Środa, dzień lajtowy bo w planie tylko 86 km. Możemy sobie pomarudzić z wyjazdem. Po śniadaniu w hotelu byliśmy na małej rundce po starym mieście w Lubece. Darek wybrał hotel w centrum, więc mieliśmy dwa kroki aby stać się prawdziwymi turystami, którzy przyjechali zgłębić historię hanzeatyckiego miasta.


Poranny spacer nie trwał długo, ale najważniejsze zabytkowe budynki chyba zobaczyliśmy i wróciliśmy do hotelu po nasze rowery i bagaże. Zrobiło się cieplej, wyszło słońce, zatem jedziemy na krótko. Jeszcze tylko smarowanie łańcuchów po wczorajszym deszczu i ruszamy.


Kolejny dzień towarzyszy nam morze, ale dziś nie wieje, ani nie pada, jest więc całkiem przyjemnie. Mijamy kolejne promenady, place zabaw, szkoły kajta, restauracje i bary z frytkami i lodami. Plaże też są różne, jedne płatne, inne nie, z koszami lub bez. Piasek raz ładny, raz gorszy. Raz ludzie ubrani mniej, raz wcale, jak to na plaży w Dąbkach i w Chałupach. Raz jest molo jak w Sopocie, a gdzie indziej zjedzone przez morską wodę resztki pali sterczą z morza i siedzą na nich tylko ptaki. 

Były kurorty, letniskowe domki niskobudżetowe i mnóstwo kempingów oraz jedna klinika piękna, gdzie oprócz odpoczynku przy szumie fal można sobie poprawić urodę. Mijaliśmy pole golfowe oraz minigolfa dla dzieci. Wszędzie coś się działo. Niemcy bardzo aktywnie spędzają urlop i emeryturę. Na ścieżkach rowerowych nie byliśmy jedynymi użytkownikami. Zdecydowana większość to rekreacyjne przemieszczanie się w grupie i widać osoby w bardzo różnym wieku. Co prawda korzystają z e-rowerów ze wspomaganiem, ale jednak jeżdżą i to się liczy. Ale jak ma się takie drogi, to aż się chce jeździć.

Śpimy w hotelu Luise Sport Hotel w Heiligenhafen. Z okna mamy widok na morze. W łazience jest duża umywalka, więc zrobiliśmy pranie: koszulka, spodenki, bielizna, skarpetki. Jutro jak wjedziemy do Danii to będziemy wyglądać elegancko. Pan z recepcji dał nam kartki: na sznapsa do baru do znajomej restauracji, klucz aby skorzystać z basenu i siłowni, ale my wybraliśmy drink z mleka kakaowego, prysznic pod deszczownicą w szałer roomie, a siłownię zrobiliśmy na rowerze, więc resztę wieczoru spędzamy w pozycji horyzontalnej na łóżku. Poduszki postawione na baczność po niemiecku, tylko cukiereczka na łóżku nie było. Ale co tam, zagryźliśmy niemiecką czekoladą i uzupełniliśmy węglowodanowy limit na dziś. 


dzień 5 – mapa trasy
dystans: 84 km

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.