Zafundowaliśmy sobie dobry sposób na wejście w sezon: bez wielkiej presji kilometrów, za to z poczuciem wolności i rytmu drogi. Plan jest taki: jedziemy pociągiem do Białegostoku i wracamy do domu przez dwa dni z nocowaniem w namiocie w lesie. To dało nam od razu poczucie przygody — budzimy się w Warszawie, a po kilku godzinach później jesteśmy już w zupełnie innym świecie. Trasa ma „dobry rytm” — najpierw wyjazd z Białegostoku, potem spokojniejsze tereny przez Suraż i dalej okolice Brańska. To już są rejony, gdzie można naprawdę poczuć przestrzeń i mniej cywilizacji. Drugiego dnia omijając Sokołów Podlaski, przekraczamy Liwiec w Wyszkowie i potem jedziemy przez kilka wsi (Zimnowoda, Wola Polska, Gęsianka, Stanisławów, Chobot i Sulejówek) by dotrzeć do domu.

Taki pierwszy wyjazd sezonu z pełnym ekwipunkiem i testowaniem logistyki ma zawsze specjalny klimat — nawet pakowanie staje się częścią wyprawy. Przypominamy sobie „co naprawdę będzie potrzebne” i ważymy każdy przedmiot żeby bagaż był jak najlżejszy. Włączamy myślenie o tym co kiedyś sprawdziło się, a co nie, albo coś po sytuacji „nigdy więcej bez tego nie jadę”. Samo pakowanie sprawia mi ogromną przyjemność poprzez takie przypominanie sobie poprzednich wycieczek. Wówczas wyjazd zaczyna się już wtedy, a nie dopiero po wyjściu z pociągu w Białystoku. Najbardziej jednak cieszę się na pierwszy postój na kawę z menażki i gdy po kilku godzinach jazdy, organizm nagle przypomina sobie: „aha, znowu żyjemy w trasie”. Bezcenny jest też ten moment rano, kiedy otwierasz namiot i przez chwilę jest absolutna cisza.

Jedziemy do Białegostoku

Miejsca dla rowerów w pociągu IC nie były zbyt komfortowe (czy ktoś kto projektował system umieszczania roweru na haku za przednie koło kiedykolwiek próbował zrobić to w wąskim korytarzu i nie był zbyt silną osobą?). Za to to gdy wysiadamy na dworcu Białystok Główny od razu czujemy, że to jest przyjazne miejsce. Na końcu peronu jest winda, do której bez problemu mieszczą się dwa rowery z bagażem. Windą dostajemy się na poziom tunelu, którym można wyjechać szeroką i dobrze oznaczoną drogą dla rowerów. Żadnych znaków zakazu jazdy rowerem, wszędzie pełnoprawna ścieżka rowerowa. To mi się podoba, czuć powiew Europy.

Trasa pierwszego dnia

Fajna rzecz w tej trasie:

  • jest sporo zielonych fragmentów,
  • mało miejscowościami po drodze,
  • dużo spokojnych odcinków
  • dobre tereny na namiot.

Ten pierwszy wyjazd sezonu z nocowaniem w lesie najbardziej zapamiętałam jednak nie jako kilometry i logistykę pakowania, tylko jako mokre od deszczu namiot, ubranie, sakwy i wszechobecną wilgoć.

Pierwsza godzina upłynęła jeszcze na podziwianiu pól i jazdę po suchym asfalcie. Potem jednak zaczęło się. Najpierw tylko kropiło, więc jeszcze jakoś dało się jechać bez pełnej ochrony przeciwdeszczowej. Myśleliśmy tak do momentu gdy zatrzymaliśmy na przerwę pod wiatą na posiłek. Deszcz jednak coraz bardziej się rozpędzał i wyjęliśmy schowane do tej pory pelerynki, które towarzyszyły nam do końca dnia.

Na naszej spokojnej trasie pojawia się inwestycja jakby z zupełnie innego świata. Mowa o nowym moście w rejonie Granne–Krzemień Wieś, łączącym woj. podlaskie i mazowieckie. Most ma ponad 400 metrów długości, ma też ścieżki pieszo-rowerowe i punkty widokowe na dolinę Bugu. To swoją drogą ciekawe, że podczas takich wypraw rowerowych jedziesz sobie przez spokojne wsie, lasy i mokre drogi, a obok powstają inwestycje będące częścią ogromnych europejskich korytarzy transportowych. Najbardziej niesamowite jest to, że po przejechaniu przez most i zjazd z niego gładziutkim asfaltem wzdłuż linii nowiutkich barierek, kawałek za wsią jedziesz znów drogą z resztkowym asfaltem i szutrem uzupełniającym dziury. Takie zderzenie nowoczesności z przeszłością. I coś jeszcze — dolina Bugu w tamtych rejonach ma nadal bardzo „dziki” charakter. Nawet przy nowych mostach wciąż można mieć poczucie końca świata i ten podlaski klimat, który bardzo pasuje do wypraw rowerowych: mgły rano nad rzeką, ogrom przestrzeni, mało ruchu, stare drewniane domy we wsiach.

Deszcz jakby trochę odpuścił, ale tylko na jakiś czas. Potem jeszcze dziś padało całkiem mocno zanim znaleźliśmy fajny sosnowy las, w którym rozbiliśmy namiot. Nawet na chwilę zawiesiłam na sznurku nasze pelerynki żeby nieco przeschły. Jednak wszechobecna wilgoć nie pozwoliła im nawet odrobinę być suche. Potem w trakcie rozpakowywania sakw Darek odkrył ze zdziwieniem, że śpiwór i namiot są częściowo mokre. Nie spodziewaliśmy się, że przeciwdeszczowe sakwy mogą okazać się nieszczelne. Woda wdarła się prawdopodobnie od dołu przez materiał typu cordura, który musiał stracić swoje właściwości po latach użytkowania. Na szczęście zapasowe ubrania zabezpieczone foliowymi torebkami strunowymi były suche.

Gdy zapadaliśmy w sen koiła nas cisza lasu, ptaki pochowały się gdzieś i nie śpiewały zbyt intensywnie. A nad ranem słychać było jak krople deszczu uderzają lekko w namiot.

Poranek w lesie i ruszamy dalej

Za każdym razem gdy mam wyjść z cieplutkiego śpiwora rano mam nieodłączną chęć znalezienia jakiejś wymówki aby odsunąć ten moment w czasie. Dzisiaj był to padający deszcz, który nie zachęcał do wychodzenia na zewnątrz. Mokry namiot, zimne ubrania rano to chyba jeden z najbardziej charakterystycznych momentów takich wyjazdów, a mimo to trzeba się spakować i ruszyć dalej. Wszystko jest wilgotne, człowiek jeszcze niewyspany, a rzeczy do spakowania mnóstwo.

Pierwszą warstwę ubrań zakładam ciepłą i suchą bo wieczorem włożyłam do śpiwora. Na poprawę humoru pijemy ciepłą kawę i zjadamy śniadanie bez wychodzenia z namiotu. Na samym końcu składamy mokry namiot. Gdy zdejmuję pokrowiec z naszych rowerów odkrywam sporą ilość sprytnych pająków, które schowały się tutaj przed deszczem. Niestety będą musiały zostać w lesie bo pasażerów na gapę nie zabieramy.

Trasa drugiego dnia

Kolejny dzień będzie wymagający bo etap jest dłuższy o jakieś 20 km i może nakładać się zmęczenie. Taki jest jednak cel: test psychiki i logistyki. Przy okazji okazało się, że był to także test sprzętu. Rano przestało działać urządzenie nawigacyjne. Wieczorem naładowałam je z powerbanka do 100%, a rano ekran pozostawał ciemny pomimo kilku prób włączenia. Dobrze, że mieliśmy jeszcze zapisany plik GPS w zegarkach choć wygodniej byłoby mieć widoczny ślad trasy na kierownicy przed sobą.

Przeciekające sakwy będą musiały ustąpić nowym, dodatkowo myślimy o dodatkowych workach do pakowania. Szczególnie na śpiwory, ubrania i elektronikę. Jest porządek w bagażu i zabezpieczenie przed wilgocią.

Padający deszcz (do południa zaliczyliśmy kilka przelotnych prysznicy) nie ułatwia jazdy. Momentami tak pada, że w zagłębieniu pelerynki zbiera się woda, którą muszę wylewać „za burtę”. Zaczyna mi być zimno w stopy bo buty są mokre od wczoraj. Zmiana skarpetek na suche niewiele pomaga, a ochraniacze na buty nie dają rady. Dlatego podczas jednej z przerw zakładam na stopy dodatkową warstwę – torebki foliowe, w których występuję już do końca. Dopisuję do listy rzeczy niezbędnych: outdoorowe skarpety wodoodporne. Koniecznie!

Podczas deszczowych dni na rowerze rodzi się doświadczenie wyprawowe. Po dobrej wycieczce człowiek nie wraca tylko z trasą w zegarku, ale z listą:

  • co działało,
  • co było zbędne,
  • co zawiodło,
  • czego brakowało,
  • i co naprawdę daje komfort.

I bardzo dobrze, że trafiliśmy na taki chrzest sezonu już teraz, a nie podczas dłuższej wyprawy. Taki weekend potrafi nauczyć więcej niż dziesięć słonecznych wyjazdów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *