Następnego dnia wypożyczyliśmy rowery i w ten sposób wspólnie udało się nam pokazać Ali i Adamowi cały Rotterdam. Tak, tak, tym razem to my byliśmy przewodnikami. Jak to zwykle bywa: nie ma się czasu, potrzeby i całej masy innych rzeczy do tego aby zobaczyć miasto, w którym się mieszka na co dzień. Dopiero odwiedzając jakieś miejsce z zamiarem turystycznym, okazuje się, że jest tu sporo atrakcji i ciekawych miejsc do miłego spędzenia czasu.

Po wybraniu rowerów w wypożyczalni

i ich dopasowaniu, wreszcie ruszamy.

Najpierw jedziemy do Centrum i odwiedzamy Market Hall, czyli taki miejski ekskluzywny bazar.

Potem objeżdżamy jezioro Kralingen na przedmieściach Rotterdamu i zaglądamy do części parku z mini zoo.

A wieczór spędzamy w towarzystwie przesympatycznych znajomych Ali i Adama, czyli Majke (rodowita Holenderka), Stefani (Chinka urodzona w Holandii) i Evana – Kanadyjczyka z polskimi korzeniami (babcia była Polką).

Przechadzamy się pomiędzy stoiskami na festiwalu food track-ów, próbując wszystkich potraw po kolei. Wokół panuje piknikowa atmosfera, wszyscy dobrze się bawimy.

Wreszcie postanawiamy przemieścić się w inne miejsce, oczywiście na rowerach. Niestety nie wszyscy byli w posiadaniu pojazdu, zatem trzeba było sobie jakoś radzić w inny sposób. Było przy tym całe mnóstwo śmiechu i zabawy.

Resztę wieczoru spędzamy w jednym z barów, w którym wybór lokalnych piw z karty wymagał dużej dozy znawstwa i czasu.

Graliśmy w różne gry, ale tylko bierki jakoś nam wyjątkowo nie wychodziły, zatem po wyczerpaniu wszystkich możliwości, zakończyliśmy miłe spotkanie, zwłaszcza że następnego dnia my musieliśmy się już zbierać, a reszta tez miała rano jakieś obowiązki.

Rankiem wpadamy na ostatnie zakupy, robimy zapasy oryginalnych serów do kolejnej wizyty w Holandii i żegnamy się. Czas wracać.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.