Z okien pociągu widać już było przeprawę promową w Świnoujściu. Jeszcze tylko chwila promem, ale nie tym zamorskim tylko tym miejskim przez Świnę i już wsiądziemy na nasze rowery. Zaczniemy podążanie za wytyczonym śladem, który tyle razy oglądaliśmy już na mapie, że prawie wiemy którędy będziemy jechać. Jeszcze tylko kolega z przedziału rowerowego, który nas zlustrował na peronie, zapisuje sobie nazwę bagażnika i pyta czy te sakwy wytrzymają długą podróż. Zapewniam go, że tak i życzymy sobie miłej jazdy.

Potem szukamy miejsca gdzie moglibyśmy zjeść śniadanie. Wszystko jeszcze jest zamknięte, dlatego jedziemy za drogowskazem do amerykańskiego baru otwartego 24h. Zamawiam kawę i poznaję parę, która też jechała z rowerami w tym samym przedziale co my. W rozmowie dowiaduję się, że chłopak zabrał dziewczynę na wycieczkę rowerową wzdłuż polskiego wybrzeża. Czyli jadą w przeciwnym kierunku, bo nasz plan zakłada wybrzeże niemieckie. Nad polskim już byliśmy, teraz czas przetestować przeciwny kierunek.


  

    
Ścieżki rowerowe w lesie dają wytchnienie od słońca, plaż i kurortów gdzie goście na tarasach jedzą dopiero śniadanie i czytają gazety.
Kilka podjazdów i zjazdów dobrze nas budzi z sennej atmosfery nadmorskich miasteczek turystycznych. Poza tym przecież wyspaliśmy się w pociągu jadąc tutaj całą noc. Ale tamten rozdział już zamknęliśmy teraz patrzymy jak wypoczywają niemieccy emeryci. Ścieżka prowadziła promenadami nadmorskimi, z jednej strony domy wypoczynkowe z drugiej plaża. Zupełnie jak w Sopocie.

Poruszamy się najpierw cały  czas wzdłuż linii brzegowej, a potem zamiast skrócić trasę w kierunku Greifswald jedziemy jeszcze kawałek na północ do Peenemunde. Trochę nam to wydłuża trasę, ale miejsce zapisane w historii militarnej to sprawdzimy co tam jest. Do oglądania dziś niewiele tam zostało – z czasów 2. wojny światowej i doświadczalnych poligonów super broni jest tylko jakaś rampa, ruiny bunkrów i droga na wąskim przesmyku między jeziorem, a morzem. 

Przerwa obiadowa wypadła w małej marinie, gdzie kelnerka po kilku zdaniach zaproponowała żeby mówić po polsku i dalej poszło gładko.

Miło było posiedzieć w cieniu ale niestety nasz czas się szybko skończył zatem nie zabawialiśmy za długo w tym sympatycznym miejscu i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Nie pamiętam zbyt wiele z dalszej części tego etapu. Byliśmy jednak dość zmęczeni, zatem fakt dojechania do pensjonatu w Dargelin bez żadnego błądzenia, bardzo nas ucieszył. Rowery schowaliśmy do garażu, wzięliśmy prysznic bo jednak trochę się skurzyliśmy dziś i poszliśmy szybko spać.  

Dzień 1 – mapa trasy.
Dystans 102 km

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.