Skandynawia bez pudrowania – rowerem w 27 dni szlakiem EuroVelo 10 wokół Zatoki Botnickiej

Jeszcze dwa lata temu przejechanie rowerami całej Zatoki Botnickiej wydawało się jedynie odległym marzeniem. Dziś, patrząc z perspektywy zakończonej wyprawy rowerowej szlakiem EuroVelo 10 przez Szwecję i Finlandię wiemy, że było to jedno z największych rowerowych wyzwań, jakich się podjęliśmy. Wstępne oglądanie przebiegu trasy na mapie niewiele mogło powiedzieć o tym na co się porywamy. Tym niemniej wiedząc jaki to jest dystans zdawaliśmy sobie sprawę, że choćby z tego powodu zadanie to nie jest łatwe. Teraz gdy mamy to już za sobą jesteśmy dumni z tego, że tak doskonale to sobie zorganizowaliśmy.
Okazało się nie po raz pierwszy, że każdy nawet krótki wyjazd, a tym bardziej taka podróż nie zaczyna się w dniu wyjazdu. Zaczyna się wiele miesięcy wcześniej – od planowania logistyki, kompletowania sprzętu i przygotowania organizmu do wielotygodniowego wysiłku.
Dlatego wdrożyliśmy regularne treningi siłowe pod okiem i według profesjonalnego planu trenera i w ten sposób ćwiczyliśmy przez dwa lata. Sądzimy, że w dużej mierze przez to przygotowanie siłowe zaczęliśmy myśleć coraz częściej o tym projekcie jak o czymś możliwym do realizacji. Rzeczywiście te treningi przyniosły nadspodziewany wynik. Nasze odczucia podczas wielodniowej jazdy zaskoczyły nas pozytywnie. Pomimo, że nigdy przedtem nie jechaliśmy tak długo dzień po dniu to czuliśmy się naprawdę mocni. To był ten moment kiedy uwierzyliśmy w powodzenie tej wymagającej podróży i bez obaw jechaliśmy dalej. Szczególnie, że pierwsze dni oznaczały nie tylko kolejne kilometry odkładające się w zmęczonych nogach , ale także spore przewyższenia. Same liczby oglądane w aplikacji nic nie mówią w porównaniu z rzeczywistością. Gdy masz do „wciągnięcia” na szczyt kolejnego pagórka ciężkie sakwy, pada deszcz i nie wiesz czy wystarczy ci sił na kolejny taki podjazd to można stracić poczucie zadowolenia. Na każdym podjeździe przypominałam sobie kolejne serie ćwiczeń na siłowni. Wiedziałam, że tak jak każda seria kiedyś się kończy, tak samo skończy się ten podjazd. A potem przyjdzie nagroda – długi zjazd i chwila odpoczynku.
Łącznie przejechaliśmy ponad 2700 kilometrów w ciągu 27 dni. Bez samochodu technicznego, bez dni odpoczynku i bez zewnętrznego wsparcia. Wszystko, czego potrzebowaliśmy do życia, wieźliśmy na rowerach. Oznaczało to, że wieźliśmy ze sobą cały niezbędny ekwipunek aby przetrwać przez cały czas podróży.
Bazowaliśmy głównie na noclegach w namiocie, czasami zatrzymując się na campingach, ale różnie z tym bywało, ale także w różnych innych mniej lub bardziej zorganizowanych miejscach. Jedynym udogodnieniem było 5 noclegów pod dachem, które zarezerwowaliśmy przed wyjazdem w oparciu o przebieg trasy. Więcej hoteli czy apartamentów po prostu przy samej trasie nie znaleźliśmy tak aby wpisywały się w dystans każdego etapu. Chodziło o to aby nocleg nie był zbyt oddalony od szlaku bo to oznaczałoby nadkładanie dodatkowych kilometrów, a także żeby nie wypadał w połowie dystansu danego etapu. Długości wszystkich etapów były podobne i wcześniej ustalone.
Dlatego nie zawsze mieliśmy komfortową opcję i czasami kilka dni obywaliśmy się bez prysznica, czy śniadania w hotelowej restauracji. Taki survivalowy charakter wyprawy dodawał jej punktów do wersji przygodowej, a nas mobilizował do pomysłowości w organizacji miejsc gdzie można się zatrzymać. Początkowe wyobrażenia weryfikowaliśmy na bieżąco na podstawie tego co zastaliśmy na miejscu. Nie zawsze było tak jak myśleliśmy wcześniej. Największym wyzwaniem było znalezienie odpowiedniego miejsca do biwakowania. Szybko jednak okazało się, że mając narzędzia w postaci aplikacji do wyszukiwania wiat to spania lub siedzenia (shelters) oraz analizując inne miejsca nad rzekami czy jeziorami typu plaża, marina czy tereny rekreacyjne, zawsze można było znaleźć w pobliżu coś sensownego do odpoczynku, przygotowania posiłku we własnym zakresie.
To co nam najbardziej się podobało w tych wszystkich miejscach to fakt, że były przygotowane i czyste. Jeśli był grill, obok leżało porąbane drewno. Jeśli była leśna toaleta, zawsze znajdował się papier i środek do zasypywania. Na plażach wisiały aktualne wyniki badań jakości wody. To był jeden z powodów, dla których tak dobrze czuliśmy się w Skandynawii. Widać było, że wspólna przestrzeń jest dobrem, o które wszyscy dbają.
Zapraszam do przejechania z nami prawie trzech tysięcy kilometrów przez Szwecję i Finlandię – bez pudrowania. Pokazuję Skandynawię taką, jaką zobaczyliśmy z siodełka roweru. Jest w tej podróży oczywiście wysiłek, deszcz, wiatr i setki przejechanych kilometrów. Ale przede wszystkim są spotkania z ludźmi, miejsca, których nie znajdzie się w przewodnikach i historie, których nie dało się zaplanować. To właśnie one sprawiły, że ta wyprawa stała się czymś znacznie więcej niż rowerowym okrążeniem Zatoki Botnickiej.
Tour de Bothnia Gulf – Stage 1
Nynäshamn -> Camping Flottsbro w Huddinge – Flemingsberg (70 km)
Do Nynäshamn dopłynęliśmy w południe, dlatego pierwszy etap był najkrótszy z całej wyprawy – zaledwie 60 kilometrów. Nocleg zaplanowaliśmy na campingu położonym niedaleko Sztokholmu. Stolica miała jeszcze poczekać. Chcieliśmy ominąć ją szerokim łukiem, sprawnie włączyć się na trasę EuroVelo 10 i zostawić zwiedzanie miasta na drogę powrotną.
Szybko przekonaliśmy się jednak, że nawet krótki etap w Szwecji nie musi być łatwy. Trasa okazała się znacznie bardziej pagórkowata, niż wynikało to z map. Kolejne podjazdy sprawiły, że na camping dotarliśmy już po zamknięciu recepcji.
Rozstawiliśmy namiot i z ręcznikami ruszyliśmy do sanitariatów.
Drzwi były zamknięte.
Przez chwilę zastanawialiśmy się, co zrobić, kiedy podszedł do nas mężczyzna siedzący przed swoim kamperem. Bez zbędnych pytań podał nam klucz do łazienek.
– Ja też kiedyś podróżowałem z sakwami – powiedział. – Wiem, jak wygląda taki dzień.
Po prostu chciał nam pomóc.
Następnego ranka poszliśmy do recepcji uregulować opłatę za nocleg. Młody recepcjonista wysłuchał naszej historii, uśmiechnął się, machnął ręką i powiedział, że w takim razie ten nocleg jest na koszt campingu.
Tak właśnie rozpoczęła się nasza skandynawska przygoda.
Już pierwszego dnia przekonaliśmy się, że na tej wyprawie najdłużej będziemy pamiętać nie tylko drogi i krajobrazy, ale przede wszystkim ludzi.






























Tour de Bothnia Gulf – Stage 2
Camping Flottsbro -> shelter przy starym młynie w Bergshamra (104 km)
Z campingu wyjechaliśmy sprawnie. Omijając Sztokholm, tylko raz musieliśmy zawrócić, bo w gąszczu ulic i ścieżek rowerowych łatwo było przeoczyć właściwy zjazd. W dużym mieście nawet najlepsza nawigacja nie zawsze wystarcza – trzeba być cały czas skupionym.
Gdy zostawiliśmy za sobą centrum, przez wiele kilometrów jechaliśmy wzdłuż wybrzeża. Po jednej stronie migały zatoczki pełne jachtów, po drugiej eleganckie wille, restauracje i pola golfowe. To była Szwecja, którą zna się z folderów turystycznych.






























Wieczorem aplikacja poprowadziła nas do miejsca oznaczonego jako shelter. Trafiliśmy na pięknie utrzymany teren starego młyna, dziś pełniącego funkcję muzeum. Drewniane budynki, niewielka rzeczka i rozległa, świeżo skoszona polana wyglądały tak zachęcająco, że postanowiliśmy właśnie tam rozbić namiot.
Kiedy byliśmy w połowie rozstawiania namiotu, podeszła do nas starsza pani spacerująca z pieskiem.
Najpierw zapytała, skąd przyjechaliśmy. Potem spojrzała na miejsce, które wybraliśmy, i powiedziała:
– Lepiej będzie, jeśli przeniesiecie namiot na drugi koniec polany. Tędy przebiega szlak Roslagsleden i rano będzie tędy przechodziło sporo ludzi.
Pomyślała o naszym spokoju, choć przecież zupełnie nas nie znała. Gdy przenieśliśmy namiot i swoje rowery z bagażami w miejsce wskazane przez Szwedkę zobaczyliśmy, że za drzewami i domkiem będącym WC jest wiata, której szukaliśmy 🙂
Rozmawiałyśmy jeszcze długo.
Opowiedziała mi historię młynarza zamordowanego we własnym domu, mówiła o współczesnych problemach Szwecji z alkoholem i o Systembolaget – państwowym monopolu na sprzedaż mocniejszych alkoholi.
Wspomniała również o święcie Midsommar, które za kilka dni miało być obchodzone właśnie w tym miejscu.
A potem powiedziała coś, o czym myślałam jeszcze przez wiele następnych dni.
– Widzisz te stare domy? One przetrwały dlatego, że u nas nie było wojny.
Nigdy wcześniej nie spojrzałam na szwedzką architekturę z tej perspektywy. Dotąd wydawało mi się, że to przede wszystkim efekt zamiłowania do porządku, tradycji i dbałości o wspólne dobro. Jej słowa uświadomiły mi, że jest jeszcze jeden powód – przez stulecia nie było tu wojny, która zmiotłaby te domy z powierzchni ziemi.
Pies coraz wyraźniej dawał swojej właścicielce do zrozumienia, że spacer miał wyglądać zupełnie inaczej. Darek zdążył już przestawić namiot i z uśmiechem czekał na mnie.
Pożegnałyśmy się.
Jeszcze długo myślałam o tej krótkiej rozmowie.
Tour de Bothnia Gulf – Stage 3
Stary młyn w Bergshamra -> Hokhuvud shelter na skale w lesie (115 km)
Poranne słońce całkowicie odmieniło miejsce naszego noclegu. Na polanie siedziała malarka, która próbowała uchwycić na płótnie spokój starego młyna. Pomyślałam, że trudno o lepszy początek kolejnego dnia.
Rano spojrzałam na stojący na środku polany majstång – tradycyjny słup, wokół którego za kilka dni mieszkańcy mieli świętować Midsommar. Wczorajsza opowieść starszej Szwedki nagle nabrała bardzo konkretnego wymiaru.
📖 Notatnik z drogi 🚲
🌿 Midsommar
Midsommar to jedno z najważniejszych świąt w Szwecji, obchodzone w okolicach przesilenia letniego. Dla wielu Szwedów jest ważniejsze nawet niż Boże Narodzenie.
Rodziny i przyjaciele spotykają się na wsi lub w domkach letniskowych. Wspólnie stawiają i dekorują majstång – słup opleciony zielonymi gałązkami i kwiatami – wokół którego tańczy się i śpiewa tradycyjne piosenki. Na stołach królują młode ziemniaki z koperkiem, śledzie, łosoś i truskawki.
To święto światła, lata i bycia razem.

Kilkanaście kilometrów dalej zatrzymaliśmy się przy niewielkim samoobsługowym kiosku z jajkami. Kilka opakowań, skarbonka na pieniądze i żadnego sprzedawcy. Tak po prostu.
Niedługo później zatrzymaliśmy się na niewielkim cmentarzu. Zamiast wysokich pomników i lasu krzyży zobaczyliśmy niewielkie kamienie wtopione w trawnik. Wszystko było proste i uporządkowane.
Obok znajdował się kran z wodą i konewki do podlewania kwiatów. Spróbowaliśmy tej wody. Była dobra, więc uzupełniliśmy bidony.
W porze obiadu jedynym stolikiem okazała się ławka przy polu golfowym. Wokół panowała cisza. Zjedliśmy to, co wieźliśmy w sakwach. Tego dnia nie mijaliśmy prawie żadnych sklepów ani restauracji.
Trafiliśmy również nad niewielkie leśne jezioro z zaskakująco ciepłą wodą. Było to jedno z tych miejsc, w których najchętniej zostałoby się na cały dzień. Tym razem jednak plan był ważniejszy od pokusy. Przed nami czekało jeszcze kilkadziesiąt kilometrów.























Wieczorem nawigacja sprowadziła nas z asfaltu na leśną ścieżkę. Ostatnie pół kilometra musieliśmy prowadzić rowery między drzewami. Na skale stała wiata do spania, był obok grill i jak to w takich miejscach drewno do tego grilla. Rozłożyliśmy namiot na skale obok wiaty i poszliśmy spać. Rano okazało się, że nocny deszcz spłynął po skale prosto pod namiot. Część podłogi była mokra.
Tak też wygląda bikepacking.
Nie wszystko da się przewidzieć.
Tour de Bothnia Gulf – Stage 4
Hokhuvud -> Skutskar (104 km)
Rano deszcz tylko mżył. Zdążyliśmy spokojnie zjeść śniadanie pod wiatą i spakować mokry namiot. Nie było szans, żeby wysechł. Musiał pojechać z nami taki, jaki był.
Z każdą godziną padało coraz mocniej. W końcu przestaliśmy zwracać uwagę na deszcz. Po prostu jechaliśmy.
Obiad zjedliśmy na przystanku autobusowym. W taki dzień nawet zwykła wiata staje się restauracją.
Gdy jest sucho, szutrowe drogi są świetne. W ulewie zamieniają się w błotnistą farbę, która pokrywa rowery, sakwy i ubrania.
Schowaliśmy się w sklepie, licząc przede wszystkim na kubek gorącej kawy. W sąsiedztwie stały, jak to często bywa w Szwecji, dwa konkurencyjne supermarkety – Coop i ICA.
Z czasem zauważyliśmy, że takie miejsca pełnią znacznie większą rolę niż zwykły sklep. Można tu zrobić zakupy, odebrać paczkę, zatankować samochód, oddać butelki do recyklingu, napić się kawy, zjeść coś ciepłego, a przede wszystkim spotkać ludzi. Kilka stolików przed wejściem albo w przedsionku wystarcza, żeby ktoś usiadł i porozmawiał z sąsiadem.
Przypominało mi to trochę nasze wiejskie sklepy. Tyle że tutaj zamiast piwa i papierosów częściej widzieliśmy kubki z kawą.























Wieczorem dotarliśmy do hotelu. Rozwiesiliśmy mokry namiot na korytarzu i w łazience, opłukaliśmy rowery i po raz pierwszy od rana naprawdę się rozgrzaliśmy.
Recepcjonistka z uznaniem słuchała naszej opowieści o wyprawie. Najbardziej zdziwiło ją jednak to, że jechaliśmy na skórzanych siodłach, bez kolarskich spodenek z wkładką.
– Ja po dziesięciu minutach na rowerze stacjonarnym mam dosyć – śmiała się.
Tour de Bothnia Gulf – Stage 5
Skutskar -> Camping Ljusnefors (108 km)
Hotel okazał się prawdziwym ratunkiem po deszczowym dniu. Wysuszyliśmy namiot, ubrania i sakwy, a rano zjedliśmy solidne śniadanie, uzupełniając zapas energii.
Kiedy wyprowadziliśmy rowery przed hotel, okazało się, że ktoś zdążył je umyć. Właściciel opowiadał nam, że sam uwielbia podróżować, choć jego środkiem transportu jest pociąg. Z uśmiechem wspominał swoją podróż Koleją Transsyberyjską.
W Gävle zamknięty przejazd zmusił nas do szukania objazdu. Po raz kolejny przekonaliśmy się, jak dobrze działa skandynawska infrastruktura rowerowa – nawet nie znając miasta, bez problemu wróciliśmy na trasę EuroVelo.
Po drodze mijaliśmy dziesiątki charakterystycznych czerwonych domów z białymi oknami. Dopiero później dowiedzieliśmy się, skąd wzięła się słynna czerwień faluńska.
Coraz częściej mijaliśmy niewielkie drewniane domki letniskowe ukryte wśród lasów i nad wodą. To trochę taki szwedzki odpowiednik naszych ogródków działkowych. Zamiast grządek – las, jezioro i robot koszący trawę.
🚲 Notatnik z drogi • Architektura i krajobraz
Dlaczego szwedzkie domy są czerwone?
Jednym z najbardziej charakterystycznych obrazów Szwecji są czerwone drewniane domy z białymi okiennicami. Spotykaliśmy je niemal codziennie – nad jeziorami, w lasach, na wsiach i w niewielkich miasteczkach. Z czasem stały się nieodłącznym elementem skandynawskiego krajobrazu.
Ich charakterystyczny kolor to czerwień faluńska (Falu rödfärg). Barwnik powstawał jako produkt uboczny wydobycia miedzi w kopalni Falun i od XVII wieku był wykorzystywany do malowania drewnianych budynków. Był trwały, stosunkowo tani i dobrze chronił drewno przed wpływem pogody. Z czasem czerwone domy stały się symbolem szwedzkiej wsi.
Dzięki temu mieliśmy wrażenie, że kolor domów nie został narzucony krajobrazowi. Wręcz przeciwnie – wyglądał tak, jakby wyrastał z niego w zupełnie naturalny sposób.
Większość domów nie próbowała zwracać na siebie uwagi. Miały prostą bryłę, drewnianą elewację, białe obramowania okien i starannie utrzymane otoczenie. Ich urok wynikał nie z przepychu, lecz z harmonii z krajobrazem.
Podróżując po północy zauważyliśmy jeszcze jedną ciekawostkę. Ten sam związek żelaza, który nadaje barwę tradycyjnej farbie, występuje naturalnie w skandynawskiej przyrodzie. To właśnie dlatego w wielu jeziorach, rzekach i leśnych rowach widzieliśmy wodę o rdzawym, brunatnoczerwonym odcieniu.














































Im bliżej wieczora, tym bardziej droga zamieniała się w niekończący się rytm.
Podjazd.
Zjazd.
Podjazd.
Zjazd.
Początkowo jeszcze zwracaliśmy uwagę na mijane miejsca. Z czasem wszystko zaczęło się zlewać w jeden obraz lasu, asfaltu i kolejnych pagórków. Monotonię jazdy przerywał od czasu do czasu stukot kół pociągu jadącego torami równoległymi do drogi.
W pewnym momencie zaczęłam liczyć drewniane słupy linii energetycznej. Numery były umieszczone na co piątym słupie. Odcinek miał zaledwie siedemnaście kilometrów, ale wydawało mi się, że trwa całą wieczność.Kiedy wreszcie dotarliśmy na camping, recepcja wyglądała bardziej jak czyjś dom niż miejsce meldunkowe. Przy dużym stole siedziała kobieta masująca ramiona mężczyźnie. Na nasz widok uśmiechnęła się, wstała i w jednej chwili z masażystki zmieniła się w recepcjonistkę.
Zaprowadziła nas na tył budynku. Po drodze minęliśmy podwórko pełne najróżniejszych przedmiotów, które sprawiało wrażenie trochę chaotycznego magazynu, trochę przydomowego warsztatu. Na jego końcu otworzyła drzwi naszego „apartamentu”.
Brzmiało to bardziej elegancko, niż wyglądało.
Była duża kuchnia, pokój z czterema łóżkami i niewielka łazienka z prysznicem. Wszystko nosiło ślady wielu lat użytkowania, ale było czyste i sprawne. Po całym dniu jazdy niewiele więcej było nam potrzebne.
Na koniec zaproponowała jeszcze śniadanie. Serwowane było dość późno, więc Darek spojrzał na zegarek i odruchowo zaczął przeliczać godziny. Śniadanie wypadało później, niż zwykle ruszaliśmy w trasę. Ostatecznie uznaliśmy jednak, że jeden spokojniejszy poranek nie zburzy planu całej wyprawy.
Tour de Bothnia Gulf – Stage 6
Camping Ljusnefors -> plaża przy Harmangervagen (115km)
Tego dnia czekał nas kolejny długi etap z licznymi podjazdami. Tym razem szczególnie doceniliśmy decyzję o wykupieniu śniadania na campingu. Wyjechaliśmy później niż zwykle, ale za to z pełnymi żołądkami. Niestety znów w deszczu.
Z każdym kolejnym dniem coraz bardziej wchodziliśmy w szwedzki rytm dnia. Kilka godzin jazdy, a potem obowiązkowa fika.
📖 Notatnik z drogi 🚲
Fika – szwedzka sztuka zatrzymywania się
Na początku wydawało nam się, że fika to po prostu przerwa na kawę. Dopiero po kilku dniach zrozumieliśmy, że dla Szwedów oznacza coś więcej.
Fika to coś znacznie więcej niż kawa. To chwila, kiedy wszystko na moment zwalnia. Kubek kawy, najczęściej cynamonowa bułeczka kanelbulle, kilka spokojnych minut i rozmowa. W Szwecji nie jest to luksus ani nagroda. To po prostu część codzienności.
Fika to świadoma chwila zatrzymania. Niezależnie od tego, czy jesteś w pracy, w domu czy w podróży, na kilkanaście minut odkładasz wszystkie zajęcia. Pijesz kawę, jesz coś słodkiego i po prostu jesteś. Bez pośpiechu.
Podczas naszej wyprawy szybko przejęliśmy ten zwyczaj. Nie zawsze oznaczał wizytę w kawiarni. Czasem wystarczał termos z kawą, kanelbulle kupiona wcześniej w sklepie i ławka z widokiem na jezioro albo przydrożna wiata.
Po kilku dniach zauważyliśmy, że sami zaczęliśmy planować dzień od jednej fiki do drugiej. Była nie tylko odpoczynkiem, ale również pretekstem do zatrzymania się i uważniejszego przyjrzenia się miejscu, przez które właśnie przejeżdżaliśmy.

Codziennie kupowaliśmy też truskawki i inne owoce. Po kilku dniach jazdy w deszczu uznaliśmy, że organizmowi przyda się każda porcja witamin.
Ostatnim sklepem przed planowanym noclegiem miała być ICA w miejscowości Stamnäs.
Sklep działał. Tylko nie mogliśmy do niego wejść. Wejście było możliwe wyłącznie po zeskanowaniu kodu QR powiązanego ze szwedzkim kontem bankowym.
Staliśmy chwilę przed drzwiami, zastanawiając się, co zrobić, kiedy ze sklepu wyszła para Szwedów. Nie tylko otworzyli nam drzwi. Mężczyzna wszedł z nami do środka i cierpliwie pomagał przy kasie samoobsługowej, tłumacząc szwedzkie nazwy produktów.
Efektem naszych pierwszych zakupów w bezobsługowym sklepie było kupienie toniku zamiast wody.

































Wieczorem rozbiliśmy namiot na niewielkiej plaży nad jeziorem. Było tam wszystko, czego potrzebowaliśmy – pomost, miejsce na ognisko, ławki i przebieralnie.
Rozwiesiliśmy mokre ubrania między drzewami, licząc, że wreszcie wyschną.
Cały czas było jasno, więc trudno było uwierzyć, że dzień dobiega końca. Zanim zasnęliśmy, z pobliskiej plaży dochodziły jeszcze głosy młodych ludzi kąpiących się w jeziorze. Po chwili wszystko ucichło.
Tour de Bothnia Gulf – Stage 7
Plaża na Harmansvagen -> Merlo Slott za Sundswall (100 km)
Po kilku dniach walki z deszczem i podjazdami wreszcie przyszło słońce. Tego dnia nie zapamiętałam jednego wyjątkowego wydarzenia. Zapamiętałam za to wiele drobnych obrazów: kolejną plażę nad jeziorem, niewielki port w starej wiosce rybackiej ze sklepikiem i restauracją.
Mały sklepik z lodami, przypomniał nam, że w Szwecji jednak istnieją także rodzinne sklepy, choć wcześniej wydawało nam się, że cały handel należy wyłącznie do ICA i Coop.
Przy drodze stała niewielka półka z książkami. Można było zabrać coś do czytania albo zostawić własną książkę. Podobne miejsca spotyka się również w Polsce i zawsze cieszy mnie, że ten prosty pomysł działa.
Obiad zjedliśmy na ławce ustawionej przy tablicy edukacyjnej opisującej ryby żyjące w okolicznych jeziorach. Takie miejsca odpoczynku były rozsiane wzdłuż całej trasy i często korzystaliśmy z nich podczas przerw.
Wieczorem dotarliśmy do Sundsvall. Wjeżdżaliśmy od południowej, przemysłowej strony miasta, dlatego nasze pierwsze wrażenie było dość chłodne.





































































Dzień zakończyliśmy przy Merlo Slott. W świetle zachodzącego słońca zamek wyglądał naprawdę pięknie. Nasz nocleg znajdował się jednak nie w zamku, lecz w niewielkim żółtym drewnianym domku stojącym obok. Z zewnątrz przypominał zwykłą stróżówkę. W środku czekało nas zaskoczenie. Wnętrze było urządzone znacznie bardziej pałacowo, niż sugerował niepozorny wygląd budynku.
Tour de Bothnia Gulf – Stage 8
Merlo Slott (Timra) -> Binbole (parking nad jeziorem) – 117 km
Rano zatrzymaliśmy się w Timrå na większe zakupy. Po doświadczeniu z samoobsługowym sklepem woleliśmy mieć niewielki zapas jedzenia na wypadek, gdyby kolejny sklep okazał się niedostępny.
Dopiero wtedy zaczęliśmy rozumieć, dlaczego w sklepach prawie nie było wody butelkowanej. W Skandynawii pije się wodę prosto z kranu Zamiast kupować kolejne butelki, po prostu uzupełnialiśmy bidony wodą z kranu wszędzie gdzie było to możliwe.
📖 Notatnik z drogi 🚲
Woda z kranu – dlaczego Skandynawowie prawie nie kupują jej w butelkach?
W Szwecji i Finlandii woda z kranu ma bardzo wysoką jakość i jest regularnie kontrolowana. Dla mieszkańców picie jej prosto z kranu jest czymś całkowicie naturalnym.
Dlatego w supermarketach wybór wody butelkowanej jest znacznie mniejszy niż w Polsce. Zamiast kupować kolejne butelki, większość osób po prostu napełnia własne bidony lub butelki wielokrotnego użytku.
My też zaczęliśmy tak robić korzystając z każdej nadarzającej się okazji. Nabieraliśmy świeżą wodę z kranu do bidonów. W restauracjach, czy barach woda była zawsze dostępna w każdej ilości i bezpłatna. Serwowano ją w dużych szklanych butelkach, albo były samoobsługowe saturatory z wodą.

I jeszcze jedna rzecz. Przy wejściu do sklepu zawsze były miejsca do parkowania rowerów. Rowery stały bez żadnych zabezpieczeń.
To był etap z największą liczbą podjazdów. Bałam się go od samego rana.
Od kilku dni coraz bardziej bolała mnie lewa noga. Nie wiedziałam nawet, skąd dokładnie bierze się ból – z biodra, kolana czy stopy. Na stromszych podjazdach odruchowo mocniej naciskałam prawą nogą, żeby odciążyć lewą. W pewnym momencie Darek zapytał, czy nie chcę przerwać wyprawy i wrócić do domu. Nawet przez chwilę o tym nie pomyślałam.
Nie wiem kiedy, ale po jakimś czasie przestałam myśleć o bólu, a potem nie wiadomo kiedy ból ustąpił. To musiało się zadziać gdzieś na bardziej płaskich etapach.










































Szybko porzuciliśmy pomysł nocowania w lesie. Wyobrażaliśmy sobie suche sosnowe bory podobne do polskich. Tymczasem mijaliśmy lasy pełne głazów, mokradeł, gęstego poszycia i stojącej wody. Znacznie lepszym miejscem na nocleg okazywały się parkingi i plaże.
Na parkingu stał już kamper. Przed nim siedziały dwie osoby na turystycznych krzesłach. Po chwili schowali stolik, zasłonili okna i zniknęli w środku. My rozstawiliśmy namiot obok wiaty. Po kilku dniach wiedzieliśmy już, że właśnie takie miejsca dają największe poczucie bezpieczeństwa.
Tour de Bothnia Gulf – Stage 9
Jezioro Binbole -> Banafjals (shelter) (108 km)
Pagórki wciąż się nie kończyły. Mimo że jechaliśmy wzdłuż wybrzeża, każdego dnia licznik przewyższeń pokazywał wartości, których zupełnie się tutaj nie spodziewaliśmy. Z czasem nauczyłam się jednak traktować każdy podjazd jak małą łamigłówkę – wykorzystać rozpęd ze zjazdu, jak najpóźniej zmienić bieg i spokojnie wspinać się do góry.
Kilka minut wcześniej przejechaliśmy kilometrowy odcinek drogą szybkiego ruchu. Było wąsko, samochody mijały nas ostrożnie, ale nie było to miejsce, w którym chciałabym znaleźć się drugi raz. Kiedy wreszcie skręciliśmy na spokojniejszą drogę, zatrzymaliśmy się i odetchnęliśmy z ulgą.
Nadjechał rowerzysta, którego dzień wcześniej minęliśmy tylko z krótkim machnięciem ręki.
Jak zwykle zaczęliśmy rozmawiać po angielsku. Dopiero kiedy powiedzieliśmy, że jesteśmy z Polski, szeroko się uśmiechnął.
– To możemy mówić po polsku.
Jechał na Nordkapp – cel wielu rowerzystów, których spotykaliśmy później na trasie.
Z czasem zauważyliśmy, że rowerzyści z sakwami tworzą coś w rodzaju nieformalnej wspólnoty. Czasem była to tylko wymiana gestu czy krótkiego „hej”, czasem kilkuminutowa rozmowa. Każde takie spotkanie dodawało energii.
Im bliżej było Midsommar, tym wyraźniej było czuć przygotowania. Budynki dekorowano świeżymi gałęziami, kobiety zbierały polne kwiaty, a dziewczynki nosiły wianki. Przypomniałam sobie rozmowę ze starszą Szwedką przy młynie. Dopiero teraz w pełni rozumiałam, dlaczego mówiła o tym święcie z takim entuzjazmem.

























































Mieliśmy też tego dnia fragment trasy po drodze szutrowej, która zaczynała się zaraz za wsią i prowadziła przez dość długi odcinek odludnymi, leśnymi terenami. Pamiętam ten odcinek bo zaczęło wtedy padać, zrobiło się jakoś tak szaro od deszczowych chmur, a w pewnym momencie z lasu dobiegły pojedyncze strzały. Nigdy nie dowiedzieliśmy się, skąd dochodziły.
Potem droga zaczęła się wspinać i mieliśmy kilka mocnych podjazdów. Z chęcią zatem zrobiliśmy sobie kolejną przerwę. Tym razem była to plaża z ławką, przebieralniami oraz sauną. Przy saunie leżała przygotowana siekiera do rąbania drewna. Nikt jej nie pilnował. Kolejny raz uderzyło nas, jak bardzo opiera się tutaj na wzajemnym zaufaniu.
Wieczorem rozbiliśmy namiot przy wiacie obok szkoły. Po całym dniu jazdy wydawało się, że lepszego miejsca do spania nie można było sobie wymarzyć.
Tour de Bothnia Gulf – Stage 10
Banafjals (shelter przy szkole) -> Hornefors (shelter nad morzem) – 112 km







Rano pierwszy raz zawiódł nas ślad GPX. Według mapy mieliśmy przejechać przez most, ale ścieżka urwała się w krzakach. Na końcu stał samochód, obok dziewczyna myła zęby, a zaspany chłopak wychylił się z auta z opaską na oczach. Wyraźnie obudziliśmy ich pytaniem o most. Dopiero wtedy zorientowaliśmy się, że zaznaczony na mapie most był… mostem kolejowym wysoko nad nami.
Chwilę później przekonaliśmy się, że nie każda historia ze sklepem bezobsługowym kończy się tak jak poprzednio. Tym razem kobieta nie zgodziła się wpuścić mnie do sklepu razem z nią. Spokojnie wyjaśniła, że odpowiada za każdą osobę, która wchodzi na jej kod. Ta sytuacja uwiadomiła mi, że nawet w kraju, który kojarzy się z ogromnym zaufaniem, istnieją granice tego zaufania.
Niedługo później mapa znowu nas zaskoczyła. Zobaczyłam oznaczenie plaży, choć z drogi nie było widać niczego. Dopiero wąska ścieżka przez pole zaprowadziła nas do maleńkiej piaszczystej zatoczki z tablicą „Playa”, kilkoma kamieniami zamiast ławek i prostym pomostem. Wykąpaliśmy się, a wodę do bidonów przefiltrowaliśmy bezpośrednio z rzeki. W ten sposób sprawa wody, której nie mogliśmy dziś kupić w sklepie została rozwiązana.



















Gdy dojechaliśmy do małego sklepu ICA dopiero wtedy przekonaliśmy się, jak ważnym świętem jest Midsommar. Sklep ICA był czynny tylko do trzynastej i zabrakło nam dosłownie piętnastu minut. Dlatego nie udało się kupić lodów. Ale mieliśmy za to wodę… tę z rzeki.
Popołudniowy deszcz przeczekaliśmy pod drzewami. Chwilę później nad lasem pojawiła się tęcza.




















Wieczorem rozłożyliśmy namiot wewnątrz wiaty. Prognozy zapowiadały deszcz i nie chcieliśmy rano składać mokrego namiotu.
Kiedy już prawie zasypialiśmy przy szumie morza, usłyszeliśmy ciche pytanie po angielsku. Kilka dziewczyn, które właśnie przyjechały na rowerach, chciało rozbić obok namioty. Zanim zaczęły się rozkładać, zapytały, czy nie będzie nam to przeszkadzało. Rano zobaczyliśmy, że rozbiły namioty znacznie bliżej morza. Wieczorem nawet nie zauważyliśmy, kiedy wszystko ucichło.
Tour de Bothnia Gulf – Stage 11
Hornefors (shelter nad morzem) -> Umea -> shelter nad wyspie między rzekami (107 km)
Celem głównym dzisiejszego etapu jest miasto Umea, z którego przyjechała wczoraj wieczorem grupa dziewczyn. To największe miasto na północy Szwecji, dlatego jesteśmy ogromnie ciekawi jak wygląda.









Umeå od razu zrobiło na mnie wrażenie miasta projektowanego z myślą o rowerzystach. Drogi rowerowe prowadziły bezkolizyjnie, nie było wysokich krawężników, na większych skrzyżowaniach przejeżdżało się tunelami, a oznakowanie sprawiało, że praktycznie nie trzeba było zastanawiać się, którędy jechać.






























W Umea widziałam elektryczne autobusy i wielkie parkingi dla rowerów. Oprócz kilku nowoczesnych budynków w centrum, reszta miasta to stara zabudowa składająca się z niskich budynków oraz tereny rekreacyjne. Moją uwagę zwróciły też szpalery brzóz wzdłuż ulic.
Od kilku dni co jakiś czas wyprzedzały nas bardzo wolno jadące samochody z czerwonym trójkątem zamiast tablicy rejestracyjnej. Gdy poszukaliśmy wyjaśnienia okazało się, że są to samochody przerobione tak, aby ich maksymalna prędkość wynosiła maksymalnie 30 km/h. Z tyłu muszą mieć czerwono-pomarańczowy trójkąt oznaczający pojazd wolnobieżny. Najciekawsze jest kto nimi jeździ. W Szwecji można prowadzić taki A-traktor od 15. roku życia po uzyskaniu odpowiednich uprawnień. Na terenach wiejskich to dla młodzieży sposób na dojazd do szkoły, treningów czy spotkań z kolegami. Inni kierowcy zwykle cierpliwie czekają za takim pojazdem zanim go wyprzedzą. To dobrze oddaje kulturę jazdy, z której Szwecja jest znana.
Zaskakiwało nas też coś zupełnie innego. Obok nowoczesnych elektryków po drogach jeździło mnóstwo pięknie odrestaurowanych amerykańskich samochodów z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Takiego nagromadzenia starych klasycznych amerykańskich samochodów nie widziałam wcześniej na drogach jak właśnie teraz podróżując po Szwecji. Tak więc z jednej strony nowoczesne elektryki, a z drugiej ogromny Cadillac.
📖 Notatnik z drogi 🚲: Amerykańskie klasyki 🚗
Dlaczego w Szwecji jeździ tyle starych amerykańskich samochodów?
Dla wielu turystów to jedno z największych zaskoczeń. Na szwedzkich drogach można spotkać doskonale utrzymane amerykańskie krążowniki z lat 50., 60. i 70. XX wieku – Chevrolety, Cadillaki, Fordy czy Pontiaki. Często wyglądają tak, jakby właśnie wyjechały z salonu.
Moda na amerykańskie samochody narodziła się w Szwecji już po II wojnie światowej. W latach 50. stały się symbolem wolności i dobrobytu, a z czasem wokół nich wyrosła cała kultura. Do dziś działają setki klubów miłośników klasycznych aut, odbywają się zloty i parady, a wiele rodzin od pokoleń pielęgnuje swoje samochody.
Podczas naszej wyprawy takie auta pojawiały się regularnie. Z początku zwracaliśmy na nie uwagę, później stały się niemal naturalnym elementem szwedzkiego krajobrazu.

Z czasem zaczęliśmy dostrzegać, że w Szwecji stare przedmioty nie znikają. Dostają drugie życie. Szwedzi nie pozbywają się rzeczy tylko dlatego, że są stare. To tłumaczy dużą ilość antykwariatów i miejsc gdzie są loppis czyli szwedzkie wyprzedaże garażowe (nazywane też 'pchlim targiem’). Przy drogach często można było zobaczyć tablice informujące o miejscach gdzie są loppis. Często takie tablice były odręcznie napisane i miały podane godziny i dni kiedy są otwarte (po szwedzku öppen).
Jeżeli coś może jeszcze komuś służyć to się tego po prostu nie wyrzuca. Dlatego przed domami widzieliśmy stare maszyny rolnicze, wyposażenie, którego już się nie używa jako elementy dekoracyjne wkomponowane w ozdobne rośliny, krzewy i drzewa stanowiące estetyczne otoczenie domów. Do tego ustawione na parapetach figurki, modele żaglowców i doniczki z kwiatami.
Wieczorem dotarliśmy na niewielką wyspę między dwiema rzekami. Obok drewnianej wiaty stał już jeden namiot. Jak się okazało należał do dwóch młodych rowerzystek. Dzień wcześniej ktoś zapytał nas, czy nie będzie nam przeszkadzało rozbicie namiotu obok. Teraz to my zapytaliśmy o to samo. Łąka była rozległa, zatem ustawiliśmy nasze obozowisko z zachowaniem odległości, czyli kulturalnie z poszanowaniem odrębności. Dziewczyny odsunęły się od stołu robiąc nam miejsce na kolację. Usiedliśmy obok ale jedliśmy w milczeniu.
Jedna z dziewczyn miała przy rowerze przypiętą parasolkę. Druga zamiast rowerowego kasku jechała w pełnym kasku narciarskim. Rozmawiając rano dowiedzieliśmy się, że jadą na Nordkapp i niespecjalnie przejmują się tym, kiedy tam dotrą ani jak wrócą do Niemiec. Im dalej jechaliśmy na północ, tym częściej wieczorem spotykaliśmy pod wiatami ludzi takich jak my. Każdy miał własny sposób podróżowania, własny sprzęt i własny plan. Łączyło nas jedno – wszyscy byliśmy w drodze.






Tour de Bothnia Gulf – Stage 12
Robertfors (shelter nad wyspie między rzekami ) -> camping w Burea (111 km)
Po śniadaniu dziewczyny wpisywały się do księgi gości leżącej w wiacie. Przy okazji zauważyłam, że jedna z nich prowadzi także własny dziennik podróży. Zamiast samych notatek były w nim również rysunki. Na otwartej stronie widniał szkic kobiecej twarzy ozdobionej kwiatami – najwyraźniej inspirowany zbliżającym się Midsommar. Pomyślałam wtedy, że każdy z nas zbiera wspomnienia inaczej. My robiliśmy zdjęcia i wieczorami zapisywaliśmy przebieg dnia. Ona utrwalała podróż ołówkiem.







Nasza podróż miała już swoje stałe tempo. Rano szybko składaliśmy namiot, za to w ciągu dnia robiliśmy wiele krótkich postojów – na kawę, zakupy albo po prostu na chwilę odpoczynku. Małe szwedzkie miejscowości sprawiały wrażenie zaskakująco spokojnych.
Dzisiejszy dzień był dość wietrzny, do tego część trasy była w odkrytym terenie między polami. Wtedy wiatr przeszkadzał najbardziej.























Plaża, na której się zatrzymaliśmy była dość miłym miejscem, ale chcieliśmy dziś dojechać do campingu w Burea. Tego dnia zaczęliśmy myśleć nie tylko o jedzeniu i wodzie. Coraz bardziej kończyła nam się energia zgromadzona w powerbankach. Próbowaliśmy doładowywać je panelami słonecznymi podczas jazdy, ale okazało się, że to rozwiązanie działa znacznie gorzej, niż przypuszczaliśmy.
Camping wyglądał trochę jak galeria pod gołym niebem. Między domkami stały metalowe rzeźby, a przy jednej z nich właściciel właśnie kończył spawanie kolejnego elementu. Okazało się, że jest również miłośnikiem Lego. Myślę, że to nie jest tylko hobby. To skandynawskie podejściu do ponownego wykorzystania materiałów, czego przykładem jest rzeźba z części samochodowych,
📖 🚲 Notatnik z drogi • Ludzie i zwyczaje
Drugie życie przedmiotów
Podczas podróży często mieliśmy wrażenie, że w Skandynawii przedmioty rzadko trafiają na śmietnik tylko dlatego, że są stare. Widać to na każdym kroku – od sklepów loppis, przez odrestaurowane amerykańskie samochody, aż po codzienne wyposażenie domów i ogrodów, czy sklepy z ubraniami second-hand oraz antykwariaty.
Na campingu w Bureå szczególnie zwróciły naszą uwagę rzeźby wykonane z części samochodowych: starych tłoków, łańcuchów, kół zębatych i elementów zawieszenia. To, co gdzie indziej zostałoby uznane za złom, tutaj stało się materiałem do tworzenia dekoracji.
Nie jest to tylko kwestia oszczędności. W krajach skandynawskich od wielu lat dużą wagę przywiązuje się do ponownego wykorzystania przedmiotów, naprawiania ich i nadawania im nowego przeznaczenia. Widać to zarówno w przestrzeni publicznej, jak i w prywatnych ogrodach czy domach zgodnie ze skandynawską filozofią „używaj, naprawiaj, wykorzystuj ponownie”.
























To miejsce na pewno podobałoby się dzieciom, ale pomimo wakacji nie było tam zbyt dużo gości. Oprócz nas nocowała jeszcze para Niemców podróżujących z sakwami.
We wspólnej sali mogliśmy zostawić na noc powerbanki podłączone do ładowania. Ja rozwiesiłam jeszcze ręczniki i drobne pranie. Rano wszystko było suche. Po kilku dniach w trasie takie drobiazgi potrafiły cieszyć równie mocno jak ciepły prysznic.
Tour de Bothnia Gulf – Stage 13
Camping w Burea -> Hemingsmark (102 km)
Przed wyjazdem jeszcze raz podeszłam do ogromnej metalowej postaci stojącej przy wjeździe na camping. Wieczorem oglądałam ją z daleka, teraz mogłam z bliska przyjrzeć się setkom części, z których została zespawana. Darek w tym czasie napełnił bidony i po chwili znów byliśmy w drodze.




Za campingiem od razu zrobiliśmy większe zakupy. Im dalej na północ, tym sklepy stawały się rzadsze, więc zaczęliśmy wozić większy zapas jedzenia. W końcu przyszła też pora na liofilizaty przywiezione z Polski. Śmialiśmy się, że dobrze byłoby ich nie przywieźć z powrotem do domu.
📖 🚲 Notatnik z drogi • W trasie
Co jedliśmy podczas wyprawy?
Wielodniowa podróż rowerowa rządzi się własnymi prawami. Jedzenie musi być proste, sycące i łatwo dostępne. Nie planowaliśmy szczegółowego menu – każdego dnia kupowaliśmy to, co było pod ręką, starając się jednak zachować kilka stałych elementów.
Śniadania najczęściej jedliśmy na campingu lub przy wiacie. Chętnie sięgaliśmy po jogurt naturalny z płatkami owsianymi i świeżymi owocami. W Finlandii odkryliśmy znakomite produkty owsiane, które szybko stały się podstawą naszych poranków. Do kanapek kupowaliśmy ryby, najczęściej sardynki i łososia. Robiłam też proste sałatki warzywne z dodatkami nasion i sera.
W ciągu dnia robiliśmy krótkie postoje na owoce, orzechy lub cynamonową bułeczkę kupioną po drodze. Gdy trafiała się okazja, korzystaliśmy z kawiarni, ale równie często urządzaliśmy własną „fikę” na ławce, pomoście albo przy sklepie.
Wieczorem, po rozbiciu namiotu, gotowaliśmy prosty, ciepły posiłek. Najczęściej był to makaron lub ryż czy kasza z warzywami i źródłem białka. Gotowanie dotyczyło oczywiście tylko wody, którą dodaje się do gotowego dania liofilizowanego. Po całym dniu jazdy smakowało jak najlepsza restauracyjna kolacja.
Nie zawsze jedliśmy zdrowo. Po przejechaniu stu kilometrów cynamonowa bułeczka i kubek kawy potrafiły dać więcej radości niż najbardziej wyszukany posiłek.
W sakwach zawsze mieliśmy niewielki zapas produktów na sytuacje, gdy do najbliższego sklepu było jeszcze daleko. Były to batony przygotowane jeszcze w domu, płatki owsiane, pieczywo chrupkie, orzechy, suszone owoce, gorzka czekolada, kawa i herbata. Dzięki temu nawet w mniej zaludnionych rejonach mogliśmy spokojnie przygotować śniadanie lub kolację.











































Ostatnie kilkadziesiąt kilometrów prowadziło prostą, płaską drogą. Tym razem wiatr sprzyjał, więc jechaliśmy szybko i do miejsca noclegu dotarliśmy znacznie wcześniej niż zwykle.
Nad jeziorem czekał pomost, stół i ławki. Nie szukaliśmy niczego dalej. Takie miejsca już dobrze znaliśmy – wystarczyło rozłożyć namiot i dzień był zamknięty.


Tour de Bothnia Gulf – Stage 14
Hemingsmark -> Lulea (97 km)
Zbieranie się z miejsc, w których było przyjemnie zawsze zajmuje więcej czasu.
Gdy w końcu wyjechaliśmy z naszej polanki, spotkaliśmy rowerzystę, którego dzień wcześniej minęliśmy pod sklepem, gdy jedliśmy truskawki z jogurtem. Opowiedział nam o swojej sześciomiesięcznej wyprawie po Maroku z nastoletnim synem, który lubił rano pospać dłużej.
– Teraz wolę podróżować sam. To ja decyduję, kiedy ruszam, gdzie się zatrzymuję i jak długo zostaję.
Dziś rano wstał o 6 rano i przejechał już 40 kilometrów. A my dopiero ruszaliśmy. Każdy w swoim rytmie i według własnych planów.













W dzienniczku zanotowałam dzisiaj: ’Wyszliśmy ze strefy łubinu i jesteśmy chyba w nieco chłodniejszym miejscu. Temperatura wyśmienita do biegania i roweru. Wiatr uspokoił się i nie padało. Pogodowo marzenie w porównaniu z doniesieniami alertów o upałach w Europie Środkowej i Południowej. Zmierzamy jeszcze dalej na północ czując słońce, które nie pali ale za to długo świeci ☀️😁🌲🙏’
Jechaliśmy dziś przez dwa miasta: Piteå i Luleå. Jazda tutaj utwierdziła nas w przekonaniu, że szwedzkie miasta projektuje się z myślą o rowerzystach.

























































Tour de Bothnia Gulf – Stage 15
Lulea -> Kalix ( 107 km)
Blisko hotelu był sklep więc rozpoczęliśmy jak zwykle od uzupełnienia zapasów żywnościowych co było o tyle uzasadnione, że nie wiadomo co nas może dziś jeszcze zaskoczyć. Potem szybko opuściliśmy miasto by znów podążać naszym szlakiem wzdłuż wybrzeża.
📖 🚲 Notatnik z drogi • Smaki Skandynawii
Kanelbulle – cynamonowy symbol Szwecji
Trudno spędzić w Szwecji kilka tygodni i nie polubić kanelbullar – puszystych drożdżowych bułeczek z cynamonem. Można je kupić niemal wszędzie: w supermarketach, piekarniach, kawiarniach, na stacjach benzynowych, a nawet w niewielkich sklepach na prowincji.
Choć wyglądają niepozornie, dla Szwedów są czymś więcej niż zwykłym wypiekiem. Najczęściej towarzyszą fice – tradycyjnej przerwie na kawę i chwilę rozmowy. W kraju istnieje nawet Dzień Kanelbulle, obchodzony 4 października.
Podczas naszej wyprawy cynamonowe bułeczki stały się niemal obowiązkowym elementem dłuższych postojów. Po kilkudziesięciu kilometrach jazdy smakowały znakomicie i szybko uzupełniały energię przed kolejnym etapem. Z czasem przestaliśmy je traktować jako słodką przekąskę – stały się jednym z kulinarnych symboli naszej podróży przez Szwecję.
Pod koniec wyprawy żartowaliśmy, że po powrocie do domu koniecznie spróbujemy upiec własne kanelbullar. Obietnicy dotrzymaliśmy. Darek znalazł tradycyjny przepis i już wkrótce nasz dom wypełnił się zapachem masła, kardamonu i cynamonu. Smakowały wyśmienicie, ale jeszcze cenniejsze było to, że na chwilę przeniosły nas z powrotem na szwedzkie drogi.











Ponieważ tego dnia Darek obchodził urodziny, postanowiliśmy znaleźć coś specjalnego. Nie było to łatwe, bo trafiliśmy do niewielkiego wiejskiego sklepu. Po długim zastanawianiu wybór padł na czekoladę i lody. Gardło Darka było już w lepszym stanie, a pogoda wreszcie sprzyjała takim małym przyjemnościom.































Miejsce oznaczone na mapie jako wiata odpoczynkowa okazało się czymś znacznie więcej. Nad rzeką stały drewniane wiaty, sauna, drewutnia z przygotowanym opałem, grill, toaleta i niewielki domek ze stołem, ławami oraz księgą gości. A w niej świeże wpisy odwiedzających to miejsce osób dziękujących za jego perfekcyjne przygotowanie. Wszystko było czyste, uporządkowane i gotowe do użycia.
📖 🚲 Notatnik z drogi • Ludzie i zwyczaje
Wspólna przestrzeń, wspólna odpowiedzialność
Podczas naszej podróży wielokrotnie korzystaliśmy z miejsc przygotowanych z myślą o wszystkich. Drewniane wiaty chroniące przed deszczem, bezpłatne grille, miejsca na ognisko, pomosty, toalety, a w Finlandii także publiczne sauny – wszystko było dostępne i zazwyczaj bardzo dobrze utrzymane.
Na plażach często spotykaliśmy tablice z aktualnymi wynikami badań jakości wody. Informowały, że jest ona regularnie kontrolowana pod względem mikrobiologicznym i bezpieczna do kąpieli. To drobiazg, który buduje zaufanie i pokazuje, że o takie miejsca naprawdę się dba.
Równie mocno zapadł nam w pamięć brak śmieci. Nawet w odległych wiatach, gdzie nikt nie pilnuje porządku, rzadko widzieliśmy pozostawione odpady czy zniszczone wyposażenie.
Odnieśliśmy wrażenie, że ta dbałość nie wynika z częstych kontroli, lecz z niepisanej umowy między mieszkańcami: skoro to miejsce służy wszystkim, każdy czuje się odpowiedzialny za jego stan. Dzięki temu można z niego korzystać z poczuciem, że pozostanie równie przyjazne dla kolejnych osób.
Po kilku tygodniach podróży przestaliśmy zachwycać się kolejnymi wiatami czy pomostami. Coraz bardziej fascynowało nas coś innego – że nikt ich nie pilnuje, a mimo to pozostają czyste, zadbane i gotowe na przyjęcie następnych wędrowców. Zastanawialiśmy się, czy o powodzeniu takich miejsc decyduje sama infrastruktura, czy raczej zaufanie i odpowiedzialność ludzi, którzy z niej korzystają.










Dalsza jazda po odpoczynku w takich okolicznościach miejsca i przyrody była zdecydowanie przyjemniejszą. Zwłaszcza, że wizja zachmurzonego nieba, z którego mogłyby rozpocząć się opady deszczu nieco się oddaliła.












W Kalix są dwa kempingi. Jeden był poza miastem przy polu golfowym i tam pojechaliśmy. Drugi usytuowany w mieście według opinii odwiedzających był głośny i zatrzymywało się tam dużo camperów. Dlatego wybraliśmy ten na uboczu po drugiej stronie rzeki.
Po przyjeździe okazało się, że camping działa całkowicie samoobsługowo. Próbowaliśmy się zarejestrować poprzez podany na tablicy link na stronę internetową. Nie udało się nam dokonać płatności będącej warunkiem otrzymania kodu do otwarcia drzwi do pomieszczenia z kuchnią i prysznicami. Ponieważ na całym terenie stały tylko 3 kampery i żadnego namiotu nie mieliśmy nawet nikogo się zapytać jak to działa. Nikt nie korzystał też z pomieszczenia, do którego trzeba było mieć kod do zamka. Uznaliśmy, że skoro mamy wodę i miejsce na namiot, to niczego więcej tego wieczoru nie potrzebujemy. Pod koniec dnia wyszło słońce i zrobiło się bardzo przyjemnie.
📖 🚲 Notatnik z drogi
Białe noce – kiedy zmrok prawie nie zapada
Kalix, 25/26 czerwca
Dopiero wieczorem zauważyliśmy, że w aplikacji pogodowej nie ma godziny zachodu ani wschodu słońca.
„Chwileczkę… dlaczego nie ma zachodu słońca?”
To mogło oznaczać tylko jedno – dotarliśmy tak daleko na północ, że dzień trwał już całą dobę.
Nie planowaliśmy tego, ale Darek świętował kolejny rok życia właśnie w miejscu, gdzie słońce postanowiło w ogóle nie zachodzić.
Choć podczas naszej wyprawy nie dotarliśmy aż do najbardziej wysuniętych na północ rejonów Skandynawii gdzie „białe noce” trwają do kilku miesięcy, przekonaliśmy się, jak bardzo wydłuża się dzień na północy. Nawet późnym wieczorem było jasno, a zachód słońca trwał bardzo długo. Zdarzało się, że o 22.00 bez problemu czytaliśmy mapę, przygotowywaliśmy kolację lub rozbijaliśmy namiot bez używania czołówek. Praktycznie nie wyjęliśmy ich z sakwy ani razu.

Tour de Bothnia Gulf – Stage 16
Kalix -> Tornio -> Kemi (102 km)
Poranki na wyprawie miały swój niezmienny rytuał. Śniadanie jedliśmy jeszcze przed złożeniem namiotu, a dopiero potem wszystko wracało na swoje miejsce w sakwach.
📖 🚲 Notatnik z drogi – Życie w trasie
Dlaczego na wyprawie wszystko musi mieć swoje miejsce?
Okazuje się, że rutyna na wyprawie jest czymś bardzo pozytywnym. Ważne jest aby każda rzecz miała swoje miejsce. To nie jest porządek dla porządku. To jest oszczędzanie energii.
Na czterotygodniowej wyprawie nie chcesz codziennie zastanawiać się: gdzie jest czapka? gdzie są tabletki? gdzie schowałam rękawiczki?
To wszystko zaczyna działać automatycznie. Pakujesz sakwy i torby z zachowaniem ustalonego porządku. Wszystko trafia na swoje miejsce i jak potrzebujesz, to ta rzecz tam właśnie jest. W jednej sakwie wszystko do spania i mycia, w drugiej ubrania na zmianę. W torbie na kierownicy drobiazgi, które mogą być potrzebne na przerwach. Duża torba z łatwym dostępem jest wypełniona zestawami do przygotowywania posiłków i zapasami żywnościowymi z bieżących zakupów. Na wierzchu trzymam też zestaw przeciwdeszczowy, żeby był pod ręką na wszelki wypadek. Nie muszę wtedy niczego nerwowo szukać. Ważniejsze dla mnie jest to, że nie muszę się zastanawiać gdzie jest coś czego w danym momencie potrzebuję, niż to czy ciężkie rzeczy będą na dnie sakwy czy u góry.









Rano przejechaliśmy przez Kalix, mijając drugi z tamtejszych campingów. Opinie okazały się trafne. Nad rzeką stało mnóstwo kamperów i trudno byłoby znaleźć miejsce na namiot. Nasz wybór campingu po drugiej stronie rzeki okazał się znacznie lepszy – mieliśmy ciszę i spokój.









Po wyjeździe z Kalix natknęliśmy się w sosnowym lesie na bardzo ładne jezioro z plażą i pomostem. Po wczorajszym campingu bez prysznica trudno było oprzeć się kąpieli w jeziorze.










Na długo przed tym gdy zobaczyliśmy tablice kierujące na Haparandę nie myślałam o tym, że oto zbliżamy się do końca etapu szwedzkiego. Zatrzymaliśmy się jeszcze na kawę w niewielkiej kawiarni. To ostatnie miejsce po szwedzkiej stronie, w którym mogliśmy napić się kawy przed przekroczeniem granicy.




































Na długim szutrowym podjeździe spotkaliśmy starszego Niemca podróżującego samotnie na rowerze. Pierwsze, co nam powiedział, to że właśnie takie drogi lubi najbardziej. Nie przepadał za trasami prowadzącymi od miasta do miasta. Wolał spokojne szutry, las i ciszę.
Zwróciliśmy uwagę na jego lnianą koszulę. Czapka suszyła się przypięta do kierownicy drewnianymi spinaczami. Rozmowa zeszła na ubrania. Wszyscy zgodziliśmy się, że na wielotygodniowej wyprawie naturalne materiały sprawdzają się najlepiej. Powiedział, że od początku wyprawy spotkał zaledwie pięciu rowerzystów. My nigdy ich nie liczyliśmy, ale uświadomiliśmy sobie, że rozmów z napotkanymi bikepackerami również nie było więcej niż około dziesięciu.
Potem przejechaliśmy rzekę graniczną w Tornio i tym sposobem szybko zmieniliśmy trzy rzeczy: walutę, system dróg rowerowych i czas. W Finlandii zegary przestawiły się o jedną godzinę do przodu. Zamiast koron szwedzkich zaczęliśmy płacić w Euro. Pierwszym zaskoczeniem był język. Po szwedzkich nazwach przyszły długie fińskie wyrazy, których nie potrafiliśmy nawet przeczytać. W sklepach coraz częściej pomagaliśmy sobie translatorem.














Pierwszą noc w Finlandii spędziliśmy w niewielkich szklanych willach nad samym morzem. Dopiero na miejscu odkryliśmy, że szklany sufit można całkowicie odsłonić. Zimą służy do obserwacji zorzy polarnej i gwiazd, a latem… my zrobiliśmy dokładnie odwrotnie. Ponieważ na zewnątrz przez całą dobę było jasno, szczelnie zasłoniliśmy wszystkie zasłony, próbując stworzyć sobie choć odrobinę nocy.
Tour de Bothnia Gulf – Stage 17
Villa Glas w Kemi -> wiata w Haukipudas (107 km)
Rano jako pierwsi zeszliśmy na śniadanie do głównego budynku ośrodka. Ogromna restauracja, przygotowana na przyjęcie całych wycieczek, była jeszcze zupełnie pusta. W ciszy spróbowaliśmy niemal wszystkiego, zanim ruszyliśmy w dalszą drogę.













Początek etapu prowadził w pobliżu drogi krajowej E8. W pewnym momencie zniknęły lokalne drogi i zaczęliśmy się zastanawiać, czy na pewno jedziemy właściwym śladem EuroVelo 10. Nie było innego wyjścia – przez otwartą bramę wjechaliśmy na pobocze E8. Przez następnych siedem kilometrów samochody mijały nas z dużym odstępem, ale przy ograniczeniu do 100 km/h trudno było poczuć się swobodnie.
Dopiero mijający nas z przeciwka rowerzysta z sakwami utwierdził nas w przekonaniu, że szlak rzeczywiście prowadzi tędy.


























Pierwszy postój zrobiliśmy w restauracji Paussi. Po kilku stresujących kilometrach gorąca zupa, drugie danie, kawa i kawałek sernika okazały się dokładnie tym, czego potrzebowaliśmy.
Dalszy odcinek dzisiejszego etapu nie prowadził już drogą szybkiego ruchu więc było zdecydowanie przyjemniej i ciszej. Za to dosłownie pod koniec etapu ciśnienie podniosła nam sytuacja z rowerem. Otóż pod ostatnim sklepem gdzie robiliśmy zakupy Darek miał awarię z powodu gumowej taśmy, która wkręciła się w napęd. Było trochę obaw czy nie uszkodziło się coś w środku i czy pasek napędowy uda się założyć z powrotem. Przecięliśmy wkręconą gumę i po kawałku udało się się ją wyciągnąć z napędu. Potem Darek zdjął tylne koło żeby poprawić pasek napędowy, ale miał problem z włożeniem koła dokładnie na swoje miejsce. Przyglądał się tej sytuacji młody Fin siedzący w samochodzie obok sklepu. Podszedł i zaproponował pomoc. Darek nie spodziewając się zapytał:
— Are you mechanic?
— I have a car.
Oznaczało to, że przecież jeśli ma samochód to i z rowerem też da sobie radę. I rzeczywiście pomógł. Po naprawie przybiliśmy piątkę. Była w tym jakaś szczera radość, jakby równie mocno cieszył się z naprawionego roweru jak my.
Dzięki pomocy przypadkowego Fina sytuacja została szybko opanowana i mogliśmy jechać dalej. Przedtem jednak musieliśmy umyć ręce brudne od grzebania przy rowerze. Ręce umyliśmy w sklepie. Tuż obok automatu do zwrotu butelek znajdowała się umywalka. Trudno było o lepszy moment.
📖 🚲 Notatnik z drogi • Warto wiedzieć
Mycie rąk w Skandynawii
Po kilku godzinach jazdy i zakupach robionych niemal codziennie szybko zaczęliśmy zwracać uwagę na coś, czego wcześniej nigdy nie zauważaliśmy – umywalki dostępne dla klientów sklepów.
Jedną z drobnych rzeczy, które szybko zaczęliśmy doceniać w Szwecji i Finlandii, były ogólnodostępne umywalki znajdujące się przy wejściach lub w pobliżu toalet w wielu supermarketach. Zawsze była bieżąca woda, mydło i ręczniki papierowe.
Dla rowerzystów to ogromne udogodnienie. Po wielu kilometrach jazdy, naprawie łańcucha czy rozstawianiu namiotu mogliśmy bez problemu umyć ręce przed zakupami albo przed zjedzeniem posiłku.
To drobiazg, ale właśnie z takich drobiazgów składa się komfort codziennego podróżowania.
Po jakiś czasie już nie zastanawialiśmy się, czy znajdziemy miejsce, żeby umyć ręce. Po prostu wiedzieliśmy, że najprawdopodobniej będzie.










Wiata, która była w miejscu rekreacyjnym gdzie planowaliśmy nasz dzisiejszy nocleg stała w miejscu wysypanym żwirem, a do tego stały tam już dwa samochody. Należały do dwóch dziewczyn, które przyjechały tutaj ze swoimi psami. Trenowały je i uczyły skakać przez przeszkody. Nie czekając aż skończą zabawę z psami i odjadą rozbiliśmy namiot na trawie w niedalekim sąsiedztwie. Na pierwszy rzut oka miejsce wydawało się idealne – spokojna część Haukipudas, trawa, wiata i boiska w pobliżu. Wystarczyło jednak rozłożyć namiot, żeby z pobliskich zarośli nadleciały chmary komarów. Jeszcze nigdy wcześniej nie chowaliśmy się do namiotu tak szybko. W naszym prywatnym rankingu noclegów to miejsce zajęło ostatnie miejsce.
Tour de Bothnia Gulf – Stage 18
Haukipudas -> Oulu -> camping Lohenpyrsto (118 km)
Z Haukipudas wyjechaliśmy z założonymi na kask moskitierami. Komary nie dały za wygraną nawet rano. Może nie były tak dokuczliwe jak wczoraj wieczorem, ale jednak woleliśmy się zabezpieczyć przed ich ugryzieniami.
Już na przedmieściach Oulu zauważyliśmy, że z nawierzchnią i drogami coś jest inaczej. Nie było już szutrowych dróg przez las. Przez cały dzień jechaliśmy po gładkim asfalcie. Zamiast pojedynczych ścieżek pojawiła się sieć dróg rowerowych z własnymi numerami i drogowskazami. W samym mieście okazało się, że rower jest pełnoprawnym środkiem transportu, a cała infrastruktura została podporządkowana właśnie jemu. Kierowcy zwalniali, gdy tylko zbliżaliśmy się do przejazdu. Nikt nie oczekiwał, że zatrzymamy się i zejdziemy z roweru. Czuliśmy się bezpiecznie jak chyba nigdzie wcześniej podczas tej wyprawy. Do tego płynność i wygoda jazdy.












📖 🚲 Notatnik z drogi
Oulu – rowerowa stolica północy
Oulu od lat znajduje się w światowej czołówce miast przyjaznych rowerzystom. Mieszkańcy traktują rower nie jako sprzęt sportowy, ale jako codzienny środek transportu – do pracy, szkoły, na zakupy czy spotkania ze znajomymi.
Miasto dysponuje siecią liczącą ponad 900 kilometrów dróg rowerowych. To nie są pojedyncze ścieżki poprowadzone wzdłuż ulic, lecz spójny system własnych tras, mostów, tuneli i oznakowania, dzięki któremu rowerem można wygodnie dotrzeć niemal wszędzie.
Najbardziej imponujące jest jednak to, że infrastruktura działa przez cały rok. Zimą trasy są odśnieżane z takim samym priorytetem jak ulice dla samochodów, dzięki czemu wielu mieszkańców nie rezygnuje z jazdy nawet podczas mrozów i opadów śniegu.
Bezpieczeństwo rowerzystów wynika nie tylko z dobrej infrastruktury, ale również z kultury uczestników ruchu. Kierowcy są przyzwyczajeni do obecności rowerów i z dużym spokojem ustępują pierwszeństwa na przejazdach. Dzięki temu już po kilku minutach jazdy można odnieść wrażenie, że rower jest tutaj pełnoprawnym środkiem transportu.
Nie bez powodu Oulu jest często wskazywane jako wzór dla miast, które chcą rozwijać transport rowerowy.
Przejeżdżając przez Oulu, przypomniałam sobie, jak kilka lat temu do Polski przyjechał z Finlandii oficer rowerowy z prezentacją o tamtejszej infrastrukturze rowerowej. Opowiadał wtedy, że zimą drogi rowerowe odśnieżane są przed ulicami dla samochodów. Wówczas wydawało mi się to zaskakujące. Po zobaczeniu Oulu wszystko stało się jasne.


































Usłyszeliśmy muzykę w centrum miasta. Trzydzieści kilometrów dalej…
Znowu oni.
Nie czekając aż muzycy skończą pojechaliśmy dalej bo musieliśmy zdążyć przed zamknięciem campingu. Po drodze trochę kropiło i myśleliśmy, że to tylko taki przelotny deszczyk. W przerwie między jedną mżawką a drugą zrobiliśmy pauzę obiadową w fajnym miejscu. Kilkaset metrów od głównej drogi znaleźliśmy niewielki port. Nie było tam nikogo. Rozstawiliśmy kuchenkę na pomoście i ugotowaliśmy obiad. Woda na przystani była zupełnie spokojna, deszcz na chwilę ustał, a my mieliśmy wrażenie, jakby czas się zatrzymał. Zupełnie jak w bajce.
W bajkach bywają także mniej przyjemne momenty…Pod sam koniec dnia zaczęło solidnie padać. Do campingu dojechaliśmy przemoczeni do suchej nitki. Weszłam do budynku recepcji i zaczęłam od słów:
— We need help…
Pan w żółtej kamizelce uśmiechnął się i odpowiedział:
— I’m not The God, but…
Wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem. Napięcie natychmiast zniknęło. W recepcji spojrzeli na nas i zaczęli rozmawiać po fińsku. Po chwili pan w żółtej kamizelce wsiadł na rower i powiedział tylko:
— Follow me.
Pojechaliśmy za nim nie wiedząc jeszcze co ustalili po fińsku. Wtedy pokazał nam bardzo duży taras budynku gdzie odsunął stojące tam krzesła i stoły robiąc miejsce na namiot. Potem wskazał jeszcze gdzie są prysznice i suszarnia gdzie będziemy mogli rozwiesić mokre ubrania. Pani z recepcji dopytywała podczas płatności czy będziemy korzystali z sauny, która pomimo później pory była jeszcze czynna. Widać było, że wzbudziliśmy duże zainteresowanie naszym przyjazdem i chęć pomocy. Pan w żółtej kamizelce był bardzo dumny z tego, że ma napis obsługa kempingu. Tłumaczył nam co oznacza nazwa tego miejsca Lohenpyrsto i dopytywał skąd jesteśmy. Znał też jedno powiedzenie po polsku „Na zdrowie!”.
Pomyślałam, że po raz kolejny trafiliśmy na człowieka, który bezinteresownie bardzo nam pomógł.


















Tour de Bothnia Gulf – Stage 19
camping Lohenpyrsto -> Kalajoki (wiata w lesie nad rzeką) (103 km)
Rano odwiedził nas jeszcze pracownik campingu, tym razem już bez charakterystycznej żółtej kamizelki. Jego dyżur skończył się poprzedniego wieczoru, a mimo to przyszedł zapytać, jak nam się spało i czy czegoś jeszcze nie potrzebujemy. Podziękowaliśmy mu za pomoc z poprzedniego wieczoru. Uśmiechnął się tylko i odpowiedział ’This is my job’. Na pożegnanie życzyłam mu dużo zdrowia. Uśmiechnął się ponownie i odpowiedział, że to, czy będzie zdrowy, zależy przede wszystkim od niego. Na koniec pan poklepał nas po plecach mówiąc, że jesteśmy ’good Polish girl and man’ i wskazał na nasze rowery.
Wyjechaliśmy z campingu z suchym namiotem, ubraniami i naładowaną elektroniką. Po ponad dwóch tygodniach podróży coraz bardziej przekonywaliśmy się, że do szczęścia na rowerowej wyprawie naprawdę nie potrzeba wiele.









📖🚲 Notatnik z drogi
Finlandia smakuje owsem
Po kilku dniach zakupów w fińskich sklepach zaczęliśmy zauważać pewną prawidłowość – owies był dosłownie wszędzie.
Owsianki, pieczywo, jogurty, przekąski, musli, ciasteczka, napoje roślinne, a nawet produkty, w których w Polsce raczej nie spodziewalibyśmy się płatków owsianych. Trudno było oprzeć się wrażeniu, że dla Finów owies jest tym, czym dla Włochów pszenica, a dla Azjatów ryż.
Nie jest to przypadek. Surowy klimat i krótkie lato sprawiają, że owies od wieków jest jednym z najlepiej udających się zbóż w Finlandii. Dziś kraj ten należy do światowych liderów w jego uprawie, a owies stał się nie tylko ważnym elementem tradycyjnej kuchni, ale także symbolem nowoczesnego, zdrowego odżywiania.
Nam szczególnie przypadły do gustu gęste jogurty z dodatkiem owsa i lokalnych owoców oraz ogromny wybór produktów owsianych, jakiego wcześniej nie widzieliśmy w żadnym innym kraju. Dopiero tam zrozumieliśmy, dlaczego mówi się, że Finlandia jest światową stolicą owsa.
Nic dziwnego, że właśnie w Finlandii powstało wiele produktów owsianych znanych dziś na całym świecie. Po kilku dniach zakupów sami zaczęliśmy sięgać po nie niemal odruchowo.










Dzisiaj trasa prowadzi drogą rowerową przy E8. Jest asfaltowa i jeżdżą nią nie tylko rowery. Widzieliśmy znak ostrzegający przed narciarzami, widocznie gdzieś tam prowadzi trasa dla biegaczy narciarskich. Latem zaś narciarze trenują na ścieżkach rowerowych na nartorolkach i rolkach.





Po wczorajszym deszczu nie było ani śladu, wyszło słońce i nawet zrobiło się na tyle ciepło, że z chęcią zjedliśmy lody w sympatycznym miejscu przy starym kamiennym moście.












Jedziemy ciesząc się pełnią lata zupełnie nie spodziewając się, że trafimy na odcinek remontowanej drogi. Dojechaliśmy do miejsca z sygnalizacją świetlną i tablicą informacyjną gdzie stali pracownicy drogowi w roboczych strojach. Nie wiedzieliśmy co oznaczają napisy po fińsku na tablicy, ale nie przejmowaliśmy się tym bo usłyszeliśmy w pewnym momencie „Go” od jednego z pracowników w kombinezonie i odblaskowej kamizelce, który pokazał ruchem ręki abyśmy jechali. Ruszyliśmy zadowoleni, że roboty drogowe pewnie trwają na małym odcinku i droga nie jest całkowicie zamknięta. Okazało się jednak, że dalej droga była w remoncie na całej szerokości i wtedy pracownicy pokazywali, którędy mamy jechać, a w pewnym momencie na odcinku gdzie pracowała koparka zostaliśmy na moment zatrzymani. Po czym podjechał samochód z żółtym „”kogutem i wyświetlaczem na dachu. Najpierw pojawił się na wyświetlaczu napis „Follow me” i samochód jechał wolno tak abyśmy za nim nadążali. Czyli dostaliśmy osobistego pilota. Samochód przeprowadził nas przez najtrudniejszy odcinek, po czym zjechał na bok, zatrzymał się i włączył na wyświetlaczu strzałki, z której strony mamy go ominąć. Pomachaliśmy kierowcy, który też nas pozdrowił podnosząc rękę.



Zrobiło się ciepło i dalsza jazda była w słońcu. Teraz trasa prowadziła drogą dla rowerów przy drodze E8. Fińska część Euro Velo 10 jest zdecydowanie płaska w porównaniu ze szwedzką więc taka jazda dłużyła się nam bo była monotonna. Mijaliśmy po drodze zakłady produkujące łodzie oraz kilka ośrodków rekreacyjnych z licznymi ścieżkami w lesie dla pieszych i dla rowerów mtb. Las wyglądał na taki zbliżony do naszych czystych sosnowych gdzie zawsze bez problemu można było zanocować w namiocie. Darek wypatrzył na mapie boczną drogę prowadzącą przez las. Uznaliśmy, że to mógłby być dobry pomysł znaleźć gdzieś tam odpowiednie miejsce na dzisiejszy biwak.



Jakiś czas jechaliśmy wąską drogą przez leśny kompleks, gdzie widziałam oznaczenia szlaków w lesie po jednej i po drugiej stronie. W końcu dojechaliśmy do bramy, która otwierała sieć szerokich ścieżek i zapraszała do eksploracji. Szli tamtędy ludzie z chłopcem, który okropnie hałasował. Wszyscy mieli kalosze i ubrania z długimi rękawami więc ubrani byli jak do lasu, tyle że było bardzo ciepło.
Za bramą czekała niewielka polana nad rzeczką. Stała tam wiata. Obok druga, z grillem pośrodku. Dalej drewutnia pełna porąbanego drewna. Przy wiacie wisiała konewka na sznurze do czerpania wody z rzeki. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, jak znakomicie przygotowano to miejsce do biwakowania.


















📖 🚲 Notatnik z drogi • W trasie
Jak znajdowaliśmy miejsca na nocleg?
Podczas takiej wyprawy miejsce noclegu staje się jednym z najważniejszych punktów każdego dnia. Oprócz 5 hoteli, reszty nie mieliśmy zarezerwowanej z wyprzedzeniem, bo pogoda, tempo jazdy i nieprzewidziane sytuacje potrafiły zmienić plan w ciągu kilku godzin. Jednocześnie nie mogliśmy po prostu skrócić etapu. Nad całą podróżą wisiał termin powrotnego promu, więc każdego dnia trzeba było przejechać zaplanowany dystans.
Na początku Darek zakładał, że bez problemu będziemy nocować w lasach. Rzeczywistość szybko zweryfikowała ten pomysł. Wiele z nich było zbyt gęstych, podmokłych albo zwyczajnie nie nadawało się do rozbicia namiotu. Z czasem nauczyliśmy się rozglądać za innymi miejscami – plażami, shelterami, niewielkimi parkingami czy terenami rekreacyjnymi. Czasami było to spokojniejsze miejsce niż camping.
Paradoksalnie, gdy trafialiśmy na miejsce bezpieczne, spokojne i pozwalające wygodnie przenocować, przestawaliśmy szukać dalej. Doświadczenie podpowiadało, że nie warto ryzykować w nadziei, że za kilka kilometrów będzie jeszcze lepiej. Czasem najlepszą decyzją było zatrzymać się tam, gdzie właśnie dopisało nam szczęście.

Tour de Bothnia Gulf – Stage 20
Kalajoki (wiata w lesie nad rzeką) -> Sven Camping przed Jakobtsad (108 km)
Wyjechaliśmy z pięknego miejsca naszego noclegu w lesie nad rzeczką i od razu rozebraliśmy się z drugiej warstwy. Było słonecznie i lekko chłodzący wiatr. Czyli „klimatyzacja” ustawiona idealnie 👌. Nawet a bit warmer jak to stwierdziła dziewczyna sprzedająca lody w Kokkolan. Cały dzień jechaliśmy ścieżkami rowerowymi albo drogami o małym ruchu w terenie wiejskim. Tego dnia trzy razy mijaliśmy niemiecką parę podróżującą z sakwami. Byli już drugi miesiąc w drodze. Opaleni jak po wakacjach na południu Europy, choć przyjechali z Norwegii. My co prawda jesteśmy krótko poza domem ale i tak już zapomnieliśmy jak to jest gdy dzień do dnia podobny.
Teraz czas płynął już zupełnie innym rytmem. Nie miało znaczenia, czy był poniedziałek czy piątek. Ważniejsze było to, czy w nocy spadnie deszcz, czy rano namiot będzie suchy i jak daleko jest do najbliższego sklepu. Mamy żelazny zapas liofilizowanych dań, ale wolimy kupić świeże owoce i warzywa oraz próbować lokalnych produktów. Chociaż bardzo mi przypadły do gustu suszone maliny. Są super do owsianki z jogurtem.


















📖 🚲 Notatnik z drogi
Drugie życie opakowań
Skandynawia od lat należy do europejskich liderów recyklingu. Nie jest to jednak zasługa wyłącznie przepisów, ale przede wszystkim systemów, które sprawiają, że segregowanie odpadów jest proste i opłacalne.
Najbardziej widocznym przykładem są automaty do zwrotu plastikowych butelek i metalowych puszek. Można je spotkać niemal w każdym większym sklepie. Za oddane opakowania klient otrzymuje kupon z wartością kaucji do wykorzystania przy kolejnych zakupach. Widzieliśmy, jak korzystają z nich całe rodziny – dla nikogo nie było to wyjątkowe wydarzenie, lecz zwyczajna część codziennych zakupów.
Zwróciły naszą uwagę również pojemniki przeznaczone specjalnie na opakowania wielomateriałowe, takie jak kartony po mleku, sokach czy jogurtach. To kolejny element dobrze zorganizowanego systemu gospodarowania odpadami, który pokazuje, jak dużą wagę przywiązuje się tam do odzyskiwania surowców.
Po kilku tygodniach spędzonych w Szwecji i Finlandii trudno było nie odnieść wrażenia, że segregacja odpadów nie wynika z obowiązku. Jest po prostu naturalnym nawykiem.

























Camping Sven, do którego dziś dojechaliśmy nie był już tak nowoczesny jak poprzednie miejsca, ale miał wszystko, czego potrzebowaliśmy – kuchnię, jadalnię, ciepły prysznic i pomost nad rzeką. W części dla namiotów na dużej łące nad rzeką stał już jeden namiot przed którym zauważyłam rower z bagażami. Właściciel namiotu i roweru nie był jednak skory do rozmowy i następnego dnia jedynie powiedział 'hej 'gdy już odjeżdżał.






Tour de Bothnia Gulf – Stage 21
Sven Camping -> Jakobtsad (fiń. Pietarsaari) -> Maxmo – fajne jeziorko (103 km)
Wczoraj wieczorem zasypialiśmy przy jednostajnym szumie dochodzącym z oddalonej fabryki. Rano okazało się, że to ogromna celulozownia UPM w Jakobstad.











Ciąg dalszy podróży po Finlandii. Dziś dla odmiany dzień w większości był pochmurny 🌥️ i bardziej szutrowy. Zatrzymaliśmy się po drodze w muzeum arktycznym zdając sobie sprawę jak ciężkie było życie w tym obszarze. Druga przerwa w bardzo ładnym miasteczku z parkiem. Tempo życia wolne, samochody jeżdżą wolno, ludzie nigdzie się nie spieszą. Szkoły zamknięte i puste bo są wakacje i jedyne miejsce gdzie coś się dzieje to sklep. Wieczorami, jak tu już zaobserwowaliśmy przez ostatnie kilka dni, długo widać słońce i wtedy spędzamy miło czas na koniec dnia. Dzisiaj jesteśmy nad leśnym jeziorkiem.





















Niewielki skansen Nanoq okazał się jednym z ciekawszych miejsc tego dnia. Opowieść o Grenlandii, wyprawach polarnych i życiu mieszkańców dalekiej północy uświadomiła nam, jak wymagające są tu warunki. Chyba z tych wszystkich wrażeń zostawiłam w muzeum bezrękawnik. Na szczęście zorientowałam się po niespełna kilometrze.


















W większości mijanych stacji benzynowych widzieliśmy jedynie samoobsługowy dystrybutor albo były tam tylko nieczynne i opuszczone budynki. Dlatego z przyjemnością zatrzymaliśmy się przy stacji benzynowej z bistro i sklepem, w którym można było kupić różne artykuły, napić się kawy i zjeść ciastko. Siedziało tam już kilka osób, a ja zwróciłam uwagę, że starsza para Finów, zarówno pani jak i pan, mieli takie same zegarki firmy Polar. Nie wiem czy używali go w celach sportowych, ale w końcu to fińska marka zegarków.


📖 🚲 Notatnik z drogi
Tam, gdzie łódź jest tak zwyczajna jak samochód
Jadąc wzdłuż wybrzeża Szwecji i Finlandii, szybko zrozumieliśmy, że Bałtyk wygląda tu zupełnie inaczej niż ten, który znamy z Polski. Zamiast szerokich, piaszczystych plaż ciągnących się kilometrami są tysiące wysepek, skalistych półwyspów, zatok i naturalnych przystani. Granica między lądem a morzem jest niezwykle poszarpana, a woda niemal wszędzie wdziera się głęboko w ląd.
To ukształtowanie wybrzeża wpływa również na codzienne życie mieszkańców. Przystanie, mariny i niewielkie pomosty spotykaliśmy niemal w każdej miejscowości, a łodzie i motorówki są tam po prostu środkiem transportu i sposobem na spędzanie wolnego czasu. Widzieliśmy też, że wiele domów miało własny pomost albo wspólny pomost dla kilku posesji.
Niejednokrotnie zwracaliśmy też uwagę, że przed domem stoi nie tylko samochód, ale również zacumowana łódź. Czasem nawet odnosiliśmy wrażenie, że jest ona równie ważnym elementem wyposażenia gospodarstwa domowego jak auto.
Dopiero wtedy zrozumieliśmy, dlaczego życie nad morzem wygląda tu zupełnie inaczej niż nad polskim wybrzeżem.













Minęliśmy pomnik upamiętniający bitwę pod Oravais z 1808 roku. Dalej szlak odbił w las, prowadząc historyczną ścieżką.













Wieczorem wykąpaliśmy się w niewielkim leśnym jeziorze. Woda była ciepła, a zachodzące powoli słońce złociło plażę. Po całym dniu jazdy trudno było wyobrazić sobie lepsze zakończenie etapu.
Tour de Bothnia Gulf – Stage 22
Maxmo (plaża nad leśnym jeziorkiem) -> Harrstrom Camping (116 km)
Kiedy kończyłam myć zęby nad jezioro przybiegły trzy kobiety. Zdjęły buty, wskoczyły do wody, a po krótkiej kąpieli ubrały się i pobiegły dalej. Powiedziały, że trenują maratony i do domu zostało im jeszcze pięć kilometrów. Patrząc na ich świetną formę pomyślałam, że po powrocie do Polski też wrócimy do biegania.


Dziewczyny naładowane endorfinami biegowymi, a my kaloriami ze śniadania ruszyliśmy w swoją drogę.















W mijanym mieście Vaasa nic szczególnego nie zajęło naszej uwagi. Zatrzymaliśmy się tylko na jedną fotkę na bulwarze, potem przejazd przez most i już byliśmy na drodze wyjazdowej. Zdecydowanie lepiej jedzie się wiejskimi drogami i z dala od ulic miasta.






Zauważyliśmy za to, że właśnie od Vaasa zaczęły się oznaczenia trasy EV 10. Były na tyle czytelne i tak często, że można było praktycznie zrezygnować z patrzenia na ślad GPX. W Szwecji nie widzieliśmy nigdzie najmniejszego znaczka EV 10, szlak bazował na lokalnych trasach rowerowych. W tej części w Finlandii to się już zmieniło.






Ponieważ było słonecznie i wjechaliśmy na odkryty teren, to bardzo nam dziś smakowały soczyste owoce. Na jednym z pit stopów w markecie w Sundom kupiliśmy arbuza, aby ugasić nim pragnienie. Posiedzieliśmy chwilę w przyjemnym cieniu na ławce pod sklepem. Dalszy odcinek trasy prowadził szutrową drogą przez pola. Było bardzo widokowo bo otwierała się dolina z szachownicą różnokolorowych pól, ale powietrze zrobiło się parne, nie było nawet odrobiny cienia i szuter w takich warunkach stał się mało przyjemny. Kiedy chciałam sięgnąć po nóż, żeby ukroić kawałek daktylowego batonika, kieszonka była pusta. Najbardziej prawdopodobne było, że nóż został na ławce pod sklepem w Sundom, gdzie kroiliśmy arbuza.
W pierwszej chwili chciałam po niego wracać, ale gdy pomyślałam o 8 km szutru w tym skwarze i potem kolejne 8 km powrotu, to z żalem ale odpuściłam. Darek obiecał, że kupi mi nowy nóż i tylko dlatego dałam się przekonać, że wracanie się pod sklep nie jest dobrym pomysłem. Pogodziłam się z tym dopiero po wielu dniach. Był to prezent od syna i właśnie dlatego jego utrata bolała bardziej niż zgubienie zwykłego scyzoryka. To coś więcej niż nóż do krojenia, lecz raczej pamiątka o emocjonalnej wartości.









Wybrany na mapie camping okazał się trochę niezorganizowanym miejscem. Najpierw nie wiadomo było gdzie jest recepcja. Gdy zapytaliśmy dziewczyny, które sprzedawały jakieś dania w barze na terenie, który wskazywał na obszar campingu, nie bardzo się orientowały. Odpowiedziały, że one tylko sprzedają tutaj napoje, lody i jakieś smażone dania. Miejsce było ładnie położone w zatoczce z małym portem, ale okazało się dość tłumne i głośne. Ktoś pokazał nam kartkę z numerem telefonu i konta bankowego, na które wpłaca się opłatę za pobyt. Zaczęliśmy szukać jakiegoś miejsca, które byłoby odpowiednio oddalone od sklepiku i stolików z jedzącymi ludźmi. Wszędzie jednak ktoś chodził, biegały dzieci z wędkami. Panował ogólny chaos i nie było żadnego spokojnego zakątka gdzie moglibyśmy czuć się komfortowo. Ponieważ nie o takim miejscu na nocleg myśleliśmy po zastanowieniu podjęliśmy decyzję aby pojechać dalej poszukać czegoś bardziej kameralnego.





Darek sprawdził, że na mapie jest oznaczony teren rekreacyjny, który okazał się placem zabaw we wsi. To miejsce było obok budynku, który był czymś w rodzaju świetlicy. Teren był ogrodzony i miał wykoszoną trawę, ale furtka i brama były otwarte. Rozejrzeliśmy się po okolicy. Na placu była piaskownica i kilka urządzeń do zabawy. Dodatkowo zobaczyliśmy ławki i stolik oraz „boisko” do gry w boule. Znaleźliśmy też kule do tej gry. Najważniejsze jednak, że było cicho i spokojnie. Zmiana miejsca noclegu była bardzo dobrą decyzją.











Tour de Bothnia Gulf – Stage 23
Harrstrom – plac zabaw -> plaża przy Skaftundvagen (102 km)
Rano stanęłam na mostku statku na placu zabaw i przez chwilę poczułam się jak kapitan morskiej wyprawy. Kurs wyznaczony – płyniemy… a właściwie jedziemy dalej na południe!















Widząc granatowe niebo za swoimi plecami czuliśmy, że powinniśmy przyspieszyć. Wyglądało jednak na to, że jedziemy w przeciwnym kierunku niż nadciągające chmury burzowe. Tym razem nam się udało. Zrobiło się mniej słonecznie, ale na razie nie padało.
























Bardzo podobała mi się wizyta w najmniejszym fińskim miasteczku – Kaskinen (szw. Kaskö). Leży ono na wyspie, z lądem połączone jest jedynie mostem. Przejeżdżając główną ulicą, podziwialiśmy piękną drewnianą zabudowę. Miasteczko przypominało plan filmowy po apokalipsie – rzędy zadbanych, ale pustych domów sprawiały wrażenie, jakby ich mieszkańcy zniknęli w niewyjaśnionych okolicznościach.
Co jakiś czas mijaliśmy domy gdzie były sklepy, galerie, muzeum czy hotel, jednak wszechobecna cisza i brak jakiegokolwiek ruchu podpowiadały, że wszystko jest zamknięte.
Tym większym zaskoczeniem był widok światła w oknach lokalu z szyldem informującym, że jest jednocześnie pubem, kawiarnią i restauracją. Nieśmiało nacisnęłam klamkę. Drzwi ustąpiły, a w środku przy jednym ze stolików siedziały trzy osoby, żywo – jak na fińskie standardy – rozmawiając. Za barem pojawił się mężczyzna w koszulce z napisem „Chief”. Na pytanie, czy można zjeść obiad, odpowiedział z uśmiechem, wymieniając dania dostępne tego dnia.
Był piątek, więc w menu znalazła się ryba, gotowane w mundurkach ziemniaki, sos i kilka surówek. Na deser podawano kremowy jogurt z owocami, a do posiłku – wodę i kawę, które każdy nalewał sobie sam, w dowolnej ilości. Nałożyliśmy na talerze po trochu wszystkiego. Wyglądało i smakowało jak prawdziwy domowy obiad przygotowany na miejscu.
Jedząc, rozglądaliśmy się po wnętrzu. Lokal wyglądał, jakby niewiele zmieniło się w nim przez ostatnie kilkadziesiąt lat. Właściciel potwierdził nasze przypuszczenia. Prowadzi to miejsce od dłuższego czasu. Gości nie ma wielu – zaglądają przede wszystkim stali bywalcy, mieszkańcy miasteczka i pracownicy okolicznych zakładów wpadający na lunch. Nie eleganccy urzędnicy, lecz ludzie w roboczych ubraniach.
To był jeden z tych momentów, których nie da się zaplanować. Przez chwilę mogliśmy zobaczyć, jak wygląda codzienne życie w maleńkim fińskim miasteczku na wybrzeżu Zatoki Botnickiej. Nie w muzeum ani w turystycznej atrakcji, lecz przy zwykłym obiedzie, w starym pubie gotującym dla kilkunastu osób. O czymś takim nie przeczytałam w żadnym przewodniku.
Dowiedzieliśmy się jeszcze, że po godzinie piętnastej lokal jest zamykany, a jego właściciel jedzie do drugiej pracy – jako ochroniarz. Tym bardziej cieszy mnie, że wciąż znajduje czas i chęci, by prowadzić to miejsce. Dzięki temu mogliśmy na chwilę zajrzeć do świata, którego większość turystów prawdopodobnie nigdy nie zobaczy.
📖 🚲 Notatnik z drogi
Cisza ma swój adres
Po kilku dniach jazdy zaczęliśmy zadawać sobie to samo pytanie: gdzie są wszyscy?
Przejeżdżaliśmy przez miasteczka z zadbanymi domami, szkołami, sklepami i przystaniami, ale na ulicach często nie było prawie nikogo. Samochody stały na podjazdach, trawniki były świeżo skoszone, a jednak trudno było spotkać przechodniów.
Początkowo wydawało nam się to dziwne. W Polsce nawet niewielkie miejscowości sprawiają wrażenie bardziej ruchliwych. Dopiero z czasem zrozumieliśmy, że w Skandynawii to zupełnie normalny obraz.
Szwecja i Finlandia należą do najsłabiej zaludnionych krajów Europy. Poza największymi miastami przestrzeni jest ogromnie dużo, a mieszkańców stosunkowo niewielu. Do tego dochodzi styl życia – wiele spraw załatwia się samochodem, a część osób pracuje zdalnie. Efekt? Miejscowości sprawiają wrażenie niemal opustoszałych, choć w rzeczywistości po prostu żyją znacznie spokojniejszym rytmem.
Bywało, że przejeżdżaliśmy przez całe centrum niewielkiego miasta i przez kilka minut nie minęliśmy ani jednego pieszego. Za to na parkingu przed supermarketem nagle pojawiało się kilkadziesiąt samochodów. Życie toczyło się inaczej, niż byliśmy do tego przyzwyczajeni. Po pewnym czasie przestaliśmy odbierać tę ciszę jako coś niezwykłego. Stała się częścią skandynawskiego krajobrazu – równie charakterystyczną jak lasy, jeziora czy czerwone drewniane domy.

Kolejnym punktem na naszej trasie było miasto Kristinestad (fiń. Kristiinankaupunki). Najpierw przejechaliśmy przez jego zabytkową, drewnianą część z kościołem i ratuszem. Zatrzymaliśmy się na chwilę, zostawiając rowery obok czegoś, co wzięliśmy za nieczynną studnię.
Po chwili okazało się, że byliśmy w błędzie. Podjechał samochód, z którego wysiadł młody mężczyzna. Nacisnął przycisk przy pompie i napełnił wodą duży pojemnik. Skoro mieszkańcy korzystają z tego ujęcia, uznaliśmy, że i my możemy uzupełnić nasze bidony. Kilka naciśnięć przycisku i znów mieliśmy zapas świeżej wody na dalszą drogę.






Przez pozostałą część miasta przejechaliśmy już dość szybko. Droga opadała w kierunku mostu, więc nie było zbyt wielu okazji do zatrzymywania się i zwiedzania. Zresztą pogoda ponownie pokazała swoje skandynawskie oblicze – niebo zasnuło się ciemnymi chmurami, a nam coraz bardziej zależało na znalezieniu spokojnego miejsca na nocleg.


Kiedy zobaczyliśmy drogowskaz prowadzący do miejsca przeznaczonego do kąpieli, uznaliśmy, że warto tam zajrzeć. Na miejscu czekał pomost, piaszczysto-kamienista plaża, damska i męska przebieralnia, toaleta oraz niewielka altana. Było wszystko, czego potrzebowaliśmy.
Jedynym problemem okazało się podłoże. Większą część polany zajmował wysypany żwirem parking, w który trudno było wbić szpilki namiotu. Przenieśliśmy się więc bliżej trawy i drzew. Zbierające się nad nami chmury skutecznie zniechęciły nas do dalszych poszukiwań. Postanowiliśmy, że właśnie tutaj zakończymy dzisiejszy etap podróży.


Z ciekawości spróbowałam wody przy plaży. Była słona, więc wiedzieliśmy już, że to morze. Do picia i zaparzenia kawy nadawała się tylko ta, którą wcześniej nabraliśmy przy studni w Kristinestad. Fińskie wybrzeże potrafi być mylące. Patrząc przed siebie, ma się wrażenie, że po drugiej stronie jest stały ląd. Dopiero mapa pokazuje, że to tylko jedna z niezliczonych wysp rozsianych po Zatoce Botnickiej.
Tour de Bothnia Gulf – Stage 24
Plaża przy Skaftundvagen -> Pori (104 km)
Wjechaliśmy w obszar frontu niżowego. Na początek dnia zrobiliśmy szybką ewakuację z namiotu do domku na plaży gdzie nocowaliśmy. Co prawda biwakowaliśmy pomimo zakazu (pierwszy raz widzieliśmy takie oznakowanie chociaż rozbijaliśmy namiot wiele razy w takich miejscach). Pogoda była pod psem więc nikt się tam nie pojawił, a my posprzątaliśmy po sobie zgodnie z zasadą zostawienia miejsca takim jak je zastaliśmy. Gdy byliśmy spakowani i gotowi do jazdy wyszło słońce, zatem kolejny dzień powitała nas zmienna skandynawska aura.




Z przyjemnością usiedliśmy przy stoliku z kawą i słodką bułką w niewielkim sklepie przy drodze. Takie miejsca służą nie tylko do robienia zakupów. To także przestrzeń, w której mieszkańcy spotykają się i rozmawiają.
Od starszego pana siedzącego obok dowiedzieliśmy się, że w tej części Finlandii dwujęzyczne napisy podawane są najpierw po szwedzku, a dopiero potem po fińsku. Wynika to z tego, że większość mieszkańców regionu stanowią szwedzkojęzyczni Finowie. W innych częściach kraju kolejność jest odwrotna.
Usłyszeliśmy również, że ten niewielki sklep funkcjonuje tylko dzięki rządowym dopłatom. Do najbliższego supermarketu w Merikarvii jest około 25 kilometrów. Trudno się temu dziwić – po drodze mijaliśmy wiele zamkniętych sklepów i pustych lokali usługowych. To one w dużej mierze tworzyły obraz cichych, powoli wyludniających się miasteczek.












Zaskakujące było to, że wraz z zamykaniem sklepów nie znikała infrastruktura. Wręcz przeciwnie. Drogi są w bardzo dobrym stanie, a infrastruktura rowerowa robi ogromne wrażenie. Dzisiejszy etap przejechaliśmy w całości po asfalcie. W każdej miejscowości czekały na nas oznakowane drogi dla rowerów, a w okolicach większych miast ich sieć rozpoczynała się już wiele kilometrów wcześniej, tworząc spójne połączenia z sąsiednimi osiedlami i miasteczkami. To naprawdę marzenie każdego rowerzysty. Tej jednej rzeczy zazdrościliśmy Skandynawom niemal każdego dnia. Nie chodzi o krajobrazy ani bogactwo, lecz o sposób planowania przestrzeni. Rowerzysta nie jest intruzem, któremu pozostawiono metr pobocza. Jest pełnoprawnym uczestnikiem ruchu, dla którego zaprojektowano bezpieczną i ciągłą trasę. Gdy droga rowerowa przecina ruchliwe ulice, często prowadzi tunelem. Gdy spotyka się z przejściem dla pieszych, obok zebry znajduje się osobny przejazd dla rowerów. Dzięki temu przez setki kilometrów można po prostu jechać, zamiast co chwilę zatrzymywać się, schodzić z roweru i zastanawiać, jak bezpiecznie pokonać kolejne skrzyżowanie. W Finlandii doszły do tego widoczne oznaczenia tras rowerowych, które miały swoje oznaczenia numerami szlaków, m.in. naszego EV 10.















Gdy droga prowadzi jak po sznurku, można skupić się na podziwianiu mijanych widoków, wiejskich krajobrazów i cieszyć się podróżowaniem pomimo niezbyt sprzyjających jak na rower warunków pogodowych.















Meta dzisiejszego etapu była w Pori, gdzie mieliśmy zarezerwowany pokój w hotelu. Jakieś 20 km przed centrum zaczęła się droga rowerowa prowadząca przedmieściami i obszarem gdzie ciągnęły się tereny leśne i camping. W hotelu nasze rowery tym razem nie spały razem z nami w pokoju, tylko dostały klucz do boksu rowerowego.
Tour de Bothnia Gulf – Stage 25
Hotel w Pori -> camping Pyharanta (115 km)
Do końca naszej rowerowej podróży zostały już tylko dwa etapy po Finlandii. Można by pomyśleć, że wszystko, co najciekawsze, mieliśmy już za sobą i teraz pozostanie nam jedynie spokojnie dojechać do celu. Nic z tego. Ostatnie dni postanowiły przypomnieć nam, że w podróży niczego nie można być pewnym. Emocji zdecydowanie nie zabrakło. Ale o tym za chwilę.
Po wczorajszym wysiłku byliśmy na tyle zmęczeni, że po prostu cieszyliśmy się z hotelowego pokoju. Po kilku dniach spania w namiocie mogliśmy na chwilę przestać myśleć o pogodzie, rozbijaniu obozowiska i porannym pakowaniu. Rano zjedliśmy spokojne hotelowe śniadanie i bez pośpiechu ruszyliśmy na ostatni dłuższy etap naszej fińskiej części wyprawy.






























Już na przedmieściach po raz kolejny zachwycałam się infrastrukturą rowerową. Szerokie, wygodne drogi dla rowerów prowadziły obok tras spacerowych i biegowych. Korzystali z nich rowerzyści, rolkarze, biegacze, rodziny z dziećmi i osoby spacerujące. Pomyślałam wtedy, że naprawdę dobrze musi się mieszkać w miejscu, gdzie aktywność na świeżym powietrzu jest tak naturalną częścią codzienności.












Dalej krajobraz znów stał się spokojny. Pola, lasy i niewielkie gospodarstwa towarzyszyły nam przez kolejne kilometry. Dopiero po przerwie w przydrożnym barze poczuliśmy, że coś się zmienia. Powietrze zrobiło się ciężkie i duszne, a gdzieś w oddali rozległy się pierwsze grzmoty.
Spojrzeliśmy za siebie. Burza nie miała zamiaru odpuścić.
Bez słowa przyspieszyliśmy. Każdy kilometr dawał nadzieję, że uda się uciec przed deszczem. Kiedy dojechaliśmy do Eurajoki, wiedzieliśmy już, że tym razem pogoda wygra. Schroniliśmy się pod dachem supermarketu. Chwilę później zerwał się silny wiatr i lunęło jak z cebra.
Czekając, obserwowaliśmy zwyczajne życie wokół nas. Mieszkańcy robili zakupy, samochody przyjeżdżały i odjeżdżały, a my zastanawialiśmy się, czy burza w końcu odpuści. W pewnym momencie uznaliśmy, że nie możemy przecież czekać aż sklep zostanie zamknięty. Założyliśmy przeciwdeszczowe ubrania i wykorzystując krótką chwilę słabszego deszczu, ruszyliśmy dalej.






Szlak wyprowadził nas między polami w stronę okazałej posiadłości pod Eurajoki. Zdążyliśmy tylko rzucić na nią okiem. Deszcz skutecznie odebrał nam ochotę na dłuższy postój.




Na szczęście po kilkunastu kilometrach chmury zaczęły się rozstępować. Przestaliśmy walczyć z wodą zbierającą się w fałdach peleryn i mogliśmy znowu po prostu cieszyć się jazdą.
Do Raumy wjechaliśmy już przy suchej nawierzchni. Najpierw minęliśmy marinę, bo właśnie tam prowadziła droga rowerowa, a chwilę później znaleźliśmy się w zabytkowej dzielnicy pełnej drewnianych domów z XVIII wieku. Po emocjach związanych z burzą był to niemal nierzeczywisty widok. Jadąc wolno wśród tych uliczek, trudno było uwierzyć, że jeszcze godzinę wcześniej uciekaliśmy przed ulewą.





















Takie są właśnie rowerowe podróże. Jednego dnia najważniejsze staje się znalezienie schronienia przed burzą, a chwilę później zachwycasz się miejscem wpisanym na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. I chyba właśnie za tę nieprzewidywalność lubimy je najbardziej.
Nasyciwszy oczy widokiem wąskich uliczek, dekoracyjnych elewacji różnokolorowych parterowych domów wyjeżdżamy z Raumy i kierujemy się do Pyharanta. Tam jest camping gdzie mamy spędzić ostatnią noc w Finlandii.






Camping cieszył się świetnymi opiniami, przede wszystkim za sprawą sympatycznych właścicieli. Nie mieliśmy jednak okazji przekonać się o tym osobiście, bo gdy dotarliśmy na miejsce, recepcja była już zamknięta. Na tarasie siedział za to młody mężczyzna, który pokazał nam pozostawione dla późno przyjeżdżających gości informacje dotyczące zakwaterowania.
Kiedy zauważył nasze rowery, wspomniał, że niedawno nocowali tu również rowerzyści i rozbili namiot na trawie tuż nad brzegiem. Była tam ławka i stolik, a miejsce od razu przypadło nam do gustu.
Łazienki i kuchnia pozostawały otwarte, więc mogliśmy bez problemu z nich skorzystać. Camping okazał się niewielki, spokojny i bardzo klimatyczny. Rozstawiliśmy namiot, ustawiliśmy rowery tuż obok, wzięliśmy prysznic i szybko położyliśmy się spać.
Przed snem jeszcze raz przejrzeliśmy plan na kolejny dzień. Do Turku prowadził ostatni etap naszej fińskiej części wyprawy. Mimo że Darek zmodyfikował trasę, nadal czekało nas ponad 700 metrów przewyższenia i dystans niewiele krótszy od poprzednich dni. Nie mogliśmy sobie pozwolić na opóźnienie – na prom należało dotrzeć co najmniej godzinę przed odpłynięciem. Budzik nastawiliśmy na szóstą rano.
Tour de Bothnia Gulf – Stage 26
camping Pyharanta -> Turku (102 km)
Noc na ostatnim fińskim campingu nie należała do spokojnych. Sen był płytki. Z jednej strony ciągle wracały myśli o tym, że następnego dnia musimy sprawnie dojechać do Turku i zdążyć na prom. Z drugiej – od około drugiej w nocy słyszeliśmy coraz mocniejszy deszcz uderzający o tropik namiotu. Do tego z każdą godziną przybierał na sile wiatr, który szarpał namiotem tak mocno, że trudno było z powrotem zasnąć.
W pewnym momencie usłyszeliśmy charakterystyczny huk. To przewróciły się stojące obok namiotu rowery.
Nie było już sensu czekać. Zaczęliśmy pakować rzeczy jeszcze wewnątrz namiotu, starając się wykorzystać każdą suchą chwilę. Kiedy wszystko było gotowe, każdy z nas chwycił tyle bagażu, ile był w stanie unieść. Najbezpieczniejszym miejscem wydawała się campingowa kuchnia. Kilka kursów między namiotem a budynkiem wystarczyło, żebyśmy przemokli do suchej nitki.
Darek zajął się rowerami, a ja zaczęłam składać namiot.
To był błąd, którego już więcej nie popełnię. Wyciągnęłam szpilki, nie zastanawiając się, że właśnie odebrałam namiotowi jedyne zakotwiczenie. Silny podmuch wiatru natychmiast zamienił go w ogromny żagiel. Przez chwilę walczyłam z nim bezskutecznie. Nie było szans na spokojne składanie. Złapałam więc cały namiot i, trzymając go z całych sił, pobiegłam z nim na taras głównego budynku. Po drodze linki zaczepiały o stojące tam krzesła i stoliki, przewracając je jedno po drugim. Dopiero w osłoniętym miejscu udało mi się opanować sytuację i na spokojnie złożyć namiot.
Kiedy chwilę później przyszedł Darek, ze zdziwieniem spojrzał na porozrzucane meble. Taras wyglądał tak, jakby właśnie przeszedł przez niego niewielki tajfun albo ktoś stoczył tam solidną bójkę.
Gdy cały nasz dobytek znalazł się już pod dachem, wróciliśmy do kuchni. Tam mogliśmy spokojnie dopakować sakwy i zjeść szybkie śniadanie. Wydawało się, że deszcz trochę osłabł. A może po prostu bardzo chcieliśmy w to uwierzyć.
Nie było już czasu na dalsze rozważania. Wsiedliśmy na rowery i ruszyliśmy w stronę Turku.





















Plan na ten dzień był prosty: jedziemy bez zbędnych przystanków i musimy zdążyć na prom. Przez całą drogę nie zatrzymywaliśmy się na zdjęcia ani zwiedzanie. Liczył się tylko czas. Dzięki temu 100-kilometrowy etap pokonaliśmy w rekordowym c zaie i do Turku dotarliśmy już około piętnastej.
Okazało się, że… niepotrzebnie się spieszyliśmy.
Do rozpoczęcia odprawy pozostawało jeszcze sporo czasu. Schroniliśmy się więc w ciepłym, przytulnym barze, gdzie zjedliśmy kanapki i ciastko. Po porannych przygodach był to pierwszy moment tego dnia, kiedy mogliśmy usiąść i naprawdę się odprężyć.
Spokój nie trwał jednak długo.
Ze względu na remont terminalu promowego dostaliśmy mapkę z wyznaczoną drogą do tymczasowego punktu check-in. Kiedy tam dotarliśmy, zaczął padać deszcz. Punkt odprawy był jeszcze zamknięty, więc pozostawało nam tylko czekać pod gołym niebem w przeciwdeszczowych pelerynach.
Stopniowo dołączali kolejni podróżni. Najwięcej było motocyklistów, którzy – podobnie jak my – nie mieli gdzie schronić się przed deszczem. W zdecydowanie lepszej sytuacji byli kierowcy samochodów. Mogli siedzieć w suchym wnętrzu swoich aut, wysiadając jedynie na chwilę do tymczasowych toalet albo kiosku z lodami.
W końcu przy nabrzeżu pojawił się nasz prom. Najpierw z jego wnętrza wyjechały samochody i wyszli piesi pasażerowie. Dopiero wtedy obsługa mogła przygotować pokłady do kolejnego rejsu. Prom kursował bez przerwy między Finlandią a Szwecją, więc cały proces przypominał dobrze zorganizowaną zmianę warty.
Na wejście do kabin również musieliśmy jeszcze chwilę poczekać – najpierw ekipy sprzątające kończyły przygotowywanie wszystkich pomieszczeń.
Wieczorem poszliśmy na kolację do ogromnej promowej restauracji zajmującej niemal cały pokład. Sił na zwiedzanie statku już nam jednak zabrakło. Po tak intensywnym dniu marzyliśmy tylko o łóżku. Zasnęłam niemal natychmiast i nawet nie pamiętam porannej pobudki następnego dnia.
Tour de Bothnia Gulf – Stage 27
Stokholm -> Nynäshamn (68 km)
To już tylko etap pośredni pomiędzy dwoma terminalami promowymi. Sztokholm powitał nas tym razem słońcem. Ponieważ płynęliśmy inną linią niż gdy byliśmy tu ostatnio to do śladu w zegarkach, który mieliśmy z tamtego wyjazdu musieliśmy najpierw dojechać przez miasto.





To była dobra okazja żeby jeszcze spojrzeć na miasto i znaleźć jakieś miejsce na śniadanie. Z tym drugim było gorzej, bo godzina była dosyć wczesna (prom przypłynął o 6 rano), a o tej porze wszystkie kawiarnie, które mijaliśmy były zamknięte. Natomiast przejazd przez Sztokholm upewnił nas w zasłyszanym stwierdzeniu, że to miasto jest w ciągłym remoncie i przebudowie. My też teraz jechaliśmy objazdami dla dróg rowerowych i wszędzie widzieliśmy dźwigi, szalunki i tymczasowe przeprawy. Czyli z tym placem budowy to jednak prawda.















Droga do Nynäshamn w większości była dla nas znana, poznawaliśmy już niektóre miejsca, więc czuliśmy się jakbyśmy byli u siebie. To przyjemne uczucie, zwłaszcza, że byliśmy już bliżej domu i końca naszej podróży.





















Prom, którym wracaliśmy ze Szwecji do Gdańska płynie bardzo długo, więc mieliśmy bardzo dużo czasu na przemyślenia. Trudno jednak skupić myśli gdy promem buja pół nocy dość mocno. Zeszliśmy na pokład gdzie była restauracja. Przez okna widać było wysokie fale, a wiadomości z włączonego telewizora pokazywały prognozę pogodę: „nad Bałtykiem panują bardzo trudne warunki ze względu na przejście silnego huraganu Bernadette. Wystąpił silny sztorm, w porywach osiągający orkan. Wiatr wieje z ogromną siłą, a woda wdziera się na plaże.” Oglądaliśmy obrazy z powalonymi drzewami na domy z powodu silnego wiatru.
Spędziliśmy sporo czasu w oczekiwaniu na jakiś komunikat na promie. W końcu usłyszeliśmy, że prom ma przypłynąć z 4 godzinnym opóźnieniem. Czyli nie zdążymy na pociąg z Gdańska, na który mieliśmy kupione bilety. Darek sprawdził jakie są inne połączenia i zamienił bilety. Teraz pozostało czekać kiedy dopłyniemy. Czas dłużył się niemożliwie.
W końcu dobiliśmy do wybrzeża i jeszcze trochę trwało zanim prom wpłynął do właściwego miejsca w gdańskim porcie. Cieszyliśmy się, że mimo sztormu wszystko dobrze się skończyło. Jedyną zmianą planów było to, że zamiast spokojnego obiadu przed odjazdem pociągu kupiliśmy jedzenie na wynos i ruszyliśmy na dworzec.


Dopiero wieczorem, jadąc rowerem z dworca do domu, dotarło do mnie, że nasza podróż naprawdę się skończyła.
Przede mną na asfalcie znów pojawił się snop światła z rowerowej lampki.
Przez ponad trzy tygodnie w Skandynawii praktycznie jej nie używaliśmy. Długie dni i jasne wieczory sprawiały, że światło było zbędne. Tutaj znowu zrobiło się ciemno. Wystarczył ten jeden drobny szczegół, żebym poczuła, że wróciliśmy do innej szerokości geograficznej i do naszej codzienności.
Będzie mi brakowało długich skandynawskich wieczorów. Będzie mi brakowało ciszy, pustych dróg, drewnianych miasteczek, promów, bezpiecznych tras rowerowych i poranków, kiedy jedynym planem było ruszyć przed siebie.
Ale najbardziej będzie mi brakowało tego szczególnego poczucia wolności, które pojawia się, gdy wszystko, czego potrzebujesz, wieziesz na dwóch rowerach.
Patrząc z perspektywy całej wyprawy wiem, że jej największą wartością nie były przejechane kilometry ani zdobyte przewyższenia. Najcenniejsze okazały się wszystkie te sytuacje, których nie dało się zaplanować – rozmowy z przypadkowo spotkanymi ludźmi, noclegi znalezione w ostatniej chwili, ucieczki przed burzą, małe sklepy, stare puby i miejsca, o których nie piszą przewodniki.
To właśnie z nich powstała nasza Skandynawia bez pudrowania.
Po tej wyprawie wróciliśmy bogatsi nie tylko o kolejne kilometry na liczniku. Przywieźliśmy ze sobą doświadczenie, którego nie da się kupić ani przeczytać w żadnym przewodniku. Trzeba je po prostu przeżyć.
Najwięcej przywieźliśmy jednak nie w sakwach, lecz we wspomnieniach. Takich, które udało się zatrzymać w kadrach i słowach.
