Jak to w Holandii, deszcz nie jest tu osobliwością. Tylko my jakoś do tej pory mieliśmy sporo szczęścia do ładnej, słonecznej pogody. Wreszcie jest inaczej, czyli tak jak mieszkańcy tego kraju mają przez większą część czasu, pada.


Nie przeszkadza to oczywiście dalej jeździć Holendrom na rowerach. Tylko my będąc turystami zachowaliśmy się jak prawdziwi przyjezdni, którzy boją się surowego traktowania przez wodę i do Amsterdamu pojechaliśmy wynajętym samochodem. Było z tego powodu lekkie zamieszanie podczas jazdy wąskimi uliczkami miasta z dużą ilością zakazów ruchu dla innych pojazdów niż rowery, jak i ze znalezieniem parkingu, który okazał się jakimś wjazdem do garażu, albo zabudowanym w tym celu małym podwórzem. Dziwnym systemem parkowaniem zajmowała się obsługa, której zostawiało się klucze do auta bez żadnego pokwitowania. Samochód był przestawiany gdy pojawiały się inne, tak więc po przyjściu nie było wiadomo gdzie jest samochód, ani gdzie jest obsługa „parkingu”, która wciąż gdzieś znikała. Poza tym zapłaciliśmy najdroższy jak do tej pory bilet parkingowy. Ale czego nie robi się dla wygody i zwiedzania kultowego holenderskiego miasta, czyli Amsterdamu.

Jakoś tak dziwnie się składa, że jak przechodzimy obok sklepu rowerowego, zaraz bym chciała kupić te cudeńka. Tylko po co mi kolejny dzwonek w kropki, czy torba w kwiatki?

Pozostaję zatem na etapie window shopping. Jest też na co popatrzeć na każdym kroku na ulicach, gdzie się człowiek nie obejrzy stoi całe mnóstwo zaparkowanych rowerów. Przypięte do barierek wokół kanałów. A tych jest tutaj cała sieć.

Nic dziwnego, skoro ulice są tu wąskie i nieprzystosowane do innego rodzaju transportu jak jednoślady.

Nie to co kanały, gdzie czasem ma się wrażenie, że są to główne arterie miasta. Szerokie i przestronne, choć wypełnione wodą, której tutaj nie brakuje.

Przez ulice z domami gdzie wprost w wystawach stoi żywy „towar” będących przedmiotem pożądania nie tylko mężczyzn, przemknęliśmy jakoś bez większych emocji i dłuższych przystanków, skupiając się bardziej na innych atrakcjach niż te oferowane w słynnej dzielnicy czerwonych latarni.
Moją uwagę bardzie przyciągają rowery, czy amsterdamska architektura. Pomimo surowości użytych materiałów to jakaś finezja w nich tkwi. Zadbane kamieniczki starego miasta mają swój niepowtarzalny urok. Dziś już nikt tak nie buduje.

Kanały są wpisane w architekturę Amsterdamu zbudowanego na wodzie. W muzeum kanałów dowiadujemy się, że domy stoją na drewnianych palach, które wbijano w błotniste podłoże aby uzyskać dodatkową przestrzeń do budowy domów. To się nazywa majstersztyk inżynierii i wytrwałość mieszkańców tej ziemi, przekazywana z pokolenia na pokolenie.

To jest jeden z tych „cudów” techniki, czyli sygnalizacja świetlna na drogach dla rowerów. Przycisk jest zawsze po prawej stronie i na wysokości osoby siedzącej na rowerze. Światło zmienia się na zielone po nie dłużej niż 20 sekundach (sprawdzone), zatem nie tworzą się korki.

Ochronna obudowa na łańcuch i osłona na tylnym kole (to te elementy w białe grochy) sprawiają, że takim rowerem można jechać zarówno w spodniach z szeroką nogawką jak i w spódnicy. Wygodne i eleganckie zarazem. Zwraca uwagę też ciekawe rozwiązanie konstruktorskie nóżki w tym rowerze – tutaj jest to podwójna podpórka, dzięki której rower można stabilnie postawić, zapiąć mu mechanizmem blokującym tylne koło i pozostawić bez przypinania i opierania o co cokolwiek. Oczywiście pozostawienie w taki sposób roweru, np. pod sklepem jest nieco ryzykowne, ale praktykowane powszechnie w całej Holandii.

W muzeum malarstwa holenderskiego tłumy, nie było szansy na kupienie biletu. Postanowiliśmy poszukać jakiegoś innego mniej oblężonego miejsca. Najsłynniejsze obrazy „obejrzeliśmy” kręcąc się po okolicy.

Spotkanie krasnoludka w Amsterdamie jak widać nie nastręcza żadnych trudności.

Historię miasta, jego planów budowy, a nawet wnętrza niektórych kamienic zobaczyliśmy w muzeum kanałów z multimedialnymi prezentacjami.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.