińsku między panią z recepcji a panem, który siedział w kamizelce. Potem pan w kamizelce oznajmił, że ma dla nas miejsce pod dachem gdzie będziemy mogli rozstawić namiot. Po czym wsiadł na rower i powiedział „follow me’. Pojechaliśmy za nim i wtedy pokazał nam bardzo duży taras budynku gdzie odsunął stojące tam krzesła i stoły i zrobił miejsce na namiot. Pokazał nam jeszcze gdzie są prysznice i suszarnia gdzie będziemy mogli rozwiesić mokre ubrania. Pani z recepcji dopytywała podczas płatności czy będziemy korzystali z sauny, bo ta pomimo później pory była jeszcze czynna. Widać było, że wzbudziliśmy duże zainteresowanie naszym przyjazdem i chęć pomocy. Pan w kamizelce był bardzo dumny z tego, że na kamizelce ma napis obsługa kempingu. Tłumaczył nam co oznacza nazwa tego miejsca Lohenpyrsto i dopytywał skąd jesteśmy. Znał też jedno powiedzenie po polsku „Na zdrowie!”. Kolejny Fin, który potraktował nas wyjątkowo.




















Tour de Bothnia Gulf – Stage 19
camping Lohenpyrsto -> Kalajoki (wiata w lesie nad rzeką) (103 km)
Rano przyjechał pan z obsługi ale już bez kamizelki, bo jego dyżur skończył się wczoraj po 22, o czym też nas poinformował gdybyśmy potrzebowali jakiejkolwiek pomocy. Zapytał jak nam się spało i czy czegoś jeszcze nie potrzebujemy. My byliśmy już po śniadaniu i spakowani więc tylko mu podziękowaliśmy za wczorajsze zaopiekowanie się, na co pan stwierdził, że to jest jego praca. Ja nadal jednak będę pamiętać, że na fińskim campingu Lohenpyrsto w Pattijoki jest sympatyczna obsługa. Na koniec jeszcze pan poklepał nas po plecach mówiąc, że jesteśmy 'good Polish girl and man’ i wskazał na nasze rowery. Na moje życzenie 'dużo zdrowia’ odpowiedział bardzo rozsądnie, że to czy będzie zdrowy zależy tylko od niego.
Kolejny dzień podróży rozpoczynamy od pakowania się. Najważniejsze jednak jest to, że mamy suchy namiot, suche buty i ubrania. Nawet zrobiłam wczoraj pod prysznicem małą przepierkę bielizny, która wyschła razem ze skarpetkami. Wyjechaliśmy z campingu zadowoleni i z naładowanym sprzętem i bateriami. Okazuje się, że do tego aby podróżować rowerem, którym z racji ograniczeń miejsca nie można zabrać zbyt wielu rzeczy zadowolenie osiąga się przy naprawdę minimalistycznym wyposażeniu. Po tych ponad dwóch tygodniach dosyć zmiennej pogody i różnych warunków doszłam do przekonania, że mogłabym objęć się bez jeszcze kilku rzeczy, które nie były niezbędne. Jedziemy przez cywilizowane kraje, gdzie sieć sklepów i ich zaopatrzenie jest bardzo dobre, więc zawsze można coś jeszcze dokupić gdyby było potrzebne, ale nie było.









Dziś mieliśmy ochotę na marchewkę. Natomiast fińskie ciastka są dość specyficzne w smaku. Nie ma kaneboule nad czym trochę bolejemy ale wyszukujemy czekolady o większej zawartości kakao. Poza tym jako przekąskę jemy mieszankę orzechów i suszonych owoców. Namiętnie też przygotowujemy płatki owsiane z jogurtem i owocami. To nasz hit śniadaniowy.









Trasa dzisiaj prowadzi drogą rowerową przy E8. Jest asfaltowa i jeżdżą nią nie tylko rowery. Widzieliśmy znak ostrzegający przed narciarzami, a także trenujących w okresie letnim na nartorolkach i rolkach.





po wczorajszym deszczu nie było ani śladu, wyszło słońce i nawet zrobiło Sieną tyle ciepło że z chęcią zjedliśmy lody w sympatycznym miejscu przy starym kamiennym moście.














Jedziemy ciesząc się pełnią lata zupełnie nie spodziewaliśmy się, że trafimy na odcinek remontowanej drogi. To też zasługuje na mały komentarz, bo to co zaobserwowaliśmy zwróciło naszą uwagę. Otóż gdy dojechaliśmy do miejsca z sygnalizacją świetlną i tablicą informacyjną gdzie stali pracownicy drogowi w roboczych strojach czekaliśmy aż zapali się zielone światło. Nie wiedzieliśmy co oznaczają napisy informujące ale nie przejmowaliśmy się tym co tam było napisane gdy usłyszeliśmy w pewnym momencie „Go” od jednego z pracowników w kombinezonie i odblaskowej kamizelce. Ruszyliśmy zadowoleni, że roboty drogowe pewnie trwają na małym odcinku i droga nie jest całkowicie zamknięta. Okazało się jednak, że droga była w remoncie albo na całej szerokości i wtedy zamiast asfaltu była tylko warstwa żwiru i tłucznia, albo pracują maszyny i jeżdżą ciężarówki z asfaltową masą i walce wyrównujące powierzchnię. Czasami drugim pasem jechały inne samochody więc ruch był w pewnym momencie spory. Jechaliśmy wolno tak jak wszyscy i staraliśmy się zachować maksimum ostrożności. Takich trudnych odcinków na tej remontowanej drodze było kilka. Wszędzie pracownicy pokazywali, którędy mamy jechać, a w pewnym momencie na odcinku gdzie pracowała koparka zostaliśmy na moment zatrzymani. Po czym podjechał samochód z żółtym kogutem i wyświetlaczem na dachu. Najpierw pojawił się na wyświetlaczu napis „Follow me” i samochód jechał wolno tak abyśmy za nim nadążali. Czyli dostaliśmy pilota, który na koniec zjechał na bok, zatrzymał się i włączył na wyświetlaczu strzałki, z której strony mamy go ominąć. Pomachaliśmy kierowcy, który też nas pozdrowił podnosząc rękę. Takie zachowanie uznaliśmy za wyjątkowe. Nie dość, że mogliśmy przejechać drogą, która była zamknięta z powodu trwających tam prac remontowych to jeszcze pracownicy zachowali się tak aby nam pomóc bezpiecznie przejechać ten fragment. Kolejny przykład zrozumienia dla rowerzystów, którzy raczej nie byliby zainteresowani objazdem i przedostali się szybko w dalszą część trasy.



Zrobiło się ciepło i dalsza jazda była w słońcu. Trasa prowadziła drogą dla rowerów, ostatnie kilometry dłużyły się nam bo były monotonne przy trasie E8. Fińska część Euro Velo 10 jest zdecydowanie płaska w porównaniu ze szwedzką. Mijaliśmy po drodze zakłady produkujące łodzie oraz kilka ośrodków rekreacyjnych z licznymi ścieżkami w lesie dla pieszych i dla rowerów mtb. Las wyglądał na taki zbliżony do naszych czystych sosnowych gdzie zawsze bez problemu można było zanocować w namiocie. Darek wypatrzył na mapie boczną drogę prowadzącą przez las. Uznaliśmy, że to mógłby być dobry pomysł znaleźć tam odpowiednie miejsca na dzisiejszy biwak.





Jakiś czas jechaliśmy wąską drogą przez leśny kompleks, gdzie widziałam oznaczenia szlaków w lesie po jednej i po drugiej stronie. W końcu dojechaliśmy do bramy, która otwierała sieć szerokich ścieżek i zapraszała do eksploracji. Szli tamtędy ludzie z chłopcem, który okropnie hałasował. Wszyscy mieli kalosze i ubrania z długimi rękawami więc ubrani byli jak do lasu, tyle że było bardzo ciepło. Może obawiali się komarów?
Miejsce do którego dojechaliśmy było położone nad urokliwą, małą rzeczką. Wyposażenie jakie tam zastaliśmy przerosło moje najśmielsze wyobrażenie jak można przygotować miejsce do biwakowania w lesie. Była tam nie tylko wiata do schronienia się, ale także druga z grillem w środku. Obok stała inna wiata cała wypełniona porąbanym drewnem. Była nawet konewka ze sznurem do nabierania wody z rzeki, która tutaj miała wysoki brzeg. Było wszystko co mogłoby się przydać do bushcraftingu. Ktoś kto tu trafi na pewno przetrwa i jeszcze do tego będzie mógł fajnie spędzić czas. My zrobiliśmy tak samo, tyle że zostaliśmy tylko na 1 noc.




















Tour de Bothnia Gulf – Stage 20
Kalajoki (wiata w lesie nad rzeką) -> Sven Camping przed Jakobtsad (108 km)
Wyjechaliśmy z pięknego miejsca naszego noclegu w lesie nad rzeczką i od razu rozebraliśmy się z drugiej warstwy. Słonecznie i chłodzący wiatr. Klimatyzacja ustawiona idealnie 👌. Nawet a bit warmer jak to stwierdziła dziewczyna sprzedająca lody w Kokkolan. Cały dzień jechaliśmy ścieżkami rowerowymi albo drogami o małym ruchu w terenie wiejskim. Trzy razy spotkaliśmy parę niemieckich i nie młodych już backpackers obładowanych sakwami. Są już drugi miesiąc w podróży. Ogorzali od słońca jakby wrócili z kurortu na południu. A oni jechali z Norwegii. My co prawda jesteśmy krótko poza domem ale i tak już zapomnieliśmy jak to jest gdy dzień do dnia podobny. Teraz nasz czas płynie innym rytmem i nie ma znaczenia czy jest piątek czy poniedziałek. Liczy się to, czy będzie w nocy burza i czy obudzimy się z mokrym namiotem i czy daleko jest do sklepu żeby uzupełnić kalorie. Mamy żelazny zapas liofilizowanych dań, ale wolimy kupić owoce i warzywa oraz próbować lokalnych produktów. Bardzo mi przypadły do gustu suszone maliny. Są super do owsianki z jogurtem.















































Dojechaliśmy dziś do campingu Sven, który nie był może pierwszej nowości, ale miał bardzo dużo domków, kuchnię i salę do jedzenia, sanitariaty gdzie była ciepła woda oraz pomost z wejściem do wody zimniejszej gdyby ktoś chciał popływać. W części dla namiotów na dużej łące nad rzeką stał już jeden namiot przed którym stał rower z bagażami. Właściciel namiotu i roweru nie był jednak skory do rozmowy i następnego dnia jedynie powiedział hej gdy już odjeżdżał. Uznaliśmy, że to musiał być Fin z gatunku tych którzy nie mówią zbyt dużo.








Tour de Bothnia Gulf – Stage 21
Sven Camping -> Jakobtsad(fiń. Pietarsaari) -> Maxmo – fajne jeziorko (103 km)
Wczoraj wieczorem przed zaśnięciem słyszeliśmy jednostajny szum dochodzący z pobliskiej fabryki, której kominy widzieliśmy na horyzoncie gdy dojeżdżaliśmy do campingu. Dzisiaj sprawdziliśmy, że ta fabryka to celulozownia UPM w Jakobstad (fińska nazwa Pietarsaari). Faktycznie kompleks przemysłowy ciągnął się dość długo zanim wjechaliśmy do miasta. Zahaczyliśmy najpierw o małą przystań, a potem jak zwykle odwiedziliśmy market w celach zakupowych.











Ciąg dalszy podróży po Finlandii. Dziś dla odmiany dzień pochmurny 🌥️ i bardziej szutrowy. Zatrzymaliśmy się po drodze w muzeum arktycznym zdając sobie sprawę jak ciężkie było życie w tym obszarze. Druga przerwa w bardzo ładnym miasteczku z parkiem. Tempo życia wolne, samochody jeżdżą wolno, ludzie nigdzie się nie spieszą. Szkoły zamknięte i puste bo są wakacje i jedyne miejsce gdzie coś się dzieje to sklep. Wieczorem jak tu już zaobserwowaliśmy wyszło słońce i spędzamy miło czas nad jeziorkiem.





















Zobaczyłam przy szosie tablicę z informacją Arktikum Muzeo więc skręciliśmy i podjechaliśmy 800 m zobaczyć co kryje się pod nazwą Muzeum Arktyczne Nanoq. Składający się z wioski małych domków skansen i wystawa w budynku głównym były akurat otwarte więc spędziliśmy tam trochę czasu. Nanoq (nazwa ta oznacza niedźwiedzia polarnego i na dziedzińcu przed wejściem był jego wizerunek) to dobrą okazją do głębszej refleksji nad Grenladią, wyprawami polarnymi i życiem mieszkańców dalekiej północy. Z wrażenia zostawiłam tam bezrękawnik, po który musiałam wracać, dobrze że tylko niecały kilometr. To pewnie dlatego, że temperaturę podniosło oglądanie grubych ubrań z futra, a potem po wyjściu z budynku wystawy i przejechaniu rowerem przez las poczułam zimno.


















W większości mijaliśmy stacje benzynowe będące jedynie dystrybutorem samoobsługowym albo zupełnie nieczynne i opuszczone budynki, bo za kilka kilometrów stał sieciowy automat obok supermarketu i tam skupiał się cały ruch. Dlatego z przyjemnością zatrzymaliśmy się przy stacji z bistro i sklepem, w którym można było kupić różne artykuły, napić się kawy i zjeść ciastko. Siedziało tam już kilka osób, a ja zwróciłam uwagę, że starsza para Finów, zarówno pani jak i pan mieli takie same zegarki firmy Polar. Nie wiem czy używali go w celach sportowych, ale w końcu to fińska marka zatem dlaczego mieliby używać innych zegarków.















Na trasie naszego szlaku pojawiło się miejsce bitwy, upamiętnione dużym głazem i tablicą o bitwie Szwedów z Rosją w 1808 roku pod Oravais. Za tym punktem szlak zamiast poprowadzić prosto szosą kluczył gdzieś po okolicznych lasach bo tamtędy prowadziła ścieżka historyczna.













Dzień zakończyliśmy pływaniem w zachodzącym wolno słońcu, które przyjemnie złociło cała plażę. To było piękne zwieńczenie dzisiejszego etapu. Poczuliśmy się świeżo i lekko po pływaniu. Wreszcie mogliśmy korzystać z uroków małego leśnego jeziorka. Woda była już na tyle ciepła i wieczór spokojny, że chętnie byśmy popływali dłużej.
Tour de Bothnia Gulf – Stage 22
Maxmo (plaża nad leśnym jeziorkiem) -> Harrstrom Camping (116 km)
Zjedliśmy już śniadanie i myłam zęby gdy nad jeziorko przybiegły trzy dziewczyny. Zdjęły buty biegowe, koszulki i spodenki i wskoczyły do wody w bikini. Gdy wyszły zobaczyłam, że wszystkie trzy mają nienaganne figury, widać było że trenują regularnie. Potwierdziły, że biegają maratony i ćwiczą, na co wskazywał ich wysportowany wygląd. Ubrały się i pożegnały bo mają jeszcze do przebiegnięcia 5 km z powrotem do domu. Zdałam sobie sprawę, że fantastycznie się motywowały do tego co robią, a nie były to już nastolatki, choć z daleka możnaby tak o nich pomyśleć: szczupłe, z mięśniami na brzuchu zamiast oponki. Tylko naśladować.


Dziewczyny naładowane endorfinami biegowymi, a my kaloriami po śniadaniu ruszyliśmy w swoją drogę.















Na trasie mamy miasto Vaasa, w którym nie byliśmy zbyt długo. Zdecydowanie lepiej jedzie się wiejskimi drogami i z dala od zgiełku.






Dopiero w Finlandii od Vaasa oznaczenia trasy EV 10 były na tyle czytelne i tak często, że można było praktycznie zrezygnować z patrzenia na ślad GPX. W Szwecji nie widzieliśmy nigdzie najmniejszego znaczka EV 10, szlak bazował na lokalnych trasach rowerowych. Tutaj to się już zmieniło.






Ponieważ było słonecznie i wjechaliśmy na odkryty teren bez osłony cienia drzew, to bardzo nam dziś smakowały owoce. Na jednym z pit stopów kupiliśmy arbuza, aby ugasić nim pragnienie. Był smaczny i soczysty. Posiedzieliśmy chwilę w przyjemnym cieniu na ławce pod sklepem. Dalszy odcinek trasy prowadził szutrową drogą przez pola. Było bardzo widokowo bo otwierała się dolina z szachownicą różnokolorowych pól, ale powietrze było parne, nie mieliśmy nawet odrobiny cienia i szuter nie był w takich warunkach zbyt przyjemny. Gdy ten męczący fragment skończył się chciałam sięgnąć po nóż aby ukroić kawałek sprasowanych daktyli w ramach przekąski regeneracyjnej. Wtedy zdałam sobie sprawę, że nie mam noża w kieszonce torby i najbardziej prawdopodobne było to, że zostawiłam go na ławce podczas krojenia arbuza. Chciałam po niego wracać, ale gdy pomyślałam o 8 km szutru w tym skwarze i potem kolejne 8 km powrotu, to z żalem ale odpuściłam. Darek obiecał, że kupi mi nowy nóż i tylko dlatego dałam się przekonać, że nie jest dobrym pomysłem wracanie się. Nie powiem, że przeszłam nad tym do porządku dziennego, bo jednak ten nóż to nie był zwykły scyzoryk, który służył do krojenia pomidorów czy jabłka na wycieczce, ale składany elegancki i funkcjonalny nóż markowej firmy, do tego wykonany z bardzo dobrej stali nierdzewnej z rękojeścią . Dostałam go w prezencie od syna w czasach gdy zbierał noże i był ich znawcą. Tak więc była to strata czegoś więcej niż noża do krojenia lecz raczej pamiątki o emocjonalnej wartości. Do tego okazało się, że aktualnie takiego samego noża można jedynie szukać na aukcjach rynku wtórnego. Tan model został już wycofany z produkcji i dlatego zyskał status modelu kolekcjonerskiego.










Wybrany na mapie camping okazał się trochę niezorganizowanym miejscem. Nie było wiadomo najpierw gdzie jest recepcja. Gdy zapytaliśmy dziewczyny, które sprzedawały jakieś dania w barze na terenie, który wskazywał na camping, nie bardzo się orientowały bo one tylko sprzedawały napoje, lody i jakieś smażone dania. Miejsce było ładnie położone przy zatoczce i małym porcie, ale dość tłumne i głośne. Ktoś pokazał nam kartkę z nr telefonu i konta bankowego, na które wpłaca się opłatę za pobyt. Nie bardzo wiedzieliśmy co mamy robić. Najpierw szukaliśmy trochę oddalonego od sklepiku i stolików z tłumem jedzących ludzi ale wszędzie ktoś chodził, biegały dzieci z wędkami. Panował ogólny chaos. Ponieważ nie o takim miejscu na nocleg liczyliśmy to podjęliśmy decyzję aby pojechać dalej.





Darek znalazł na mapie teren rekreacyjny, który okazał się placem zabaw we wsi obok budynku, który był czymś w rodzaju świetlicy. Teren był ogrodzony, miał wystrzyżoną trawę oraz urządzenia do zabaw dla dzieci. Dodatkowo były ławki i stolik oraz plac do gry boule. Znaleźliśmy też kule do tej gry. Najważnisze jednak, że było cicho i spokojnie. Zmiana miejsca noclegu była bardzo dobrą decyzją.











Tour de Bothnia Gulf – Stage 23
Harrstrom – plac zabaw -> plaża przy Skaftundvagen (102 km)
Stojąc na statku poczułam się jak kapitan morskiej wyprawy i wytyczyłam kierunek – jedziemy daje na południe!















Widząc granatowe niebo za swoimi plecami czuliśmy, że powinnismy przyspieszyć. Wyglądało jednak na to, że jedziemy w przeciwnym kierunku niż nadciągające chmury burzowe. Tym razem nam się udało. Zrobiło się mniej słonecznie, ale na razie nie padało.
























Bardzo mi się podobała wizyta w najmniejszym fińskim miasteczku Kasko (fin. Kaskinen), które położone jest na wyspie i można dostać się tutaj przez most. Przejazd główną ulicą dostarczył widoków kwintesencji drewnianej architektury. Miasteczko z tej perspektywy wyglądało jak plan zdjęciowy do jakiegoś apokaliptyczngo filmu gdzie zostały tylko puste domu, a ludzie w nich kiedyś mieszkający zniknęli w niewyjaśnionych okolicznościach. Z rzadka pojawiały się tabliczki wskazujące na sklep, galerię, muzeum czy hotel. Jednak cisza, brak jakiegokolwiek ruchu wskazywał, że raczej wszystko jest zamknięte przed sezonem.
Dlatego bardzo nas zaskoczyło, że w oknach pubu/ kawiarni/restauracji (tak głosił szyld) świeci się światło. Nieśmiało popchnęłam drzwi i okazało się, że są otwarte, w środku przy jednym ze stołów sporej sali siedziały 3 osoby i zawzięcie (jak na Finów) rozmawiali. Za barem pojawił się pan w koszulce z napisem 'chief’ i na moje pytanie czy mają coś do zjedzenia na obiad, zaproponował mi dania, które są dziś dostępne. Ponieważ był piątek więc była ryba, do tego ziemniaki gotowane w łupinach oraz sos i surówki. Do tego deser w postaci kremowego jogurtu z owocami oraz oczywiście woda i kawa, które nalewa się samemu w dowolnym momencie i ilości. Nałożyliśmy sobie na talerze wszystkiego po trochu, bo wyglądało wszystko na domowy obiad ugotowany na miejscu. Jedząc rozglądaliśmy się po wnętrzu baru, który wyglądał na bardzo stary. Potwierdził to barman, który prowadzi ten wyszynk od jakiegoś czasu. Nie ma zbyt dużo gości, ale przychodzą stali bywalcy, czyli głównie mieszkańcy, ale również wpadają pracownicy podczas przerwy w pracy. Nie są to panowie w garniturach lecz raczej w strojach roboczych. Byliśmy świadkami jak wygląda świat w prawie opuszczonym małym fińskim miasteczku gdzieś na wybrzeżu Zatoki Botnickiej. Widzieliśmy lokalny klimat i spróbowaliśmy jak smakuje zwykły obiad. O tym nie przeczytałam w folderach reklamowych i nie spodziewałam się, że będę gościem w starym pubie gdzie gotuje się dla kilkunastu osób. Po godzinie 15 pub zamyka się i restaurator zaczyna pracę jako ochroniarz w innym miejscu. Dobrze, że chce mu się jeszcze prowadzić takie miejsce.
Kolejnym punktem na naszej trasie było miasto o nazwie Kristinestad (po fińsku: Kristiinankaupunki). Tutaj najpierw przejechaliśmy przez starą część z drewnianym kościołem i ratuszem. Zatrzymaliśmy się na chwilę i zostawiliśmy rowery obok czegoś co przypominało studnię. Sądziliśmy, że nie jest używana, ale pomyliliśmy się. Podjechał samochód i wysiadł z niego młody mężczyzna. Nacisnął przycisk pompy i nabrał wody do dużego pojemnika. Uznaliśmy, że możemy także uzupełnić wodą nasze bidony, co zrobiliśmy powtarzając naciskanie przycisku przy studni.








Przez resztę miasta przejechaliśmy szybko, bo był zjazd w kierunku mostu, więc już niewiele zobaczyliśmy.


Zresztą pogoda znów zrobiła się taka skandynawska, niebo pociemniało od chmur. Zależało nam bardziej na znalezieniu spokojnego miejsca gdzie moglibyśmy zakończyć dzisiejszy etap. Gdy zobaczyliśmy tablicę informacyjną o miejscu do kąpieli byliśmy pewni, że znajdziemy coś dla siebie. Faktycznie był pomost, piaszczysto-kamienisty brzeg oraz damska i męska szatnia, wc i mała altanka. Część polanki stanowił parking wysypany żwirkiem, więc wbicie szpilek od namiotu było utrudnione, więc przenieśliśmy się bliżej trawy i drzew. Pogoda nie sprzyjała dalszym poszukiwaniom, więc zostaliśmy tutaj.


Spróbowałam jaki smak ma woda przy plaży. Była słona, czyli to woda morska. Nie używaliśmy jej do picia, ani przygotowania kawy. Dobrze, że wczoraj nabraliśmy wodę ze studni w Kristinestad. Tutaj czasem trudno się zorientować czy jest się nad rzeką, jeziorem czy morzem. na horyzoncie był ląd, ale jak spojrzałam na mapę to okazało się, że to wyspa.
Tour de Bothnia Gulf – Stage 24
Plaża przy Skaftundvagen -> Pori (104 km)
Wjechaliśmy w obszar frontu niżowego. Na początek dnia zrobiliśmy szybką ewakuację z namiotu do domku na plaży gdzie nocowaliśmy. Co prawda biwakowaliśmy pomimo zakazu (pierwszy raz widzieliśmy takie oznakowanie chociaż rozbijaliśmy namiot wiele razy w takich miejscach). Pogoda była pod psem więc nikt się tam nie pojawił, a my posprzątaliśmy po sobie zgodnie z zasadą zostawienia miejsca takim jak je zastaliśmy. dy byliśmy spakowani i gotowi do jazdy wyszło słońce, zatem kolejny dzień powitała nas zmienna skandynawska aura.




Z przyjemnością usiedliśmy do stołu z kawą i słodką bułką w małym sklepie po drodze. Takie miejsce to nie tylko zakupy, ale także chwila na rozmowę. Od starszego pana dowiedzieliśmy się, że dwujęzyczne napisy są w tym regionie po szwedzku, a jako drugi widnieje język fińsku. Taka kolejność wynika z tego, że tutaj mieszka więcej Szwedów. Ale w innych regionach Finlandii jest na odwrót. A ten mały sklep działa tylko dlatego, że dotuje go rząd. Do najbliższego supermarketu w Merikarvia jest około 25 km. W wielu innych miasteczkach widzieliśmy zamknięte i nieczynne sklepy, nie tylko zresztą spożywcze, co tworzyło obraz wymarłych miasteczek.












Za to nadal istnieją dobre asfaltowe drogi oraz rowerowa infrastruktura. Dzisiejszy etap w całości był asfaltowy i w każdym mieście czy wsi jechaliśmy drogami rowerowymi. W większych miastach już jakieś 20 km do granic miasta są osobne drogi dla rowerów. Wszystko spójne i oznakowane. Po prostu marzenie każdego rowerzysty. Tej jednej rzeczy zazdrościliśmy Skandynawom niemal każdego dnia. Nie chodzi o krajobrazy ani bogactwo, lecz o sposób projektowania przestrzeni. Rowerzysta nie jest intruzem, któremu pozostawiono metr pobocza. Jest pełnoprawnym uczestnikiem ruchu, dla którego zaprojektowano bezpieczną i ciągłą trasę. Gdy droga przecina ruchliwe ulicę, często prowadzi tunelem. Gdy spotyka się z przejściem dla pieszych, obok zebry znajduje się osobny przejazd dla rowerów. Dzięki temu przez setki kilometrów można po prostu jechać, zamiast co chwilę zatrzymywać się, schodzić z roweru i zastanawiać, jak bezpiecznie pokonać kolejne skrzyżowanie. W Finlandii doszły do tego widoczne oznaczenia tras rowerowych, które miały swoje oznaczenia numerami szlaków, m.in. naszego EV 10.
















Gdy droga prowadzi jak po sznurku, można skupić się podziwianiu mijanych widoków, wiejskich krajobrazów i cieszyć się podróżowaniem pomimo niezbyt sprzyjających jak na rower warunków pogodowych.
















Meta dzisiejszego etapu była w Pori, gdzie mieliśmy zarezerwowany pokój w hotelu. Jakieś 20 km przed centrum zaczęła się droga rowerowa prowadząca przedmieściami i obszarem gdzie ciągnęły się tereny leśne i camping. W hotelu nasze rowery tym razem nie spały razem z nami w pokoju, tylko dostały klucz do boksu rowerowego.
Tour de Bothnia Gulf – Stage 25
Hotel w Pori -> camping Pyharanta (115 km)
Zbliżamy się ku końcowi podróży rowerowej. Zostały jeszcze dwa etapy po Finlandii. Nie oznacza to dla nas jednak, że było powtarzalnie i nudno. wręcz przeciwnie. Chyba ta końcówka zdrowo nam podniosła ciśnienie. Ale po kolei.
Zbyt zmęczeni wczorajszą jazdą dojechaliśmy tylko do hotelu ciesząc się, że po kilku dniach będziemy spali w komfortowych warunkach o nic się nie martwiąc. Zjedliśmy standardowe hotelowe śniadanie i spokojnie ruszyliśmy na wolną przejażdżkę po mieście. Jadąc przedmieściami nie mogła się napatrzeć na drogi rowerowe i sposób ich poprowadzenia i oznakowania. To mnie najbardziej zawsze urzeka, że te służą zarówno spacerowiczom, biegaczom, rolkarzom, rowerzystom dużym i małym. Fajnie jest mieszkać blisko takich miejsc do różnych aktywności.






























Potem jechaliśmy już przez tereny wyłącznie przyrodnicze i wiejskie.












Gdy ruszyliśmy po przerwie w przydrożnym barze czuliśmy w powietrzu ciężar dusznego powietrza i usłyszeliśmy odgłosy nadciągającej burzy. Widząc za plecami co się zbliża włączyliśmy kolejny bieg i kręciliśmy coraz mocniej. Cały czas z nadzieją, że burza nas ominie nie zatrzymywaliśmy się nigdzie. W końcu gdy zmęczyliśmy się szybszą jazdą, a przed nami pojawiło się miasto Eurojoki postanowiliśmy zobaczyć w jakim kierunku pójdzie burza czekając pod dachem. Długo nie musieliśmy czekać, zerwał się wiatr i lunęło solidnie. Dlatego spędziliśmy sporo czasu obserwując kupujących, jakie robią zakupy, co się dzieje na parkingu. Wreszcie, zdając sobie sprawę, że nie możemy tkwić w supermarkecie aż do jego zamknięcia, ubraliśmy się przeciwdeszczowo i w chwili gdy wydawało się, że deszcz jakby osłabł wsiedliśmy na rowery.






Szlak wyciągnął nas spomiędzy pól w boczną drogę żeby pokazać nam dużą posiadłość pod Eurajoki, ale tylko mogliśmy zerknąć i pojechać dalej. Niestety deszcz przeszkodził w bliższym podziwianiu.




Największa ulewa w końcu minęła i koniec dnia jechaliśmy w nieco swobodniejszy sposób niż tylko chroniąc się przed deszczem i wylewając zbierającą się w zagłębieniach pelerynki wodę. Do kolejnej perełki architektonicznej w Rauma wjechaliśmy już bez śladu deszczu. Minęliśmy najpierw marinę, bo tamtędy szła ścieżka rowerowa. Potem kawałek przez miasto, a przejazd zakończyliśmy w zabytkowej dzielnicy z drewnianymi domami z XVIII wieku. To było naprawdę niesamowite, że mogliśmy jechać i podziwiać zabytkową zabudowę w kolejnym mieście. Te domy to dzieła sztuki, na których detale można długo patrzeć.






















Nasyciwszy oczy widokiem wąskich uliczek, dekoracyjnych elewacji różnokolorowych parterowych domów wyjeżdżamy z Raumy i kierujemy się do Pyharanta. Tam jest camping gdzie mamy spędzić ostatnią noc w Finlandii.







Camping miał bardzo dużo pozytywnych opinii o właścicielach. Nie mieliśmy jednak okazji sprawdzić osobiście bo nikogo o tej porze nie było w recepcji. Na tarasie za to siedział młody człowiek, który wskazał nam informacje jakie zostawiono dla gości, którzy przyjadą później. Gdy zobaczył, że jesteśmy rowerami dodał, że ostatnio nocowali tutaj także cykliści i rozbili namiot na trawie tuż nad brzegiem. Stała tam też ławka i stolik i miejsce to od razu nam się spodobało. Łazienki i kuchnia były otwarte więc nie było żadnego problemu z dostępem do nich. Camping sprawiał wrażenie kameralnego i z klimatem. Rowery postawiliśmy blisko namiotu, wykąpaliśmy się i poszliśmy spać. Policzyliśmy, że lepiej jutro rano wstać jak najwcześniej, najlepiej o 6, szybko się spakować i ruszyć do Turku. Ten ostatni etap wcale nie był krótszy niż poprzednie i do tego pomimo znacznej modyfikacji przebiegu przez Darka i tak miał sporo przewyższenia bo ponad 700 m. A czasu wcale nie było dużo, bo musieliśmy dotrzeć godzinę przed odpłynięciem promu.
Tour de Bothnia Gulf – Stage 26
camping Pyharanta -> Turku (102 km)
Nasz sen na ostatnim fińskim campingu nie dość, że był płytki przez wieczorne rozmyślania o tym jak sprawnie musimy jutro się przemieszczać żeby nie spóźnić się na prom, to dodatkowo słyszeliśmy że od drugiej najpierw pada, and samym razem leje deszcz. Do tego wiatr szarpał tropikiem i każdym kwadransem. W pewnym momencie wiatr przewrócił stojące blisko rowery. Chwilę trwało zanim wygrzebaliśmy się i spakowaliśmy jeszcze w środku namiotu. Gdy byliśmy już gotowi do wyjścia na zewnątrz każdy złapał bagaże żeby przenieść je w bezpieczne miejsce. Ponieważ było jeszcze bardzo wcześnie najlepszym wydawała się kuchnia. Jeszcze dwa takie kursy między głównym budynkiem a miejscem gdzie był nasz namiot i byliśmy już całkowie mokrzy. Darek zajął rowerami, a ja w tym czasie zaczęłam z namiotem. Gdy wyjęłam szpilki, namiot nie był już przyczepiony do podłoża i prawie odfrunął. Bez zakotwienia na tym szkwale materiał namiotu rozpiętego na rurkach rozporowych zachował się jak żagiel. Nie mogąc złożyć w tym silnym wietrze namiotu złapałam go i w całości przeniosłam na taras. Niosąc go w ten sposób linki zaczepiając się o stojące na tarasie krzesła przy stolikach przewracały się. Dopiero gdy znalazłam się bardzie zacisznym miejscu zaczęłam składać na spokojnie namiot. Gdy pojawił się Darek był zdziwiony widokiem przewróconych krzeseł co sprawiało wrażenie, że przez taras przeszedł tajfun lub została tam stoczona jakaś walka. Gdy sytuacja została opanowana i nasz dobytek znalazł się pod dachem, wróciliśmy do kuchni żeby trochę lepiej się spakować i coś zjeść. Wyglądało, ze w tym czasie deszcz jakby mniej padał, albo tak nam się wydawało. W każdym razie niewiele się zastanawiając uruchomiliśmy tryb jazdy i ruszyliśmy nie tracąc cennego czasu.






















Założenie było proste: ciśniemy, zero zbędnych przystanków, musimy dojechać na czas. Tym sposobem pokonanie trasy 100 km udało się w rekordowym czasie. Byliśmy w Turku około 15, a do odprawy było mnóstwo czasu. Przesiedzieliśmy część w ciepłym przytulnym barze, gdzie zjedliśmy kanapki i ciastko. Potem myśleliśmy, że odprawa będzie w przyjemnych okolicznościach. Z powodu trwającego remontu terminalu promowego dostaliśmy mapkę jak mamy się dostać do punktu check-in. Zaczęło jednak padać a punkt był jeszcze zamknięty więc czekaliśmy tak pod gołym niebiem w pelerynkach. Zaczęli nadjeżdżać motocykliści, którzy nie byli wcale w lepszej sytuacji niż my. Jedynie podróżni w samochodach siedzieli w środku swoich aut, od czasu do czasu wyskakując do tymczasowych toalet i kiosku z lodami. Wreszcie prom przypłynął i zaczęły wyjeżdżać samochody i wysiadać piesi podróżni. Prom kursuje wahadłowo i dlatego zanim jedni pasażerowie opuszczą prom, obsługa zaczyna już sprzątanie i dopiero wtedy wsiadają odpływający. Na wejście do naszej kajuty też czekaliśmy na znak, że sprzątanie już się zakończyło. Zanim poszliśmy spać poszliśmy jeszcze zjeść kolację do ogromnej restauracji, która zajmowała chyba cały poziom promu. Na obejście całego promu już nie mieliśmy siły i poszliśmy spać. Nawet nie słyszałam kiedy następnego dnia była pobudka.
Tour de Bothnia Gulf – Stage 27
Stokholm -> Nynäshamn (68 km)
To już tylko etap pośredni pomiędzy dwoma terminalami promowymi. Sztokholm powitał nas tym razem słońcem. Ponieważ płynęliśmy inną linią niż gdy byliśmy tu ostatnio to do śladu w zegarkach, który mieliśmy z tamtego wyjazdu musieliśmy najpierw dojechać przez miasto.





To była dobra okazja żeby jeszcze spojrzeć na miasto i znaleźć jakieś miejsce na śniadanie. Z tym drugim było gorzej, bo godzina była dosyć wczesna (prom przypłynął o 6 rano), a o tej porze wszystkie kawiarnie, które mijaliśmy były zamknięte. Natomiast przejazd przez Sztokholm upewnił nas w zasłyszanym stwierdzeniu, że to miasto jest w ciągłym remoncie i przebudowie. My też teraz jechaliśmy objazdami dla dróg rowerowych i wszędzie widzieliśmy dźwigi, szalunki i tymczasowe przeprawy. Czyli z tym placem budowy to jednak prawda.


















Droga do Nynashamn w większości była dla nas znana, poznawaliśmy już niektóre miejsca, więc czuliśmy się jakbyśmy byli u siebie. To przyjemne uczucie, zwłaszcza, że byliśmy już bliżej domu i końca naszej podróży.






















Prom, którym wracaliśmy ze Szwecji do Gdańska płynie bardzo długo, więc mieliśmy bardzo dużo czasu na przemyślenia. Trudno jednak skupić myśli gdy promem buja pół nocy dość mocno. Zeszliśmy na pokład gdzie była restauracja. Przez okna widać było wysokie fale, a wiadomości z włączonego telewizora pokazywały prognozę pogodę: nad Bałtykiem panują bardzo trudne warunki ze względu na przejście silnego huraganu Bernadette. Wystąpił silny sztorm, w porywach osiągający orkan. Wiatr wieje z ogromną siłą, a woda wdziera się na plaże. Oglądaliśmy obrazy z powalonymi drzewami na domy z powodu silnego wiatru.
Spędziliśmy sporo czasu w oczekiwaniu na jakiś komunikat na promie. W końcu usłyszeliśmy, że prom ma przypłynąć z 4 godzinnym opóźnieniem. Czyli nie zdążymy na pociąg z Gdańska, na który mieliśmy kupione bilety. Darek sprawdził jakie są inne połączenia i zamienił bilety. Teraz pozostało czekać kiedy dopłyniemy. W końcu udało się i opuściliśmy prom szczęśliwi, że wszystko dobrze się zakończyło. I tylko obiad, który planowaliśmy zjeść na spokojnie zanim wsiądziemy do pociągu wzięliśmy na wynos.


Gdy wysiedliśmy z pociągu zauważyłam jadąc z dworca do domu, że widzę przed sobą światła lamp w rowerze oświetlające mi drogę. Po tylu dniach bez konieczności używania świateł w Skandynawii uświadomiło mi to, że przeskoczyliśmy do innej strefy geograficznej, gdzie dzień nie jest tak długi jak na półwyspie skandynawskim. Tego i wielu innych będzie mi teraz brakować. Najbardziej jednak wolności jaką daje podróżowanie. I choć finał skandynawski był poprzedzony szkwałem na ostatnim campingu, pogoda nie rozpieszczała nas przez wiele etapów, czasami trzeba było improwizować to nadal największą wartością nie są nawet przejechane kilometry, tylko właśnie te wszystkie historie, których nie dało się zaplanować. Po tej wyprawie nauczyliśmy się czegoś, czego nie da się zdobyć podczas krótszych wyjazdów.
